fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Paweł Pawlikowski - reżyser prześladowany?

W Cannes Pawła Pawlikowskiego doceniono. Zdaniem mainstreamowych mediów polski minister kultury nie dość entuzjastycznie się do tego odniósł (na zdjęciu reżyser po otrzymaniu nagrody dla najlepszego reżysera na canneńskim festiwalu; w tle aktorka, członkini jury, Kristen Stewart)
AFP
Paweł Pawlikowski zrobił dobry film o polskich sprawach. I nadal atakuje władze, nie zawsze sprawiedliwie. Prawicy radziłbym jednak złagodzenie tonu, kiedy mówi o artystach i ich dziełach. Nie wszystko, z czym się nie zgadzamy, jest od razu „antypolskie".

Podczas polskiej premiery „Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego na scenę poproszono pokaźną grupę osób, którym film coś zawdzięczał. Nie wywołano jednak nikogo z Ministerstwa Kultury ani z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, choć na sali był zarówno minister Piotr Gliński, jak i szef PISF Radosław Śmigulski. Lwią część funduszów „Zimna wojna" dostała za Magdaleny Sroki, ale ostatni milion już za nowej, prawicowej ekipy.

Z kolei media dawnego mainstreamu zabrały się za dowodzenie, że Gliński cieszył się z sukcesu filmu w Cannes „niedostatecznie", to samo miało zresztą dotyczyć laurów pisarki Olgi Tokarczuk. Nie podano definicji wystarczającej radości, minister przepisowo pogratulował. Usiłowałem sobie wyobrazić, czysto teoretycznie, poprzednią platformerską ekipę skaczącą do góry z radości, gdyby jakimś cudem uhonorowano gdzieś na świecie Jarosława Marka Rymkiewicza. Ale teza o obecnym ministrze jako „profanie" pogardzającym polską kulturą działa jak swoiste perpetuum mobile.

Prawica nie szuka dziś zwady. Ci, co się po jej stronie znają na kinie, normalnie recenzują i na ogół chwalą. Ci, co się nie znają, milczą, poza Rafałem Ziemkiewiczem, który zapewne nie obejrzawszy filmu, bo grubo przed premierą, orzekł ordynarnymi słowami, że jego nagrodzenie ma naturę czysto polityczną – własny target zobowiązuje. I poza portalem Telewizji Republika, która aby dowieść podobnej tezy, zbudowała skomplikowany spiskowy scenariusz o wpływie dawnych peerelowskich agentów na międzynarodowy rynek filmowy.

Po stronie liberalno-lewicowej panuje z kolei klimat uwielbienia. Ale że ciężko spierać się o sam film w kategoriach: „postępowy" versus „antypolski", w tym względzie pożytku z niego nie za wiele. Emocje więc są raczej powściągane.

Co nie oznacza, że historia konfliktu Pawła Pawlikowskiego z polską prawicą nie jest warta objaśnienia. Tyle że nie mam tu łatwych odpowiedzi.

„Ida" – historia burzy

Pamiętam pojawienie się „Idy", poprzedniego filmu tego reżysera, kiedy zauważyła ją głównie „Krytyka Polityczna" niezadowolona, że postać ciotki, stalinowskiej prokurator (gra ją Agata Kulesza) utrwala stereotyp „żydokomuny". Recenzent portalu wPolityce.pl Łukasz Adamski rozważał wtedy głównie wartości artystyczne obrazu i nie posiadał się z zachwytu. Niewielu zresztą cokolwiek powiedziało czy napisało. Gdyby Pawlikowski był wtedy zainteresowany reklamą za pomocą argumentów ideowo-politycznych, zadbałby chyba, żeby dotarły do publiki.

Trudno uwierzyć, ale ja chyba jako pierwszy dostrzegłem w „Idzie" – pokazywanej wtedy przez kanał Ale Kino późnymi wieczorami – zaczyn kłopotów. Napisałem, że zwłaszcza dla zagranicznego widza kontekst niemieckiej okupacji w Polsce jest w filmie nieczytelny. Co może prowadzić do mylnych wniosków, że Holokaust był dziełem Polaków. Niemożliwe? W świetle wezwań brytyjskiego „Guardiana", żebyśmy „wzięli odpowiedzialność za sprawstwo Zagłady", i owszem.

Dopiero zgłoszenie „Idy" do Oscara po deszczu nagród europejskich wywołało burzę. Film stał się tematem gromkich artykułów, deklaracji polityków oraz konferencji prasowych, choćby Reduty Dobrego Imienia. Sam w jednej z nich wziąłem udział, bo zależało mi na dopowiedzeniu tego, czego nie dopowiedział Pawlikowski.

Ale równocześnie nigdy nie akceptowałem nazywania filmu „antypolskim", co wkrótce stało się na prawicy manierą. Ani nie głosiłem, jak pewien znany prawicowy intelektualista, że takie historie nigdy się nie zdarzały, bo nie zostały przechowane przez jego rodzinną tradycję.

Można by nawet dowodzić, że o obecności Niemców Pawlikowski nie pomyślał, bo traktował wojenną historię grupy Żydów zabitych w lesie przez polską rodzinę jako rozbudowaną dygresję. Ba, jeśli ktoś wsłucha się w skąpe dialogi, może się nawet dokopać pewnych komplikacji tego epizodu. Chłop grany przez Jerzego Trelę opowiada w szpitalu, że na zabójstwo zdecydowali się wtedy, gdy groziła im dekonspiracja. Wcześniej żydowską rodzinę ukrywali.

Takie historie się zdarzały. Polacy bali się, że po schwytaniu Żydzi ich wydadzą. Niestety, epizod ten pozostaje niejasny, jak prawie wszystko w tym „zamglonym" filmie. Niejasne pozostają też wątki mniej korzystne dla polskiej strony, choćby przejęcia żydowskiego gospodarstwa przez polskich sąsiadów. W powietrzu zawisa pytanie, dlaczego jedna z dwóch głównych bohaterek, będąc wpływowym stalinowskim prokuratorem, nie próbowała się mścić na oprawcach swojej rodziny.

Czy zaś wymowa całości jest „antypolska"? A wątek żydowskiej dziewczyny, siostrzenicy stalinowskiej prokurator, ukształtowanej przez zakonnice, które musiały dać jej schronienie? Czy ich oferta innego życia to coś wymuszonego, sztucznego, dla kogoś, kto jest wykorzeniony, czy autentyczna szansa? Pawlikowski nie daje odpowiedzi.

Prawdą jest, że złość polskich konserwatystów trzeba widzieć w kontekście naprawdę niemiłych przekłamań i uogólnień dotyczących polskich zachowań podczas II wojny światowej. Jest zaś coś jeszcze, stała pokusa polskich filmowców, aby opowiadać o polskich dziejach i polskiej zbiorowości w jednolitym, czarnym tonie. Bardziej charakterystycznym od „Idy" jest tu „Pokłosie" Władysława Pasikowskiego, gdzie „syndrom Jedwabnego" staje się przedmiotem atrakcyjnego quasikryminału, ale równocześnie starannie omija kontekst historyczny pogromowych nastrojów na Podlasiu (zaangażowanie Żydów w okupację sowiecką), nie mówiąc już o obrazie współczesnej polskiej społeczności jako okrutnej dziczy, co nie pokrywa się z realiami.

Nie pokrywa się zresztą nie tylko w kinie historycznym. Ojkofobia w dziełach wielu filmowców to prawdziwy problem, ale też klucz do krajowych czy zagranicznych laurów. Małgorzata Szumowska opowiedziała mającą pierwowzór w rzeczywistości historię okaleczonego człowieka, odwracając jednak dokładnie jej wektory. I za to wygrała festiwal w Berlinie. Jerzy Stuhr kilka lat wcześniej, żeby pokazać, jak bardzo nie lubi patriotycznego gestu wyśmiał i zmieszał z błotem tradycję Solidarności – niemądrze i niesprawiedliwie przedstawiając opresje czasów stanu wojennego jako produkt paranoi solidarnościowych działaczy.

I nawet on, choć wielu krytyków przyznawało, że jego „Obywatel" to gniot, dostał nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni. I był okadzany przez redakcję „Gazety Wyborczej" w teorii ufundowanej na solidarnościowej tradycji i do dziś narzekającej, że to prawicowcy ją porzucili. Uwaga, że na przykład w teatrze podobne wątki są eksponowane jeszcze natrętniej, brzmi jak truizm.

Takich filmów czy wątków w filmach jest wystarczająco dużo, aby ludzie zaangażowani po stronie obrony tradycyjnego, a właściwie jakiegokolwiek patriotyzmu mieli prawo widzieć świat sztuki, w tym przypadku filmowej, jako źródło zagrożenia. Choć mnie nazywanie filmów „antypolskimi" odpycha nawet wtedy, kiedy mamy do czynienia z wykwitami wiecowej ojkofobii („Obywatel", „Twarz", Pokot"). To sugeruje, że polskość jest tak słaba, że można ją utłuc filmem niczym ćmę gazetą. Opór zaś rośnie, kiedy mamy do czynienia z dziełem nieoczywistym. Powtarzam, brak dowodów, żeby na początku Pawlikowski szukał publicystycznej zwady. Choć wykazał się brakiem historycznej empatii.

Twórca bez empatii

Równocześnie z ubolewaniem stwierdzam, że prawicowe sabaty czarownic dawno już przekroczyły miarę uzasadnionej samoobrony. Można mieć wątpliwości wobec estetycznej wizji zawartej w „Mieście 44" Jana Komasy skierowanej w teorii ku najmłodszym widzom, czasem kosztem historycznej prawdy, a na pewno kosztem niepowtarzalnego klimatu tamtych czasów. Ale wyklinanie tego filmu jako antypowstańczego, przypisywanie Komasie złych intencji, było nie tylko nieporozumieniem, ale wyrazem złej histerii. Podobnie samozwańczy obrońcy etosu harcerskiego potraktowali „Kamienie na szaniec" Roberta Glińskiego. Należało z tamtymi dziełami polemizować, ale nie organizować krucjaty na wyrost.

Można odnieść wrażenie, że poczucie zagrożenia ze strony obrazoburczych obsesji artystycznej lewicy nie było jedynym powodem tych odruchów. Że z kolei po prawej stronie zaczęła obowiązywać wizja polskiej historii i teraźniejszości lukrowana, kreowana ku pokrzepieniu, pełna tematów tabu. Nawet „Wołyń", chociaż raczej przez prawicowców chwalony za przypomnienie martyrologii Polaków ze Wschodu, bywał krytykowany – bo polskie wsie wydawały się zbyt ciemne i buzujące grzechami. No, ale co się dziwić, skoro znakomity skądinąd krytyk Krzysztof Kłopotowski potrafił inny obraz Wojciecha Smarzowskiego „Dom zły" deprecjonować jako szkalujący nasze społeczeństwo w oczach innych, przede wszystkim Niemców.

Można było o nim poważnie debatować, pytać, czy nie jest przesadnie drastyczny. Zresztą w innych jego filmach z „Weselem" na czele ojkofobiczne akcenty się pojawiały. Ale przecież to dosadna opowieść o konkretnym zakątku Polski, na dokładkę w PRL. Czy Polacy są zawsze niepodatni na demoralizację? A czy Gogol rysujący czarnymi barwami rosyjską prowincję nie był rosyjskim patriotą?

Frazes o „antypolskości" tego czy innego dzieła stał się już bez mała odruchem. Ostatnio w portalu Prawy.pl jako „antypolski" opisano pokazywany w TVP „Kabaret La La Poland", bo śmieje się nie z tych, z których śmiać się warto. Szaleństwu części sfer artystycznych zaczęło towarzyszyć szaleństwo ich wrogów, tropicieli spisków.

Inną sprawą jest reakcja Pawlikowskiego. Stał się w trakcie debaty na temat „Idy" innym człowiekiem niż wtedy, kiedy kręcił skromny czarno-biały obraz. Chętnym do politycznych recenzji, bezrefleksyjnych i skrajnych. Można powiedzieć, że ci, którzy chcieli go widzieć jako intencjonalnie antynarodowego, dostali go takim w pakiecie. Mówisz, masz.

Mnie bardziej od porównywania PiS do komunistów czy trywialnych uwag na temat nielubianych polityków, stawiających artystę na politycznej barykadzie, zmartwiło co innego. Kompletny brak prób wykazania empatii wobec tych Polaków, którzy w niejasności okupacyjnego kontekstu, choćby dla zagranicznego widza, widzieli problem. Skrajne wypowiedzi niektórych oponentów „Idy" pozwalały Pawlikowskiemu zakwalifikować wszelkie głosy krytyczne jako przejaw hurrapatriotycznej histerii. Jego punkt widzenia, człowieka wychowanego w świecie marcowej emigracji, traktującego zapewne wrażliwość takich ludzi jak Helena Wolińska jako miarodajne źródło wiedzy o historii, nie skonfrontował się przez jedną chwilę z innym doświadczeniem.

Snuł za to wizję życia kulturalnego w Polsce jako zdominowanego przez jedną opcję. Prawda, że kluczowe zdania o tym, że jego kolejny film może paść ofiarą niezadowolenia władz, bo sam reżyser znalazł się na czarnej liście, to włożony mu dziś w usta przez AFP powrót do wywiadu z roku 2016. Ale też niektóre tezy reżyser podtrzymuje, nawet jeśli cokolwiek relatywizuje.

I ma nawet pewne podstawy. W pierwszych miesiącach nowej prawicowej ekipy w TVP Kultura nie puszczano będącej w zasobach kanału „Idy", uznając film za coś w rodzaju gorącego kartofla. Puszczono go za to w telewizyjnej Jedynce, opatrzoną nie tylko prelekcjami historyków, mającymi objaśnić, co działo się na ziemiach polskich w czasie wojny, ale także planszą informacyjną imitującą immanentną część dzieła. Zwłaszcza to ostatnie wydaje mi się nadużyciem, nie tyle nawet groźnym, co śmiesznym, na pewno niedopuszczalnym.

Tyle że później to się zmieniło. „Idę" pokazywano w TVP Kultura bez owych „zabezpieczeń" urągających rozumowi widzów. Wsparcie dla „Zimnej wojny" to finał „prześladowań" Pawlikowskiego. Piszę to, podkreślając, że te pierwsze incydenty nie powinny się zdarzyć.

Czy to jednak wystarczy, aby opowiadać już nie tylko o sobie jako ofierze szykan? Proponuję dokonanie pod tym kątem krótkiej rekapitulacji polityki resortu kultury za czasów Piotra Glińskiego.

Kto rządzi kulturą

Teatr? Jeżdżę teraz po Polsce na przedstawienia tak zwanej klasyki, bo jestem jurorem. Warszawa z wieloma teatrami jawi się jako ostoja pluralizmu. Za to w innych miastach przeważają ideologiczne przeróbki klasyki w jednorodnym, lewicowym duchu, a często po prostu antypisowskie politgramoty. Wkładanie Edkowi w usta frazesu „Bóg, honor, ojczyzna" – w toruńskim przedstawieniu „Tanga" – nie jest zamachem na obecną władzę, ale na Sławomira Mrożka, a na dokładkę na dobry smak i zdrowy rozsądek. Jeśli jakiś front w teatrach istnieje, to zwrócony przeciw konserwatywnym Polakom. To się może zmienić, jeśli PiS przejmie część wojewódzkich samorządów, ale przecież nie przejmie wszystkich, pozostaną też teatry miejskie pod władzą liberalnej lewicy.

Na razie Gildia Polskich Reżyserek i Reżyserów była w stanie zastraszyć przybysza z zagranicy Michała Gieletę, który w następstwie konkursu miał kierować programem artystycznym jednego z kilku teatrów „ministerialnych" – Starego. Tak sugestywnie go przekonywano, że wyjechał. Teatry należą w praktyce do mocno lewicowej korporacji artystów. I zarazem cały czas słyszymy krzyki o zagrożonej wolności. Jeden czy drugi konkurs niewygrany przez ulubieńców środowiska, czasem zresztą z woli nieprawicowych samorządów, idzie na konto prawicy.

Kino? Owszem po niespełna dwóch latach minister wymienił kierownictwo PISF. Proszę jednak przejrzeć składy komisji decydujących o przydziale funduszów. Korporacja filmowców zachowuje tam większość. Decyzje mają na ogół naturę środowiskową.

Instytut Książki był atakowany za próbę wspierania „swoich". Rzecz w tym, że obok długiej listy pisarzy „słusznych" spróbowano wspierać wyjazdami na targi książki i tłumaczeniami kilku „niesłusznych". Tym pierwszym nie stała się żadna krzywda. Ale to nie przeszkadza w nieustannym wywoływaniu poczucia krzywdy. Ostatnio usłyszeliśmy, że Olga Tokarczuk nie została zabrana na targi w Dubaju. Tymczasem była zaproszona, nie mogła pojechać.

Owszem, minister Gliński dba, aby podtrzymywać słowne napięcia ze środowiskiem artystów. Czasem czyni to przesadnie , bo ogląda się na nielubiący sfer artystycznych prawicowy elektorat. Owszem, jego resortowi zdarzają się błędy, jak choćby pierwsza zwłaszcza lista czasopism obdarzonych państwową dotacją. Pismo „WPIS" naprawdę nie powinno wyprzedzać „Więzi" czy „Res Publiki". Nikt jednak nie protestował, kiedy podobnej jednostronności dopuszczał się platformerski minister Bogdan Zdrojewski. Ktoś jeszcze pamięta listę zaproszonych na organizowany za publiczne środki Kongres Kultury we Wrocławiu? Minister oddał go „Krytyce Politycznej", główną gwiazdą stał się Zygmunt Bauman. Ale to nie zostało uznane za jednostronne, ideologiczne.

Obecny resort kultury częściej bywa dyplomatyczny niż konfrontacyjny, jest zresztą z tego powodu krytykowany przez kręgi konserwatywne. Czasem istotnie bywa zbyt ostrożny. Ostatnio stanął przed dylematem, czy domagać się konkursu na dyrektora Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, współprowadzonego przez ministerstwo. Dyrektor Janusz Kijowski jest tam krytykowany przez część zespołu za decyzje dwuznaczne z punktu widzenia etyki, i to tej najprostszej, związanej z finansami. Resort postanowił nie robić Kijowskiemu krzywdy. Jak by to wyglądało, gdyby atakujący w internecie PiS stryj lidera KOD stracił po kilkunastu latach posadę. Jego koledzy z Warszawy ogłosiliby go od razu ofiarą represji politycznych.

Oczywiście można twierdzić, że minister Gliński się cofa, bo nie dysponuje rezerwową armią artystów. Że gdyby ją miał, podjąłby energiczniejszą próbę „wymiany elit", tak jak próbuje to robić choćby w muzealnictwie. Nie zmienia to faktu, że wizja nowej cenzury jest produktem histerii.

Czy artysta ma obowiązek wiedzieć takie rzeczy? Można wręcz twierdzić, że urokiem środowisk artystycznych jest nadwrażliwość. Przypominam te wszystkie fakty tylko po to, aby nie mylić tej nadwrażliwości z rzeczywistością. Mamy do czynienia z brakiem wspólnego języka między większością środowisk artystycznych i rządzącymi. Ale nie mamy z wielką polityczną presją. Nawet TVP, uprawiająca toporną propagandę w programach informacyjnych, w takich segmentach jak teatr telewizji czy programy kulturalne jest mocno pluralistyczna. Zaryzykuję twierdzenie, że mocniej niż za czasów, kiedy kontrolowała ją PO.

Zakończmy wojnę na słowa

Nie zmienia to faktu, że wojnę na słowa z Pawlikowskim i „Idą" uważam za błąd prawicy. Można do tego podejść jak Krzysztof Zanussi. W rozmowie ze mną dla „Plusa Minusa" sugerował, że nawet jeśli w filmie nie wszystko się zgadzało z realną historią, ta wojna nie była w polskim interesie. Dopowiem za niego: nie dało się jej wygrać, a raczej wyrobiła konserwatywnej Polsce złą reputację. Rzuciła podejrzenie, że chce coś ukryć.

I można na to spojrzeć jeszcze inaczej. Oto Wojciech Smarzowski wiele razy bijący w wartości drogie prawicy, nakręcił ważny historyczny fresk „Wołyń". Co więcej, jeśli przyjrzeć się jego twórczości, to właśnie on może najcelniej, bo bez upiększeń tła, podniósł w górę akowski etos czasów wojny. Zwróćmy uwagę na postać graną przez Marcina Dorocińskiego w „Róży" i bohatera kreowanego przez Adriana Zarembę w „Wołyniu". Kim oni są? To wielka prawda o uobywatelnieniu najlepszej części Polaków podczas wojennego chaosu.

A pragmatyzm Władysława Pasikowskiego kręcącego po „Pokłosiu" antykomunistycznego „Jacka Stronga", a dziś pracującego nad filmem o „kurierze z Londynu"? Totalna wojna słowna z artystami nie ma sensu. Dzisiejszych wrogów można czasem pozyskać. Co nie wyklucza niepokoju i prawa do krytyki, kiedy Smarzowski sam reklamuje swój kolejny, wsparty przez PISF, film o pedofilii wśród księży jako „wściekle antyklerykalny".

Z tego punktu widzenia drugi film Pawlikowskiego okazał się zaskakująco uniwersalny, łączący różne poglądy i wrażliwości. Mniej go doceniam jako melodramat, choć jest w tej kategorii gorąco chwalony. Mnie wydał się zbyt chłodny i zdawkowy. Trudno mi było angażować się w losy ludzi, o których do końca wiemy tak mało. Bardziej mnie za to przekonał jako portret czasów, pokazujący, często przy okazji, rozmaite fenomeny. Jakby mimo woli został na przykład podjęty problem adaptacji polskiej kultury i jej twórców za granicą. Pawlikowski, sam emigrant, postawił ciekawe pytania.

Jego czarny obraz komunizmu jest powszechnie aprobowany, nawet jeśli Wiesław Chełminiak czy Filip Memches wychwycili trochę zabawne imputowanie temu systemowi, i to w czasach stalinowskich, skłonności nacjonalistycznych. Można to uznać za drobne uszczypnięcia przydatne reżyserowi w dzisiejszych bojach. Ale zasadniczo opowieść Pawlikowskiego, często złożona z przewidywalnych, choć podanych pięknie klisz, ma szansę zwrócić uwagę świata na polskie losy. Tym razem bez tropienia immanentnego zła naszego narodu. A to już bardzo dużo.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA