fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Pokemon GO: Smartfon w dłoń, pokemona goń, goń, goń!

AFP
Jeżeli nie wiesz, czym się różni Bulbasaur od Pikachu, a Pokémon GO kojarzy ci się z chińską grą planszową, to znaczy, że jesteś stary. Przeczytaj, odmłodniejesz.

Dziesiątki ludzi stoją w parku wpatrzone w ekrany swoich smartfonów. Nagle wszyscy – jak stado flamingów – ruszają w jednym kierunku. Ponieważ nadal gapią się w swoje smartfony, zderzają się, potrącają, wpadają na siebie. Jeden nawet pada jak długi, ryjąc dłońmi trawę. Szybko się podnosi i biegnie za innymi. Nawet na chwilę nie odrywa wzroku od ekranu telefonu...

Obłęd zbiorowy? Blisko. Tak wygląda polowanie na rzadkiego pokemona w grze Pokémon GO uwiecznione na filmiku w serwisie YouTube. To gra stworzona przez firmę Niantic, firmowana przez słynną Nintendo, polegająca na łapaniu i hodowaniu wirtualnych stworków – pokemonów.

Na początku gry każdy dostaje jednego pokemona, później jednak musi się poruszać, aby znaleźć i schwytać kolejne. W grze są również pokestopy – miejsca, w których można znaleźć przedmioty specjalne, oraz pokegymy – sale treningowe, gdzie można wypróbować swojego stwora w walce z innymi.

I co jest w tym takiego fajnego? Otóż to, że wszystko to odbywa się w świecie realnym. Naszym awatarem (postacią w grze) nie sterujemy bowiem przyciskami ani joystickiem. Żeby się poruszać w grze, trzeba naprawdę chodzić. Serio – trzeba wstać z krzesła, wyjść na dwór i chodzić. Odbiornik GPS i akcelerometry w smartfonie wykrywają ruch i odpowiednio do tego prowadzą grę. Mapa odwzorowuje realny świat – poruszamy się zatem po chodnikach okolicznych ulic, wchodzimy do sklepów, oglądamy budynki, pomniki, witryny. Mało tego – gra wykorzystuje też kamerę wideo wbudowaną w smartfony. Obraz z niej jest wyświetlany na ekranie, a na to nanoszona jest komputerowa (i dość prymitywna, trzeba przyznać) komputerowa animacja pokemonów.

Taka technika mieszania obrazu świata rzeczywistego i komputerowego nazywana jest rozszerzoną rzeczywistością (AR – augmented reality) i w dziedzinie gier wideo na telefony wcale nie jest nowością. Wiele lat temu w podobny sposób na ekranie pierwszych smartfonów można było „likwidować" wirtualne komary latające po całym – jak najprawdziwszym – pokoju. Pokémon GO przeniósł jednak tę technikę na nowy poziom.

Łap stwora

Rezultaty tej prostej koncepcji są oszałamiające, a popularność gry zapewne zaskoczyła samych twórców.

Pokémon GO stał się już popularniejszy niż Tinder (aplikacja do randkowania), a w kategorii liczby aktywnych użytkowników dziennie udało mu się prześcignąć Twittera. Przeciętny użytkownik gry spędza z nią 33 minuty dziennie. Na Facebooku – „tylko" 22 minuty. Pokonał też inne „wynalazki" tak kochane przez młodzież – Snapchat i Instagram.

Pokemony pokochali nie tylko młodzi, ale też inwestorzy. W ciągu dwóch tygodni od premiery wartość rynkowa Nintendo skoczyła dwukrotnie, do 42,5 miliarda dolarów. Po ostatnich zwyżkach firma stała się cenniejsza niż Sony (39 miliardów dolarów).

I to wszystko mimo tego, że Pokémon GO jest grą darmową. Wprawdzie gracze mogą kupować drobne ułatwienia (przez tzw. mikrotransakcje), jednak w odróżnieniu od innych zabaw tego typu wpłaty nie są wymagane do posuwania się naprzód.

Na co liczą inwestorzy? Są inne metody monetyzacji zainteresowania grą na smartfony, które dotąd były słabo wykorzystywane. Wszystko przez to, że Pokémon GO wykorzystuje rzeczywistość rozszerzoną, która otwiera nowe pola promocji i marketingowi – ale o tym za chwilę.

Prawdziwym wabikiem są sami gracze. Bo w Pokémon GO wcale nie grają dzieci. A przynajmniej nie tylko dzieci. Animowane stwory idealnie trafiły w zapotrzebowanie na nostalgię dzisiejszych 20- i 30-latków. Takich, którzy pamiętają kieszonkowe konsole gier Nintendo Game Boy z ich prymitywną grafiką i prostymi zasadami.

– To obecna era technologiczna przygotowała ludzi na Pokémon GO – mówi sieci BBC Andrew Przybylski z Oxford Internet Institute. – To gra ery mediów społecznościowych. Ludzie nauczyli się już, w jaki sposób korzystać ze smartfonów, tak jak wiedzą, jak poruszać ciałem, grając w tenisa na konsoli Wii. A więc największa część pracy już została wykonana.

Pokemony wymyślono w Japonii. Stworzył je Satoshi Tajiri (rocznik 1965), którego pasją było zbieranie owadów. Nadawał im imiona i organizował dla nich konkursy. Uczył się raczej słabo, pracy też nie mógł znaleźć, fascynowała go za to manga i gry komputerowe. Wpadł na pomysł, żeby owady zastąpić fikcyjnymi stworzeniami (tu wyjaśnienie: Bulbasaur to jaszczuropodobny pokemon typu trawiastego trującego z bulwą na plecach, a Pikachu to żółte stworzonko ze szpiczastymi uszkami najlepiej znane z animowanych seriali, jest symbolem całej serii Pokémon). W sumie jest ich kilkaset – mają swoje indywidualne cechy, zdolności do ataku i obrony oraz własne ścieżki udoskonalania (ewolucji). Ich nazwa – Pokémony – wzięła się ze zbitki słów Poketto Monsuta (kieszonkowe potwory).

Gdy Tajiri przedstawił swój pomysł Nintendo, szefowie firmy... no, powiedzmy, że nie byli zachwyceni. Jednak w 1995 roku udało się wypuścić pierwszą grę tej serii (tylko po japońsku) na konsolę Game Boy. Stała się hitem. Później poszło już szybko – kolejne wersje gier i kolejne generacje pokemonów, seriale telewizyjne, manga, filmy, ścieżki dźwiękowe, gry karciane, a nawet gadżety i ubrania. Do niedawna franczyza pokemonów (zarządza nią Pokémon Company – konsorcjum firm Nintendo, Game Freak i Creatures) ustępowała tylko słynnej serii gier i filmów Mario. Sprzedano łącznie 200 mln kopii różnych tytułów z symbolem żółtego Pikachu. Po eksplozji Pokémon GO pewnie stworki przegoniły braci Mario. I stały się światowym fenomenem.

O dziwo, sama Japonia nie ma (a przynajmniej dotąd nie miała) własnej edycji Pokémon GO. – Serwery tym kraju nie są wystarczająco mocne – tłumaczy szef Niantic Joh Hanke. – Spodziewamy się wielkiego zainteresowania, gdy gra wreszcie ruszy. To będzie pewnie pod koniec lipca.

A gdy ruszy, nowy gigantyczny skok wyceny mamy jak w banku.

Temat na sezon ogórkowy

Popularność pokemonów jest tak ogromna – i stało się to w tak krótkim czasie – że gracze awansowali na pierwsze miejsce w konkurencji „temat na lato". Łatwo śmiać się z ludzi, którzy popełniają głupstwa, bo nie widzą świata poza łowami na Pikachu. Tyle że nie zawsze odbywa się to całkiem bezboleśnie.

Oto policja w San Diego w Kalifornii informuje o dwóch mężczyznach, którzy podczas polowania na pokemony spadli z klifu. Wylądowali na plaży kilkadziesiąt metrów niżej – policja nie podaje, jakie obrażenia odnieśli. Albo historia dwóch marines spacerujących po parku z telefonami w rękach, którzy udaremnili pobicie kobiety i dzieci. Okazało się, że napastnik jest poszukiwany za usiłowanie morderstwa. Wpadł przez marines i ich pokemona.

Z kolei 21-letni Michael Baker skarżył się w telewizji Fox, że inny gracz dźgnął go nożem. Dźgnięty jednak nie zwrócił na to uwagi, bo był zajęty łapaniem stwora. Do szpitala pojechał później, wymagał założenia ośmiu szwów.

Znacznie gorzej na pokemonach wyszedł Evan Scribner z Nowego Jorku. Poszedł do mieszkania byłej dziewczyny. A tam, zamiast zajmować się tym, po co przyszedł, zaczął łowić pokemony. Jego aktywność – wraz z dokładnym położeniem geograficznym w domu byłej dziewczyny – zauważyła narzeczona. Która z aktualnej natychmiast stała się byłą.

Do tej samej kategorii należy przypadek Jonathana Theriota, który przyjechał do szpitala z żoną w ciąży. Gdy pani Theriot oczekiwała na cesarskie cięcie, jej małżonek zajrzał pod stół... A tam ukrył się Pidgey – ptakopodobny pokemon. Gdy Jessikę operowano, Jonathan starał się schwytać stwora, co zresztą uwiecznił na zdjęciach, które stały się natychmiast przebojami prześmiewczych serwisów internetowych. Córeczka Ireland czuje się dobrze.

Jedną z najsłynniejszych „pokemonowych spraw" stało się przypadkowe odnalezienie zwłok w Wyoming. 19-latka polowała na rzadkiego stwora. – Popatrzyłam tam i zobaczyłam, że coś sterczy z wody – opowiada. I nie był to wcale Bulbasaur.

W Bośni władze ostrzegają graczy przed łowieniem pokemonów na polach minowych. A na Florydzie właściciel posesji zaczął strzelać do dwóch nastolatków ze smartfonami w dłoniach – był przekonany, że to rabusie.

Nie mniejszą popularnością cieszą się historie o pokestopach założonych w dość nietypowych miejscach – pomniku ofiar zamachu terrorystycznego 9/11 Memorial oraz w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. – Zabawa grami w muzeum upamiętniającym ofiary nazizmu nie jest najlepszym pomysłem. Staramy się usunąć nasze muzeum z tej gry – mówił Andrew Hollinger, rzecznik tej placówki.

To samo dotyczy byłego niemieckiego obozu zagłady Auschwitz. Nawiasem mówiąc, pod redakcją „Rzeczpospolitej" znajduje się pokestop urządzony w... pomniku Ewakuacji Bojowników Getta Warszawskiego (w grze jest zresztą opisany z błędem). A pokegym ulokowano na dachu sąsiedniego biurowca – pewnie jest dobrą rozrywką podczas nudnych posiedzeń zarządu.

Pomysł na biznes

Aby to była dla nich rozrywka, konieczne jest zapewnienie graczom bezpieczeństwa i pewności, trzeba dać im możliwość poznawania nowych rzeczy i pozwolić im na interakcje społeczne – uważa Przybylski. – Wygląda na to, że tej grze się to udało.

Bo to, co w Pokémon GO jest najdziwniejsze, to fakt, że łączy ludzi – choć zwykle gry powodują raczej pewną izolację. I nie są to połączenia wirtualne, lecz jak najbardziej rzeczywiste. Gracze, polując na pokemony, siłą rzeczy spotykają się w tych samych miejscach, rozmawiają ze sobą, wymieniają strategie. Poznają też nowe miejsca, do których, gdyby nie schowany pokemon, nigdy by nie trafili.

I to jest właśnie biznesowa szansa Nintendo. Szansa, której „zwykłe" gry nigdy nie będą miały. Bo styk rzeczywistości i świata wirtualnego daje zupełnie nowe możliwości.

Jeżeli komuś nie chce się chodzić, szukać pokemonów i rzucać w nie kulami, może skorzystać z usług wynajętych trenerów. Wynajętych za jak najbardziej rzeczywiste pieniądze. Na eBay można kupić konta w grze z rzadkimi lub mocnymi pokemonami za kilkaset dolarów.

Można też wynająć trenerkę, która zrobi to za nas. Ivy St. Ive (ma na ramieniu tatuaż z pokemonem Golbatem, co zapewne dodaje jej wiarygodności wśród potencjalnych klientów) pobiera 20 dolarów za godzinę. „Będę chodzić w czterogodzinnych zmianach i złapię na twoje konto każdego pokemona, jakiego zobaczę. Aktywuję każdy pokestop i pomogę ci z jajami" – reklamuje się trenerka 15 poziomu zajmująca się grami o Pokemonach od 1997 roku.

25 dolarów za godzinę chce kierowca z Baltimore za wożenie łowców samochodem. Znacznie mniej oferuje na stanowisku „trener pokemonów" ktoś z Opola. Wymagana jest dyspozycyjność, znajomość gry, gotowość do podjęcia pracy w terenie. W zamian: umowa-zlecenie za 10 zł netto za godzinę i telefon służbowy z zainstalowaną grą. Odzież sportowa gratis. Hojny pracodawca oferuje możliwość wyboru pokemona startowego (Bulbasaur, Charmander, Squirtle lub sam Pikachu) i 200 wabików na stwory.

W polskim Allegro dziennie pojawia się ok. 20 tys. poszukiwań związanych z grą. Sprzedawcy chcą zarabiać nie tylko na gadżetach (czapeczki, koszulki i akumulatory do smartfonów, bo gra szybko rozładowuje baterię), ale oferują też usługi trenerskie. Przejście kilkukilometrowego dystansu wyceniane jest na kwotę od 10 do 50 zł. Oferta „Pokemon Go gratisy i wykluwanie jajka 2km" została wyceniona na 15 zł.

Ale są też pomysły poważniejsze. Pokemony mogą posłużyć do ściągnięcia ludzi do określonych miejsc – na przykład sklepów i kawiarni. Sprytni właściciele kafejek już zresztą zaczęli rozrzucać wabiki na pokemony w swojej okolicy. Może zmęczeni łowcy usiądą na chwilę nad kubkiem sojowej latte i bezglutenowym ciastkiem?

To samo robi Lyft (firma przewozowa, która tak jak Uber za nic nie chce się przyznać, że jest firmą taksówkarską). Do pokestopów dowozi klientów ze zniżką. T-Mobile w USA oferuje fanom gry darmowe pakiety danych do wykorzystania w pogoni za stworami. Hillary Clinton zapraszała natomiast do rejestracji swoich zwolenników w Lakewood na przedmieściach Cleveland ofertą – wabik plus darmowy pokemon.

Wiadomo również, że Nintendo nawiązuje kontakty z McDonald's, który w swoich fast foodach chciałby urządzać pokegymy i pokestopy. To samo dotyczy również innych firm, które chcą ściągnąć do siebie klientów. Z nieoficjalnych informacji wynika, że tego rodzaju partnerstwo ruszy najpierw w Azji, a jeśli się sprawdzi, zostanie przeniesione również na inne rynki.

Możliwe jest również umieszczanie w poszerzonej rzeczywistości reklam nakładanych na realne obiekty. Wabik na pokemony stanie się wabikiem na ludzi.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA