fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Katalonia: Rajoy igra z ogniem

AFP
Zarówno Madryt, jak i Barcelona dążą do zwarcia. To może się skończyć secesją.

Lato będzie w tym roku w stolicy Katalonii szczególnie gorące. Na tablicach świetlnych umieszczonych na ulicach śródziemnomorskiej metropolii obok temperatury powietrza pojawi się tym razem też druga cyfra wywołująca równie dużo emocji: liczba dni do referendum niepodległościowego.

W piątek zdominowany przez separatystów rząd autonomiczny zapowiedział, że głosowanie odbędzie się 1 października. Katalończycy mają w nim odpowiedzieć na bardzo jednoznaczne pytanie: „Czy chcesz, aby Katalonia stała się niezależnym państwem z ustrojem republikańskim?". Według Madrytu referendum jest nielegalne, bo zgodnie z konstytucją królestwa z 1978 r. tylko Kortezy mogą wydać zgodę na takie głosowanie. Taka jest interpretacja rządu krajowego, ale także Trybunału Konstytucyjnego.

Jednak separatyści nie zamierzają ustąpić ani na krok.

– Głosowanie musi się odbyć nawet jeśli autorytarne państwo tego nie chce – apelował w niedzielę do kilkudziesięciu tysięcy manifestantów legendarny trener Barcelony Pep Guardiola, który oddał duszę sprawie niepodległości Katalonii (jego siostra Francisca jest nieformalny przedstawicielem prowincji w krajach skandynawskich).

– Nie będziecie mieli wystarczająco dużo więzień, aby aresztować cały naród kataloński – wtórował Jordi Cuixart, przywódca stowarzyszenia Omnium Cultural.

Nastroje były tak gorące, że uczestnicy manifestacji zobowiązali premiera Katalonii Carlesa Puidgemonta nie tylko do przeprowadzenia głosowania „za wszelką cenę", ale także do niepodejmowania do tego czasu żadnych negocjacji z Madrytem.

Trzy razy więcej za niepodległością

Na razie secesjoniści nie opublikowali zarządzenia o referendum w oficjalnym biuletynie prowincji. To natychmiast uruchomiłoby działania prawne ze strony Madrytu. Ale i tak urzędnicy pracujący dla władz autonomicznych znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji: jeśli przyłożą rękę do przygotowań do głosowania, grożą im „kary służbowe i administracyjne" ze strony Madrytu, jeśli tego nie zrobią, narażają się rządowi regionalnemu. Problem jest nawet ze zdobyciem odpowiedniej liczby urn do głosowania, bo ekipa Puidgemonta nie ma dostępu do tych, które są zwykle używane w wyborach. Separatyści zapowiedzieli natomiast, że uznają wynik za ważny, nawet jeśli w głosowaniu weźmie udział mniej niż połowa uprawnionych mieszkańców prowincji, którzy mają obywatelstwo hiszpańskie. Takie jest, ich zdaniem, zalecenie Komisji Weneckiej.

– Nacjonaliści katalońscy tak mocno zaangażowali się w zwarcie z Madrytem, że teraz nie mogą się cofnąć, bo całkowicie straciliby wiarygodność – mówi „Rzeczpospolitej" Oriol Bartomeus, profesor politologii na Uniwersytecie Autonomicznym Barcelony. Tyle że, jak podkreśla, nie inna jest strategia premiera Hiszpanii Mariano Rajoya, i to od dawna.

– W 2010 r. pod naciskiem Partii Ludowej Trybunał Konstytucyjny doprowadził do odwołania statusu autonomii dla Katalonii, który dawał władzom regionalnym dodatkowe, znaczące kompetencje. To była strategia podobna do zastosowanej przez Jarosława Kaczyńskiego wobec Trybunału Konstytucyjnego w Polsce: Rajoy upolitycznił niezależną instytucję, aby na fali konfrontacji z Katalonią skonsolidować swoich zwolenników i odbić rok później władzę z rąk PSOE Jose-Luisa Zapatero – dodaje.

Ale cena dla jedności Hiszpanii była ogromna. Przed odwołaniem statusu autonomii zaledwie 15 proc. mieszkańców prowincji chciało oderwać się od królestwa. Po odwołaniu ta liczba się potroiła, bo wielu Katalończyków uznało, że nie da się w drodze kompromisu spełnić aspiracji prowincji. I tak już pozostało: sondaż niezależnego Centrum Badania Opinii Publicznej Katalonii z marca daje 44 proc. poparcia zwolennikom secesji i 48 proc. przeciwnikom.

Bo też Rajoy od 2011 r. nie próbował podejmować rozmów z władzami w Barcelonie, w szczególności w sprawie przyznania im większej autonomii podatkowej. Lansując się jako jedyny obrońca jedności kraju i przestrzegania zasad państwa prawa, zdołał utrzymać się u władzy po wyborach w ub.r. mimo fali populizmu spowodowanego bolesnymi reformami rynkowymi i ogromnym bezrobociem.

Kompromis lewicy

– Rajoy wykorzystuje problem Katalonii instrumentalnie dla interesów PP i jego samego kosztem Hiszpanii. Dziś Partia Ludowa (PP) nie ma większości w Kortezach, koalicja rządowa jest chwiejna. Premier bardziej niż kiedykolwiek musi umocnić swoją pozycji i odrzuca jakikolwiek kompromis z Barceloną. Ale to powoduje, że przyparci do muru wszyscy w końcu stajemy się zwolennikami niepodległości – mówi Bartomeus.

Nie on jeden jest krytyczny wobec premiera. Z sondażu przeprowadzonego przez instytut Metroscopia wynika, że 77 proc. Hiszpanów źle ocenia politykę Rajoya wobec Katalonii i aż 96 proc. z tych, którzy żyją w samej Katalonii!

Ada Colau, wywodząca się z populistycznej Podemos burmistrz Barcelony, popierała samo przeprowadzenie referendum, choć była przeciw niepodległości prowincji. Wycofała się jednak z takiego kompromisowego rozwiązania, gdy się okazało, że stała się zakładnikiem radykalnych nacjonalistów katalońskich.

Inne rozwiązanie forsuje lider PSOE Pedro Sanchez. Miałoby ono polegać na powrocie do głównych założeń statusu autonomii z 2010 r., w szczególności poprzez uznanie w konstytucji Katalonii za „naród" oraz przyznanie dodatkowych uprawnień władzom regionalnym, np. w szkolnictwie czy podatkach. Taką koncepcję, zapewne możliwą tylko przy zmianie ustawy zasadniczej, mogłyby poprzeć liberalna Ciudadanos i populistyczna, lewicowa Podemos. Wówczas niespodziewanie Rajoy znalazłby się w Kortezach w izolacji, sprawa Katalonii nagle mogłaby skonsolidować jego przeciwników, a nie wyborców Partii Ludowej. Ale wszystko pod warunkiem, że katalońscy nacjonaliści by się opamiętali i wyrazili gotowość do kompromisu z Madrytem.

– Aby do tego nie doszło, Rajoy gra na konfrontację, radykalizację sporu z Barceloną. Jak to się skończy, nie mam pojęcia – przyznaje Oriol Bartomeus. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA