fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Dziennikarskie awantury Bolesława Prusa

Młody Aleksander Głowacki nie doceniał siły redakcji, w której teraz pracował – w Warszawie liczono się z jej publikacjami. Na zdjęciu redakcja „Kuriera Warszawskiego” w 1905 roku.
POLONA
Bolesław Prus poświęcał redakcyjnemu życiu dużo czasu i było ono dla niego niezwykle ważną częścią codzienności. Lubił pojawiać się w biurze z rana, najczęściej o określonej porze, nawet bez żadnego interesu, i z czasem nawyk ten stał się jego rytuałem.

Dwa miesiące po ślubie z Oktawią, w marcu 1875 roku, Aleksander otrzymał w „Kurierze Warszawskim", z którym okazjonalnie dotąd współpracował, posadę stałego felietonisty. Jego rubryka nosiła nazwę „Kronika tygodniowa" i redakcja przeznaczała dla niej prestiżowe miejsce: tekst zaczynał się na pierwszej stronie, u dołu kolumny, i był kontynuowany w numerze. Pierwszy tak anonsowany felieton Aleksandra ukazał się w numerach 64 i 65, które pojawiły się w kioskach 23 i 24 marca. W taki oto sposób nieznany szerszej publiczności dwudziestoośmioletni Aleksander, podpisujący swoje teksty pseudonimem Bolesław Prus, nagle stał się sławny.

Dwadzieścia jeden lat później, gdy Aleksander był już uznanym literatem, w „Książce jubileuszowej »Kuriera Warszawskiego«", oficjalnej publikacji przedstawiającej dzieje redakcji, napisano, że drzwi do dziennika otworzył Aleksandrowi Wacław Szymanowski, redaktor naczelny „Kuriera", i to jego zasługą było sprowadzenie do znanej redakcji błąkającego się na marginesie dziennikarstwa humorysty. Według autorów „Książki jubileuszowej" wiosną 1874 roku Szymanowski, przeczytawszy w „Musze" tekst nieznanego mu wówczas autora, miał poprzez pośredników doprowadzić do spotkania z Aleksandrem i na owym spotkaniu zaoferować mu współpracę.

Rym do „tudzież"

Nieco mniej korzystną dla Aleksandra wersję wydarzeń przedstawiał po latach Wiktor Gomulicki, poeta i, co być może wpływało na jego opinie, poprzednik Aleksandra na posadzie „Kurierowego" felietonisty. W jego pamięci powód, dla którego humorysta Bolesław Prus został w ogóle dostrzeżony przez Szymanowskiego, był raczej błahy i zabawny. Podczas redakcyjnej kolacji jeden z młodych dziennikarzy, Kazimierz Łuniewski, miał podsunąć redaktorowi naczelnemu numer „Muchy" z wierszowanym tekstem Aleksandra. Szymanowskiego, który sam także lubił pisać wiersze i uważał, że jest w stanie znaleźć rym do dowolnego słowa, zainteresowało to, że autor potrafił zrymować trudne słówko „tudzież". Rozbawiony postanowił wówczas nawiązać kontakt z Aleksandrem i w kwietniu 1874 roku zaoferował mu luźną współpracę. Sposób, w jaki Aleksander dołączył do redakcji, tak naprawdę nie miał jednak większego znaczenia. Ważne było tylko jedno – że to właśnie „Kurier Warszawski" okazał się dla niego tymi długo wyczekiwanymi wrotami do sławy, a publikowane w nim felietony uczyniły z Aleksandra ważnego publicystę i rozpoznawalnego pisarza. Dziennik był popularny i opiniotwórczy, miał stabilną sytuację finansową, olbrzymi dział reklamowy i co najważniejsze, kilka tysięcy wiernych prenumeratorów, miał więc moc czynienia ze swoich autorów gwiazd dziennikarskich i tak też w wypadku Aleksandra się stało.

Być może w listach do rodziny lub przyjaciół chwalił się tej wiosny swoim sukcesem i opisywał radość, z jaką przyjął posadę felietonisty, lecz listy te nie zachowały się do naszych czasów. Wyrwa w korespondencji Aleksandra jest zresztą bardzo duża i obejmuje okres niemal pięciu lat, to jest czas od zimy 1874 do listopada 1879 roku. W jego utworach także brak wskazówek, z których można by się dowiedzieć, jak przyjął życiową zmianę.

Jako pisarz nie lubił przenosić do nich swego dziennikarskiego życia i starał się nie umieszczać w przestrzeni literackiej ani dziennikarskich doświadczeń, ani związanych z nimi emocji. Wymyślał dla siebie inne zawody. Bywał malarzem, buchalterem, kancelistą, kasjerem, przedsiębiorcą, ale także kupcem, wynalazcą, chemikiem i wreszcie inżynierem. Ciekawe jest przy tym, że poświęcał redakcyjnemu życiu dużo czasu i było ono dla niego niezwykle ważną częścią codzienności. Lubił pojawiać się w biurze z rana, najczęściej o określonej porze, nawet bez żadnego interesu, i z czasem nawyk ten stał się jego rytuałem: już do końca życia, bez względu na to, gdzie pracował, zawsze znajdował czas, by wstąpić do redakcji do coraz młodszych kolegów. Trudno go było wtedy nie zauważyć. Żartował, śmiał się z cudzych dowcipów, plotkował, czytał gazety albo grał w szachy, nieustannie przy tym paląc papierosy. Oszczędzał, zamiast drogich marek używał więc tak zwanych papirówek, pokruszonego taniego tytoniu upychanego byle jak do wymiętych papierowych tutek. Ponieważ były tanie, palił ich ogromne ilości.

Z początkiem 1875 roku Aleksander z impetem wkroczył w życie redakcji i szybko zaprzyjaźnił się z zespołem „Kuriera". Starał się utrzymać dobre stosunki ze wszystkimi, lecz najbliższych przyjaciół wybrał sobie spośród nowych współpracowników pisma. Znajomości te okazały się zresztą bardzo trwałe, zarówno bowiem młodszy o pięć lat Marian Gawalewicz, jak i urodzony w 1850 roku Adam Breza pozostali z Aleksandrem w przyjaźni przez kolejne dziesięciolecia i obaj poświadczyli ją w okolicznościowych wspomnieniach. Najważniejszą dla Aleksandra osobą w redakcji od samego początku był jednak Wacław Szymanowski. Nie jest wykluczone, że charakter i słabostki redaktora naczelnego zostały potem wykorzystane przy budowaniu jakichś postaci, lecz dziś trudno już te szczegóły wytropić. Przede wszystkim bowiem nie wiadomo, jakiego przy tym użyć klucza. Aleksander chętnie dzielił się z kolegami opiniami na temat ważnych dla siebie postaci, czasami chyba nawet zbyt otwarcie, zapewne więc Julian Ochorowicz i inni bliscy przyjaciele wiedzieli, co myśli o otaczających go ludziach, lecz nie ma żadnych notatek, wspomnień ani utworów literackich, na podstawie których można by te opinie odtworzyć.

Człowiek niepospolity

Powtarzane przez innych dziennikarzy anegdoty przedstawiały naczelnego „Kuriera" jako człowieka wyrazistego i zwracającego na siebie uwagę. Był niewysoki, pulchny, miał dziwnie okrągłą głowę przyozdobioną krótką rudą czupryną i charakterystyczny niesforny zarost, po którym z daleka rozpoznawano go na ulicy. W 1875 roku liczył już sobie pięćdziesiąt cztery lata i chętnie przybierał wobec dziennikarzy postawę ojca. Na jego twarzy malował się zazwyczaj wyraz dobrodusznej pychy, jednak ci, którzy potrafili zaakceptować jego nieco teatralny sposób bycia, mieli szansę doświadczyć dobrych stron tego niepospolitego człowieka: jego serdeczności, przenikliwości, dowcipu i dziennikarskiej wiedzy.

Jako szef pisma Szymanowski lubił mieć wszystko pod kontrolą i objąwszy w styczniu 1868 roku funkcję redaktora naczelnego, narzucił redakcji własny styl. Aby czytelnicy i reporterzy mieli poczucie wspólnoty, nakazał dziennikarzom, by pisali o sobie per my i przemawiali do czytelnika wyszukanym, salonowym językiem. Konkurencja chętnie wyśmiewała tę manierę, nabijając się, że w opinii reporterów „Kurier" jest „rozpromienionym diamentem bożego pierścienia", dziennikarz „sylfem redakcyjnym", a Warszawa „syrenim grodem", lecz prenumeratorzy mieli na ten temat pochlebniejsze zdanie. Czytelnikom podobało się, że pod wodzą Szymanowskiego redakcja stara się zaspokajać ciekawość zwykłych ludzi, dba o recenzje teatralne, omawia nowości literackie i nie ucieka od drobnych informacji.

Wobec swoich dziennikarzy Szymanowski chętnie przyjmował pozę guru i dość jawnie domagał się uznania. Był jednak hojny i opiekuńczy. Lubił wynajdować talenty i szlifować je potem po swojemu. Chętnie wówczas brał pupila pod swoje skrzydła i zdarzało się, że zamiast na spacer, zabierał go do popularnego sklepu Juszczyka, aby pomóc mu w skompletowaniu eleganckiej garderoby. Grono współpracowników tworzyło jego świtę i szybko zamieniało się w dworską koterię. Gdy wyjeżdżał w podróż, uwielbiał zadawać na prowincji szyku, przedstawiając reporterów jako swoich osobistych sekretarzy.

Dwuznaczne dowcipy i piękne kobiety

Koledzy z redakcji uważali, że Szymanowski bardzo wyróżnia nowego felietonistę. Historyk Aleksander Kraushar, który w połowie lat siedemdziesiątych pracował w „Kurierze", wspominał po latach, że przybycie Aleksandra do redakcji zmieniło nawet zebrania zespołu. Odkąd się pojawił, zaczynały się one nieodmiennie od partii szachów, którą Aleksander rozgrywał z redaktorem naczelnym. Potyczki odbywały się w ciasnym pokoiku przyjęć, podczas gdy reszta zespołu mogła im jedynie kibicować. Wszyscy też wiedzieli, że Szymanowski lubi zamykać się z Aleksandrem na prywatne pogaduszki i pozwala mu na znacznie więcej niż innym dziennikarzom – jeśli nie był w nastroju do pisania, Aleksander mógł zarzucić Kronikę, nie obawiając się przy tym reprymendy naczelnego.

Bez wątpienia wiele ich łączyło i na swój sposób, mimo różnicy wieku, byli do siebie podobni. Wacław Szymanowski, tak jak Aleksander, nie miał wyższego wykształcenia i musiał nadrabiać uniwersyteckie braki oczytaniem i inteligencją. Zajmowały go teatr, poezja, psychologia i badanie duszy, lecz z charakteru i temperamentu był raczej felietonistą. Obydwaj lubili dwuznaczne dowcipy i towarzystwo pięknych kobiet. Różnił ich za to sposób ekspresji. Wacław Szymanowski jako hedonista otaczał się komfortem, dbał o swój ubiór i bez zahamowań domagał się dla siebie podziwu. „Każdy, ściślej z Szymanowskim zestosunkowany pracownik – wspominał Walery Przyborowski – musiał przechodzić ogniową próbę podziwu nad wytwornym smakiem ubiorów pana redaktora". Aleksander, choć miewał podobne pragnienia, wstydził się ich i starał się prezentować światu jako człowiek skromny i niezainteresowany poklaskiem.

Mimo że sam Aleksander nigdy w ten sposób nie stawiał sprawy, wydaje się, że Wacław Szymanowski szybko stał się dla niego kimś niezwykle ważnym. Miał doświadczenie, charyzmę, łatwo więc mógł wpisać się w figurę ojca, której Aleksander od tak dawna poszukiwał. Był również pierwszym dojrzałym mężczyzną, który akceptował w nim wszystko to, co wcześniej odrzucał w nim wuj Klemens: temperament, humor, erotyzm i literackie fascynacje. [...]

Beszamel z mięsem

Przyjmując posadę felietonisty „Kuriera Warszawskiego", Aleksander postanowił nie rezygnować z innych prac – zachował stałą rubrykę w „Niwie", a okazjonalnie współpracował także z „Kolcami". Była to dość ryzykowna strategia, gdyż teksty dla „Kuriera" wymagały znacznego reporterskiego wysiłku i Aleksander musiał poświęcać im teraz dużo uwagi. Wacław Szymanowski miał stanowcze poglądy na to, co znajduje się w jego gazecie. Choć cenił sobie styl i bardzo podobało mu się lekkie pióro, jednocześnie domagał się, aby felieton budowały nie impresje artysty, lecz fakty. Ujmował tę dewizę w swoim stylu: „Dobry felietonista – mawiał – musi mieć przede wszystkim styl, musi być zajmującym, dowcipnym, lekkim, a pod tym »beszamelem«, który najbardziej czytelnikom smakuje, powinno być mięso".

Aby zgromadzić owe fakty, Aleksander musiał się wykazać nie lada przedsiębiorczością. Bywanie na balach, premierach i pokazach już nie wystarczało. Publikowany w „Kurierze" felieton obejmował zazwyczaj dziesięć kartek rękopisu, co w dzisiejszych czasach oznaczałoby już krótkie opowiadanie, wymagał więc zarówno olbrzymiej ilości materiału reporterskiego, jak i usystematyzowanych i dojrzałych poglądów autora.

Aleksander uważał wymagania Szymanowskiego za przesadne, lecz jak można przypuszczać, nie wyjawił swoich obiekcji wprost. W kwietniu dał im jednak upust w felietonie publikowanym w „Niwie".

Pisał bez ogródek:

„Dzisiejszy felietonista (..) musi być wszędzie i wiedzieć o wszystkim. (...) Musi czytywać i robić wyciągi ze wszystkich pism, sprawozdań, nowych książek, reklam, skarg i procesów. Musi być kawałeczkiem ekonomisty, kawałeczkiem astronoma, technika, pedagoga, prawnika itd., jeżeli zaś brak mu jakiejś cząstki »wszechwiedzy i wszechmądrości« – wówczas musi, nie przymierzając, z wywieszonym językiem gonić po mieście specjalistów lub do góry nogami przewracać encyklopedie. (...) Dodajcie jeszcze to, że każdy z powyższych faktów musi być przedstawiony jak najzwięźlej, a całość powleczona lekkim werniksem blagi; pomyślcie, że śmiejąc się w wierszu np. piętnastym, powinniście płakać w siedemnastym, chwalić w dwudziestym, ganić w dwudziestym pierwszym. Jego postulat brzmiał krótko i zrozumiale: »chwalcie lub gańcie, słowem – róbcie, co wam się podoba – pisał – byleście ze swej strony piszącym również zostawili swobodę«".

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że choć narzucony przez Szymanowskiego styl rozwijał w Aleksandrze reporterskie umiejętności i czynił z niego znawcę miasta, jednocześnie pozbawiał go twórczej, pisarskiej swobody, przestrzeni, w której mógłby rozwijać warsztat literacki. Był regułą dość sztywną i na swój sposób obskurancką, przykrawał bowiem indywidualność autora, jego wrażliwość i intelektualne pasje do bardzo wąskiej formuły. Henryk Sienkiewicz, który w tym samym czasie także zarabiał na życie jako felietonista, miał w tej materii znacznie większą wolność i mógł czarować czytelnika nawet artystycznym opisem kałuży na drodze.

Mimo zastrzeżeń Aleksander szybko przystosował się do nowych warunków, a charakter felietonów zaczął się zmieniać nieodwracalnie. W „Kolcach" pisał o obyczajach, codziennostkach i ludzkich przywarach, teraz zaś coraz więcej miejsca zajmowały w nich sprawy o większym ciężarze gatunkowym: kanalizacja, oświetlenie, administracja, przemysł, architektura, przestępczość, komunikacja, literatura, dobroczynność i inicjatywy społeczne. Starał się traktować je tak, jak wcześniej traktował obyczajowe drobnostki, z humorem, dystansem i lekką złośliwością, ale jego opinie i sądy stawały się coraz bardziej autorytarne. Być może do takiej postawy zachęcał go Wacław Szymanowski, który lubił, by wokół tekstów zamieszczanych w jego gazecie było głośno, i chętnie widział w „Kurierze" polemiki, lecz wydaje się, że Aleksander także dawał sobie przyzwolenie na postawę krytyka. Nie doceniał jednak siły redakcji, w której teraz pracował – w Warszawie liczono się z jej publikacjami, oceny Aleksandra, nierzadko kontrowersyjne lub zbyt pospieszne, nie mogły więc pozostać bez odpowiedzi. W rezultacie jego dwunastoletnią współpracę z „Kurierem" naznaczyły długie, głośne i niekiedy okrutne batalie o większej i mniejszej wadze, staczane na oczach czytelników z oponentami z konkurencyjnych pism.

W taką pierwszą publiczną bitwę Aleksander wdał się bardzo szybko, bo już na przełomie kwietnia i maja, po ledwie miesiącu pisania felietonów do „Kuriera". Sprawa wydawała się z początku dość błaha.

Argumenty nie miały już znaczenia

Wiosną „Kurier Warszawski" stał się motorem akcji, której celem było zorganizowanie konkursu na dramat i nagrodzenie wybranego utworu kwotą pięciuset pięćdziesięciu rubli. Do jury, w którym znalazł się Wacław Szymanowski, zaproszono redaktorów dwóch innych pism, aktorów wraz z Heleną Modrzejewską, oraz krytyków teatralnych. Inicjatywa spodobała się konkurencyjnemu „Kurierowi Codziennemu" i aby móc się do niej przyłączyć, dziennik ogłosił na swoich łamach, że ma do dyspozycji sumę trzystu rubli ofiarowaną przez anonimowego darczyńcę – redakcja chciała dołączyć ją do nagrody i oczekiwała na propozycję, w jaki sposób mogłaby stać się częścią przedsięwzięcia. Zaproszenie to, choć sympatyczne, zlekceważono i wówczas „Kurier Codzienny" ogłosił, że zorganizuje odrębny konkurs dramatyczny. Aleksander uznał pomysł za dziwaczny i arbitralnie zalecił redakcji, by przekazała pieniądze na konkurs pedagogiczny.

Niezbyt grzeczna odpowiedź „Kuriera Codziennego", w której nazwano go „zmęczoną szkapą dowcipu" [...] zachęciła Aleksandra do walki w następnych Kronikach. Był podekscytowany i złośliwy, nazwał oponenta „miernym istotnie talencikiem", człowiekiem śmiesznym, smutnym, godnym politowania, i czuło się, że w tej bitwie uważa się za stronę silniejszą. Argumenty nie miały już żadnego znaczenia – chodziło jedynie o przewrócenie przeciwnika, ośmieszenie go i symboliczne zwycięstwo. Burzliwa wymiana zdań na nic się naturalnie zdała, nieoczekiwanie jednak to Aleksander musiał przełknąć gorzką pigułkę. Pod koniec awantury konserwatywny dziennik „Wiek" zaatakował go na swoich łamach i nazwał literackim klownem. [...]

Mimo że całe wydarzenie miało charakter pewnej środowiskowej przestrogi, Aleksander nie wyczuł niebezpieczeństwa i pod koniec roku znów wkroczył na bitewną arenę. Teraz jednak to on ponosił całą winę za awanturę. W felietonie, który opublikował w listopadzie, celem jego złośliwości stała się młoda i nikomu nieznana poetka Maria Bartusówna, której wiersze zamieścił konserwatywny tygodnik „Ognisko Domowe". Aleksander potraktował dziewczynę trochę jak sztubak: najpierw zjadliwie wyśmiał ją w felietonie, a potem dla zabawy sparodiował w Kronice jej poezję. Odpowiedź innych redakcji była gwałtowna i bolesna. Za dwudziestojednoletnią Bartusówną wstawiły się pisma konserwatywne, a wraz z nimi bastion pozytywistów – „Przegląd Tygodniowy". Jego felietonista zarzucił Aleksandrowi, że nie rozumie istoty zawodu dziennikarza, nie pojmuje, że jego krytyka i uwagi stają się sprawą publiczną i że dziennikarz jest winien szacunek bohaterom i czytelnikom. Niejako przy okazji nazwał Aleksandra gburem, zarzucił mu, że pisze dla poklasku, i dodał, że w jego tekstach często nie można znaleźć „logicznej myśli".

W tym samym czasie powszechnie szanowany Antoni Edward Odyniec napisał list do „Biblioteki Warszawskiej", w którym wezwał do bacznej kontroli nad takimi jak Prus „krytykami i trefnisiami", a w jego humorystyce dopatrzył się „naruszenia zasad przyzwoitości społecznej i moralnej". Aby zademonstrować swoje oburzenie, nauczył się na pamięć kilku wierszy poetki i zaczął je deklamować w salonach.

Batalia na łamach prasy trwała trzy miesiące i tym razem Aleksander starał się już nie podgrzewać zbytnio nastroju. Nie posypał jednak głowy popiołem, a na koniec wykpił się uwagą, że całą sprawę traktuje jak zwykłą kłótnię literatów. Koszty, jakie poniósł, były jednak ogromne. W starciu ze środowiskiem ucierpiała i jego zawodowa reputacja, i stosunki towarzyskie. Redakcja „Kuriera Warszawskiego" i zapewne sam Wacław Szymanowski stanęli wprawdzie murem za Aleksandrem, dając mu przyzwolenie na podobne zachowania, lecz reszta branży uznała go za człowieka zapalczywego, okrutnego i trudnego. Stało się wówczas jasne, że bycie kontrowersyjnym felietonistą i enfant terrible redakcji ma także ciemne strony: za akceptację kolegów i doraźny czytelniczy rozgłos trzeba zapłacić osobistymi wrogami i zszarganymi nerwami.

Fragment książki Moniki Piątkowskiej „Prus. Śledztwo biograficzne", która ukaże się 10 maja nakładem Wydawnictwa Znak.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA