fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Przeciąganie liny w obozie władzy: To już nie starcie o wybory

Jak można usłyszeć w PiS, celem całego zamieszania mogło być doprowadzenie do obalenia rządu premiera Mateusza Morawieckiego
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Dwa niezwykle nerwowe dni, narady i przeciąganie liny wewnątrz. Ostatnie kilkadziesiąt godzin to powrót pomysłu na wybory 23 maja.

To jednak nie frakcyjne starcie, jakich wiele było w przeszłości, ale rozgrywka, której stawką jest przetrwanie projektu „dobrej zmiany” i jego fundamentów. Bo jakie jest jedno z głównych obecnie zmartwień w PiS? Że im później odbędą się wybory, tym mniejsze szanse na zwycięstwo ma prezydent Duda. To myślenie jest elementem trwającej próby sił.

– Bez prezydenta nie da się dobrze rządzić. Koronawirus wywołuje kryzys gospodarczy, a za to zapłaci Duda. Im później, tym dla niego i dla nas wszystkich gorzej – zauważa nasz rozmówca z PiS. Teza o tym, że nie da się rządzić, gdy Senat i Pałac Prezydencki są pod kontrolą opozycji, pojawiała się już wcześniej, ale za sprawą koronawirusa i jego efektów ewidentnie nabiera aktualności w obozie rządzącym. Jarosław Gowin i jego sojusznicy od samego początku powtarzali jednak, że wybory w maju w sposób opisany w ustawie o głosowaniu powszechnym są nie do przeprowadzenia i groziłyby Polsce konsekwencjami, włącznie z brakiem ich uznania na arenie międzynarodowej.

Przeczytaj także: Wyborcy PiS cieszą się z kompromisu. Zadowolonych 70 proc.

To wszystko prowadziło najpierw do porozumienia Gowin–Kaczyński, a później do weekendowego przesilenia. Informacje są generalnie sprzeczne, ale rdzeniem sporu na sobotniej naradzie był pomysł, by przeprowadzić wybory jednak 23 maja, na bazie obowiązujących już przepisów. To by oznaczało zerwanie porozumienia Gowin–Kaczyński. W Zjednoczonej Prawicy pojawił się też argument, że Sąd Najwyższy nie rozstrzygnie w sposób, który umożliwi realizację porozumienia zawartego w środę. Tak przynajmniej brzmi najczęściej powtarzana w środku wersja wydarzeń. Na to nakładają się jednak wewnętrzne konflikty w samej Zjednoczonej Prawicy, trwające zresztą od lat. Jak można usłyszeć w PiS, celem całego zamieszania mogło być też doprowadzenie do obalenia rządu premiera Mateusza Morawieckiego przez Zbigniewa Ziobrę i jego sojuszników. Jednak nasi rozmówcy z Solidarnej Polski stanowczo dementują, że to Zbigniew Ziobro stoi za weekendowymi wydarzeniami. – Jest wręcz odwrotnie, to ludzie premiera Morawieckiego wywołali panikę wokół wydrukowanych już kart do głosowania. Solidarna Polska popiera w sprawie wyborów stanowisko prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – mówi nam jeden z polityków Solidarnej Polski.

Sobotnie wydarzenia były zaskoczeniem. W pewnej chwili pojawiła się nawet informacja, że marszałek Elżbieta Witek wygłosi o 20.00 przemówienie, w którym poinformuje o przeniesieniu terminu wyborów na 23 maja. Ostatecznie tak się nie stało.

W niedzielę wieczorem „bazowy” schemat wydarzeń nadal przypominał ten, który poznaliśmy już w ubiegłym tygodniu. Pierwszy ruch miała wykonać PKW - co miało miejsce w niedzielę, gdy Komisja wypowiedziała się w sprawie „wyborów widmo” z niedzieli 10 maja. Później może wypowiedzieć się Sąd Najwyższy, ale nasi rozmówcy liczyli, że wybory uda się rozpisać tylko na podstawie decyzji PKW. Równolegle w Sejmie zostanie złożona nowelizacja kodeksu wyborczego poprawiająca mechanizm głosowania korespondencyjnego. Wybory mają na tej podstawie odbyć się za kilka tygodni, być może 28 czerwca.

Ale w niedzielę – teoretycznie dniu wyborów – cały czas po Warszawie krążyły informacje, że do 21.00 marszałek Witek przesunie jednak termin wyborów na 23 maja. – Cały czas jest bardzo nerwowo – słyszymy z PiS.

Opozycja szykuje własne plany. Lewica zaprasza na „okrągły stół” w sprawie wyborów, a KO zapowiada złożenie w poniedziałek nowelizacji kodeksu wyborczego, zawierającej wariant wyborów „mieszanych’’.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA