fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Andrej Babiš. Premier wbrew wszystkiemu

Chcemy lepszych Czech. Czesi Andrejowi Babiszowi uwierzyli
AFP, Michal Cizek
Przeciwnicy zarzucają Andrejowi Babiszowi wykorzystywanie politycznej władzy do własnych interesów. Ale nawet kompromitujące nagrania, wywieranie presji na dziennikarzy czy zarzuty o współpracę z czechosłowacką bezpieką nie przeszkodziły mu w wyborczym zwycięstwie.

Nowy czeski premier zapowiedział, że chce kierować państwem jak firmą. Kłopot w tym, że jego dotychczasowe biznesowe przygody przyniosły mu nie tylko majątek, ale też zarzuty o wyłudzanie unijnych pieniędzy i podejrzenia o wykorzystywanie stanowiska w rządzie do zniszczenia konkurencji. I to, jak twierdzą krytycy Andreja Babisza, jest jego największy problem: nie odróżnia państwa od własnej firmy.

Założona przez niego partia ANO (Sojusz Niezadowolonych Obywateli) pod koniec października 2017 roku wygrała czeskie wybory parlamentarne, zdobywając 29,7 proc głosów. Rząd powstaje jednak z trudem. Problemem okazało się stworzenie koalicji, nikt nie chce bowiem rządzić z Babiszem. Chętni do współpracy są w zasadzie tylko twardogłowi komuniści i ekstremistyczna partia strasząca islamem, który w Czechach jest jeszcze mniej dostrzegalnym zjawiskiem niż w Polsce.

Skąd ta niechęć? Choć Babiš zdobył popularność, krytykując panującą w Czechach korupcję, prawny chaos i administracyjny bezwład, na który skarżyli się przedsiębiorcy, to jego niedoszli partnerzy obawiają się, że może chcieć wykorzystać swoją pozycję do ekspansji swojego koncernu chemiczno-spożywczego Agrofort. Formalnie przekazał on kontrolę nad firmą i swym majątkiem (wycenianym na 3,39 mld euro) specjalnemu funduszowi powierniczemu, ale jego dotychczasowa kariera polityczna pokazuje, że doskonale pamięta o prywatnych interesach.

Bocianie gniazdo i bocznica niezgody

We wrześniu Babiš stracił poselski immunitet. Ale zaledwie kilka tygodni później znalazł się w nowym parlamencie, odzyskując go z powrotem. Ciążą na nim policyjne zarzuty o wyłudzanie dotacji unijnych. Afera z jego udziałem dotyczy finansowego skandalu związanego z budową centrum konferencyjnego „Bocianie gniazdo".

Zbudowany w bardzo ekscentrycznym stylu obiekt powstał w minionej dekadzie. Babiš chwalił się nim wielokrotnie. Tymczasem w 2015 roku dziennikarze wyciągnęli dokumenty, z których wynikało, że przy rekonstrukcji starego folwarku 30 km na południe od Pragi doszło do oszustwa: inwestycję wsparto dotacją 50 mln koron z puli przeznaczonej dla małych i średnich przedsiębiorstw, podczas gdy obiekt należy do jednego z najpotężniejszych gigantów gospodarczych w kraju.

Babis utrzymuje, że „Bocianie gniazdo" w chwili pobierania dotacji nie należało do jego koncernu Agrofert, tylko do dwojga jego dorosłych dzieci i brata jego życiowej partnerki. Tyle że przed przyznaniem dotacji należał on do firmy Babisza, a niedługo później do niej wrócił. Prokuratura podejrzewa go o celowe zmienianie właściciela, by wyłudzić dotacje. Śledztwo trwa. Sprawą zajmuje się też Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych OLAF. Wygląda na to, że sprawa immunitetu Babisza w styczniu ponownie trafi pod obrady Izby Poselskiej.

Sprawa unijnych dotacji to tylko jeden z przykładów podejrzeń i skandali z udziałem Babisza, które przetoczyły się w ostatnich latach przez czeskie media. Latem poważny ekonomiczny dziennik „Hospodarske Noviny" opisał historię firmy FAU Přerov z Przerova na Morawach. Ma ona magazyn paliw na terenie należącym do fabryki chemicznej „Precheza", której właściciel jest koncern Babisza. FAU Přerov przez 20 lat działalności zapłaciła 17 mld koron rozmaitych podatków i nigdy nie miała długów. Ponad rok temu, w październiku 2016 roku, izba celna zażądała od spółki dopłacenia 850 mln rzekomo zaległych podatków. Firma zaskarżyła decyzję do sądu, ale w Czechach procesy się wloką, więc po dwóch miesiącach jej majątek został zajęty na poczet zaległości.

Początkowo media nie interesowały się problemami FAU. Sporów gospodarczych jest bowiem w Czechach dużo. Jednak w sierpniu 2017 r. sprawa nagle odżyła, bo sąd w Ostrawie orzekł, że postępowanie celników było bezprawne. Sędzia Jirzi Gottwald, ogłaszając werdykt, użył nawet słowa „absurdalne" – celnicy mieli domagać się zapłacenia dwa razy należności podatkowej od tej samej transakcji. Wartość roszczeń państwa była większa niż cały majątek firmy, nic więc dziwnego, że po dwóch miesiącach do akcji wkroczył komornik.

Prawnicy FAU Přerov domagają się teraz od państwa odszkodowania. Proces trwa. – W Niemczech mamy najwyższy rating kredytowy, tamtejsze urzędy nie chcą od nas nawet wpłacania żadnych kaucji, a nagle w Czechach dzieją się takie rzeczy – skarżyli się ich przedstawiciele dziennikarzom.

Zaledwie dwa dni po publikacji „Hospodarskich Novin" na profilu twitterowym Skupina Šuman (Grupa Szuman) opublikowano pochodzące z jesieni 2016 r. nagranie, na którym słychać wyraźnie głos ówczesnego ministra finansów Andreja Babisza. Mówi w nim o firmie FAU Přerov. „Ci nasi ich przycisnęli i teraz są w stanie niewypłacalności" – mówi i dalej opowiada, że FAU Přerov „pójdzie w piz...", bo to „banda przestępców". „Sprywatyzowałem »Prechezę« w 1997 r., a oni wcześniej wydzielili z niej bocznicę kolejową i teraz do nich należy bocznica z mojej fabryki!" – grzmiał poirytowany.

Afery bez znaczenia

Babiš jest Słowakiem, który po podziale Czechosłowacji 20 lat temu wybrał obywatelstwo czeskie i osiadł w Pradze. Do dziś mówi z wyraźnym akcentem, wtrącając często słowacyzmy. Nie można jego sposobu mówienia pomylić z nikim innym.

Po ujawnieniu nagrania i nagłośnieniu skandalu Babis rzecz jasna wszystkiemu zaprzeczył. Ale dziennikarze nadal drążyli sprawę. Z ustaleń prasy i wypowiedzi właścicieli FAU Přerov wynika, że Agrofort już wcześniej chciał od nich firmę odkupić. Oferty miały stać się szczególnie natarczywe zaraz po tym, jak Babiš został ministrem finansów w 2014 r.

Przestał być ministrem trzy lata później, już w czasie kampanii wyborczej i w atmosferze skandalu. Wcześniej przez kraj przewaliło się kilka afer, dotyczących innych sfer działalności Andreja Babisza. Wszystko to powodowało, że opinia publiczna była coraz bardziej zgorszona i oburzona jego postępowaniem. Podobne były odczucia ekspertów.

Jednocześnie mimo kompromitujących go doniesień mediów cały czas rosły notowania partii Babisza w sondażach. To z kolei zwiększało jeszcze poziom emocji w mediach, sprawiając, że atmosfera przed październikowymi wyborami w Czechach stała się wyjątkowo gorąca. Gazety pełne były komentarzy, których autorzy kreślili analogie między potencjalnym sukcesem Babisza a brexitem czy wyborem Trumpa. Podnoszono też przypadek Polski, która w ciągu paru tygodni przestała być w zachodnich mediach opisywana jako stabilny, wschodni filar UE i zyskała opinię chaotycznej demokratury.

Ta ostatnia analogia wydaje się mocno przesadzona. Babiš jest bowiem proeuropejski, a odbierając nominację na premiera, mówił, że Czechy zasługują na powrót do czołówki państw UE. Deklaruje się jednoznacznie jako zwolennik Zachodu i Unii Europejskiej, odżegnuje się od nacjonalizmu, mówiąc, że nie interesuje go żadna ideologia, jedynie ciężka praca dla kraju. Jest doskonałym przykładem czeskiego populizmu: to społeczeństwo bardzo lubi samo siebie uważać za zbiorowość pracowitych pragmatyków i na takie komplementy jest szczególnie łase.

Tajny współpracownik?

Zagraniczni dziennikarze często pytają, czy Babis to kolejny populistyczny przywódca w Europie Środkowej, podobny do Orbána czy Kaczyńskiego. Czy jego zwycięstwo oznacza dalszą erozję Unii Europejskiej? Czy poprze ideę Międzymorza? Babis jednak unika jednoznacznych odpowiedzi na te pytania, nie padły też w kampanii wyborczej. Długo się wydawało, że łowiąc wyborców na populistyczne hasła, jednocześnie będzie odpowiedzialnie prowadził politykę międzynarodową, bo za tę sferę odpowiadał w ANO jeden z najwybitniejszych czeskich dyplomatów Pavel Teliczka. Był on m.in. głównym negocjatorem wejścia Czech do UE, a także wiceprzewodniczącym europarlamentu. Niestety, Teliczka zerwał współpracę z ANO jesienią, tuż przed wyborami, nie podając żadnych konkretnych przyczyn, poza kłopotami we współpracy. – Bardzo nas niepokoi brak doświadczenia i niepewność Babisza w polityce zagranicznej – mówi publicysta i pisarz polityczny Erik Tabery. – Po prostu nikt nie wie, co zamierza zrobić.

63-letni Babiš mówi płynnie w kilku językach, szczególnie dobrze po francusku. Do szkoły średniej chodził w Szwajcarii. Jego ojciec był przedstawicielem handlowym w służbach komunistycznej Czechosłowacji, co sprawiło, że młody Andrej większość życia spędził za granicą. Już w latach 80. był dyplomatą w Maroku. Do dziś wlecze się za nim sprawa lustracji – według słowackiego Instytutu Pamięci Narodowej (UPN) miał w 1980 r. podpisać zgodę na współpracę, przyjmując pseudonim Buresz. Jego agentem prowadzącym był niejaki porucznik Julius Šuman (i dlatego właśnie to nazwisko pojawia się dziś w nazwie profilu na Twitterze, gdzie regularnie pojawiają się kompromitujące Babisza materiały).

Sam biznesmen zaprzecza, że współpracował z tajną policją. Sądzi się nawet ze słowackim UPN. Tyle że w Czechach cały czas działa ustawa lustracyjna – gdyby okazało się, że Babiš naprawdę współpracował z tajną policją, zgodnie z prawem nie mógłby zostać wysokim urzędnikiem państwowym ani ministrem, ani tym bardziej premierem.

Wódz totalny

Ambicje polityczne miliardera sięgają wysoko. W 2011 r., już jako bogaty człowiek, kilkakrotnie publicznie krytykował panującą w kraju korupcję i marazm. Ludzie, zmęczeni nieustanną wojną polityczną, skandalami i partyjniactwem, chętnie słuchali jego prostych, rzeczowych wypowiedzi. Babis to wyczuł i założył najpierw ruch, a potem partię polityczną Sojusz Niezadowolonych Obywateli. O wszystkim decyduje w niej prezes i na razie wychodzi to ANO na dobre. Weszła do Izby Poselskiej w 2013 r., następnie do koalicji rządzącej z silną socjaldemokracją.

Babiš został wówczas ministrem finansów. Przez cztery lata zręcznie lawirował na scenie politycznej, jego notowania rosły, a wszystkie niepowodzenia udawało się zwalać na szefa socjaldemokracji, premiera Bohuslava Sobotkę. Ostatecznie w październiku wygrał wybory, deklasując konkurencję. Socjaldemokraci ponieśli historyczną porażkę, zyskując ledwie 7 proc. głosów, co eksperci odczytują jako zapowiedź końca dotychczasowego systemu politycznego.

Urzędowanie Babisza w Ministerstwie Finansów skończyło się nagle, bo w połowie 2017 r., już w trakcie kampanii wyborczej, został odwołany. Było to pyrrusowe zwycięstwo opinii publicznej i wolnych mediów, ostrzegających przed niebezpiecznym, wyjątkowo sprytnym populistą, który udając cywilizowanego, zapracowanego biznesmena, chce tylko powiększać zakres swoich wpływów politycznych i finansowych. Po Babiszu krytyka jednak spływała, a od pewnego momentu zaczął się wręcz kreować na ofiarę dziennikarskiej zapiekłości.

To tym bardziej dziwne, że od 2013 r. poszerza on swoje imperium medialne. Agrofert jest właścicielem kilku dzienników, w tym ważnych i wpływowych „Lidovych Novin" oraz „Dnes". Oprócz nich kontroluje najpopularniejszą w kraju rozgłośnię radiową, kilka portali informacyjnych, telewizję, bezpłatny dziennik „Metro" oraz ma nieformalne wpływy w kilku redakcjach. Właśnie jego inwestycje w media wzbudziły w Czechach największe kontrowersje. Uznano wtedy, że plan Babisza zakłada opanowanie wszystkich sfer życia: od finansów, przez biznes, politykę, administrację, po media.

Media kontrolowane

Babiš wszelkie tego typu diagnozy i ostrzeżenia zamiata pod stół, twierdząc, że media to dla niego po prostu biznes, a on się w działalność redakcji w ogóle nie zamierza wtrącać. Powtórzył to także 27 czerwca 2013 r., gdy ogłosił kupno „Lidovych Novin". Dzień później zadzwonił do dziennikarza Jana Kalala z pytaniem, dlaczego sprawozdanie z konferencji prasowej jego partii ANO nie jest na pierwszej stronie gazety. Kalal odpowiedział, że jest zwykłym reporterem i na konferencji wprawdzie był i nawet o niej napisał tekst, ale o tym, na której stronie zostanie umieszczony, decydują jego szefowie. „Czyli co? Zakazali panu o mnie pisać?" – pieklił się Babiš. Dziennikarz go jednak nagrał, a redakcja całą rozmowę opublikowała.

To, co nastąpiło później, znakomicie pokazuje taktykę Babisza. Najpierw przeprosił czytelników, samego Kalala i całą redakcję, dzwoniąc do nich osobiście i tłumacząc, że jako właściciel fabryk chemicznych i zakładów spożywczych ma zwyczaj wdawać się w pogaduszki o pracy z szeregowymi robotnikami i teraz zachował się podobnie. Ale, rzecz jasna, nie docenił tego, że media mają swoją specyfikę i właśnie za ten brak wrażliwości chciał przeprosić.

Te wyjaśnienia wielu uspokoiły, ale kilka miesięcy później duża grupa dziennikarzy z redaktorem naczelnym odeszła z „Lidovych Novin". Podobnie potoczyły się losy wszystkich kolejnych redakcji opanowanych przez Babisza. Po grupowych odejściach nie zostały one jednak zamienione w prymitywne tuby propagandowe. Gazety te taktownie milczą, kiedy inne media wyciągają Babiszowi kolejne skandale, za to bardzo stanowczo krytykują oponentów swojego właściciela.

W maju tego roku Grupa Szuman opublikowała na Twitterze nagrania rozmów Babisza z dziennikarzem DNES Markiem Przibylem, w których omawiają oni stan zaawansowania tekstów kompromitujących ministra zdrowia z konkurencyjnej socjaldemokracji. Polityk nie krył tam zadowolenia. Przechodząc do materiałów dotyczących szczególnie nielubianego przez miliardera ministra spraw wewnętrznych, dziennikarz zalecał cierpliwość, sugerując, że lepiej z publikacją poczekać parę miesięcy i „odpalić" skandal tuż przed wyborami. – Racja – przyznaje Babiš.

Tego już było za wiele i w efekcie skandalu Andrej Babiš stracił stanowisko. Ale jego notowań w sondażach to nie zmieniło. Czy zmieniło jego podejście do wolności prasy albo niezależności podległej mu administracji? ©?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA