fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Robert Mazurek: Nie znosiłeś odwiedzin w szpitalu. Wielki Dwurnik nie może być taki

Fotorzepa
I ty się, Edziu, dziwisz, że ja ci nie do końca wierzę? No, ale powiedz sam, czy można uwierzyć, że baron Münchhausen umarł? Przecież wtedy należałoby najpierw uwierzyć, że on naprawdę żył. Chociaż nie, masz rację, ty – przy wszystkich podobieństwach naprawdę żyłeś. I to żyłeś jak cholera.

Pisanie o zmarłych artystach, drogi Edwardzie, wymaga szczególnego rodzaju powagi, chodzi bowiem o to, by czytelnik poczuł, jaką stratę poniósł. Ty się kompletnie nie nadajesz do takiej formuły, wybuchłbyś śmiechem i rzucił wulgaryzmem. A żeby to jednym wulgaryzmem! Więc chwilowo zamilknij i pozwól napisać, że porównanie Dwurnika z literackim – przecież nie tym nudziarzem realnym – Münchhausenem jest o tyle zasadne, że obaj kochali blagę. W twoim, Edziu, przypadku była ona fundamentem pewnej pozy, mieszała się z nią, tworzyła inną, wyimaginowaną rzeczywistość.

Nigdy nie wiedziałem, kiedy żartujesz, gdy mówisz o swoim malowaniu. Zatrudniasz pomocników, którzy malują ci ustawienia urbanistyczne w twych portretach miast, w „Podróżach autostopem" – tak mówiłeś i to akurat chyba prawda. Ale już w twej pasji do zamalowywania cudzych obrazów dodawałeś sobie trochę, opowiadając o płótnach, których nie tknąłeś. Choć mnie zamalowałeś trzy obrazy, w tym jeden znanego artysty. Mówię ci, że mnie się nie podoba, a poza tym malarza nie polubiłem. „Masz rację, ch...y, dawaj go, zamaluję" – i nie było miejsca na sprzeciw. Żeby z twórcy zakpić, podoklejałeś jeszcze pieniążki. Równie bezceremonialny byłeś dla młodej, wrażliwej malarki i z pięknego, subtelnego dyptyku zrobiłeś jakieś ni to psy, ni diabły szczerzące się do widza. Ech...

Bo faktycznie, zamalowywałeś ile wlezie, ponoć raz nawet Andrzeja Wróblewskiego. Była w tym właściwa ci dezynwoltura, którą – mało to odkrywcze spostrzeżenie – pokrywałeś wrażliwość. Nawet nie to, że łatwo cię było zranić, po prostu bolało cię to, że byłeś niedoceniany. Z lat 80. zapamiętano Gruppę, a przecież oni nawet malować nie umieją. Dowody? A dlaczego używają jakiejś tempery żółtkowej? Bo olejem trzeba umieć! Doniesiono ci, że kiedyś pospierałem się publicznie na twój temat, chwaliłem cię przed obrazoburcami z młodej sztuki. „Broniłeś mnie? Dzięki" – spytałeś znienacka. I szybko wróciłeś formy: „A zresztą, no i ch... z nimi!".

Byłeś, Edwardzie, wielkim malarzem (cykl „Droga na wschód" wciąż czeka na odkrycie!) i sprawiałeś wrażenie, jakby uznanie nie było ci potrzebne. Nie uznanie, tylko forsa – pokazywałeś ją zresztą, wkur...c – tak, to właściwe słowo – resztę biedującego polskiego światka sztuki. Byłeś jedynym znanym mi człowiekiem, do którego domu wchodziło się przez garaż, w którym stały dwa sportowe mercedesy za kilkaset tysięcy złotych sztuka. A propos blagi, wkręciłeś biednego dziennikarza, że masz samochód na prąd – o hybrydach nikt wtedy nie słyszał – i czasem musisz podjechać do Zachęty z przedłużaczem, by go podładować. Byłeś sensacją dnia. Zresztą kochałeś media, a one ciebie. Pamiętasz, rozmawialiśmy kiedyś o tym: umiera Tarasin, rok później wspaniały Tatarczyk i pies z kulawą nogą się nimi nie interesuje. Dziennikarze, a ch... z nimi, nie wiedzą, kto to jest, sarkałeś. No, a o tobie napisali, melduję posłusznie.

Przemknęło w tym niezbornym felietonie zdanie, że byłeś wrażliwy. To prawda, byłeś też niebywale współczujący. Zawsze, przez te wszystkie lata naszej znajomości, ośmielałem się mówić o przyjaźni, zaczynałeś rozmowę od pytania o Zośkę. Kiedy kilka lat później sam zachorowałeś, nabrało to innego wymiaru. Notabene nie znosiłeś, gdy odwiedzałem cię w szpitalu, w końcu wielki Dwurnik nie może być taki.

Ale ty nawet do czułości nie umiałeś się przyznać. Namalowałeś obraz „Kobiety mojego życia", na którym umieściłeś 200 pań, gdy tymczasem kobietą twojego życia była twoja ukochana Pola, córka, z której zawsze byłeś dumny, choć i jej nie szczędziłeś kąśliwych uwag. Mnie zresztą też się oberwało, ale to bzdury jakieś. Oberwało mi się zresztą również od Poli, za to, że z tobą imprezuję. Siedem win zrobiliśmy we dwóch – opowiadasz w książce. Kocham cię za to, tak się buduje legendę, ale to nieprawda. Win było sześć. I flaszka whisky.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA