fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Intelektualna bezradność opozycji. Dawni liberałowie posługują się kuglarstwem

Koalicja Obywatelska wymieniła główną twarz kampanii. Grzegorza Schetynę zastąpiła Małgorzata Kidawa-Błońska. Czy to wystarczy?
Reporter
Dawni liberałowie posługują się dziś czystym kuglarstwem. Są przekonani, że klucz do sukcesu leży tylko w skutecznej propagandzie.

Wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi miniony weekend przyniósł apogeum kampanii wyborczej. Oczywiście spodziewać się można jeszcze wszystkiego. Nowych tematów, nowych zarzutów, nowych nagrań, przecieków czy śledztw. Ale Koalicja Obywatelska już prawdopodobnie nie wymyśli niczego bardziej oryginalnego niż wymiana głównej twarzy kampanii będącej zarazem kandydatem na premiera. Z nieco topornego lidera uosabiającego twardy styl opozycyjności i twardą metodę kierowania partią na miłą panią apelującą o przerwanie spirali nienawiści.

Karty na stole

Z kolei obóz rządzący przy największych wysiłkach nie będzie już w stanie przebić swoich własnych obietnic złożonych w ostatnią sobotę w Lublinie. Zapowiedź utrwalenia trzynastej emerytury w systemie socjalnym Polski, a nawet poszerzenia tego systemu o czternastą, i radykalnego podniesienia płacy minimalnej oznacza dojście do ściany.

Jeśli rozpatrywać te propozycje łącznie z „piątką Kaczyńskiego", mamy wizję potężnych wydatków o nieznanej do końca skali, a na pewno nieznanych konsekwencjach. I do tego jeszcze wygłoszoną jednym tchem obietnicę ścięcia wydatków tak, aby Polska miała osiągnąć niedostępny wielu mniej rozrzutnym krajom stan budżetowej równowagi.

Karty zostały rzucone na stół, można by nawet twierdzić, że gracze próbują się posługiwać równocześnie kilkoma taliami. W atmosferze kompletnej improwizacji i niewielkiego liczenia się z wiarygodnością własnych słów. Kiedy w piątek obserwowałem w Polsacie posła Marcina Święcickiego z KO-PO, polityka, który zaczynał karierę w zupełnie innych epokach, jak dociskany przez dziennikarza Piotra Witwickiego nie umie wymienić nawet przybliżonych, z pewnością wielomiliardowych kosztów obietnic jego formacji, uznałem to za symbol. Tenże sam Święcicki nie potrafił powtórzyć prawidłowo hasła dopiero co wrzuconego w obieg przez jego komitet wyborczy.

Ale naturalnie stopień wiarygodności obozu rządowego też nie powala na kolana. Symbolizuje go kontrast: z jednej strony zapowiedź czternastej emerytury na przyszłość w scenerii bombastycznej konwencji. Z drugiej bezradność polityków PiS łącznie z premierem, kiedy przychodzi tłumaczyć, dlaczego ta trzynasta nie została na przyszły rok wpisana do budżetu.

Zero troski o wspólne dobro

Kiedy zebrać wszystkie komunikaty do kupy, rodzi się wrażenie, że opowieść rządzących jest spójniejsza. Przez długie tygodnie opozycja pokładała nadzieje w oskarżeniach natury quasi-aferowej – od przelotów byłego już marszałka Marka Kuchcińskiego po zdemaskowanie hejterów w resorcie sprawiedliwości. I wszystkie sygnały sondażowe świadczyły o tym, że to nie skutkuje. Poparcie obozu rządzącego jeśli drgało, to nieznacznie.

Obie konwencje przeniosły spór definitywnie na płaszczyznę, która chyba najbardziej interesuje Polaków: społeczno-ekonomiczną. Obietnice PiS są w tej konkurencji klarowniejsze, a wyśmiewane przez media liberalne wysłane w kraj cysterny stanowią część klarownej narracji: wy nie radziliście sobie ze złodziejstwem, my mamy z czego dawać ludziom. To raczej nie zapowiada zmiany proporcji poparcia. Czy kontrreceptą okaże się Małgorzata Kidawa-Błońska uprzejmie odpowiadająca na pytania, najczęściej w towarzystwie Schetyny? Zobaczymy. Mam zasadnicze wątpliwości, nawet jeśli kierunek myślenia: oderwać się od polityki z zaciśniętymi zębami, był generalnie słuszny.

Gdy przenieść sferę porównań ze skutecznościowej na republikańską, jest to porażka obu stron zasadniczego starcia. PiS pokazał, że wszystkie inne elementy jego programu, te, które kiedyś stanowiły o jego tożsamości, stają się dodatkiem do pakietu rozdawniczego. Ani Kaczyński, ani premier Morawiecki nie mają pewności, czy wygraliby, przede wszystkim oferując Polsce wstawanie z kolan w relacjach z zagranicą albo trwanie przy tradycyjnych wartościach.

Oczywiście z tych punktów nie zrezygnowano. Ale są one czymś pomocniczym, mobilizującym dodatkowo twardszy elektorat. Przesądzić ma pakiet socjalny, czasem łączony, jednak dość mgliście, z podkreślaniem roli silnego państwa w kreowaniu rozwoju gospodarczego. Pojawia się refleksja: a jeśli część obietnic okaże się nie do spełnienia albo wygeneruje trudne do przewidzenia perturbacje, oni pozostaną przecież nadzy i bezbronni. Niepewni, czy Polacy akceptują tak naprawdę ich agendę „prawicową".

Oryginał lepszy od podróbki

Ale klęska, także moralna, głównego nurtu opozycji jest nawet większa. Kiedy politycy PO zareagowali na ewentualne podnoszenie płacy minimalnej pytaniem, czy wytrzymają to przedsiębiorcy, natychmiast zostali ochrzczeni drapieżnymi neoliberałami. Ale przecież lwia część ich programu stanowi radykalne zaprzeczenie ich wcześniejszego dorobku, a kuriozalna i powtarzana w różnych wariantach propozycja jakichś dopłat do pensji (podobno kosztująca 30 miliardów) to znak całkowitego zacierania różnic i przyjmowania nowych tożsamości. Może i ostatnie propozycje KO-PO są nieco skromniejsze finansowo niż rzut na taśmę ekipy Morawieckiego. Ale ich gołosłowność bije po oczach.

Kolejne wielkie programy PiS źle wróżą takim segmentom jak służba zdrowia czy edukacja (choć skądinąd obiecano tajemnicze fundusze budowy szkół i szpitali – przy chronicznych kłopotach z płacami w obu sferach). One pozostaną niedofinansowane, zabagnione, na marginesie zainteresowań. Za to próbując coś powiedzieć o tematach „zaniedbanych przez prawicę", dawni liberałowie posługują się czystym kuglarstwem. Nadal nie dowiedzieliśmy się, jak zamierzają zmniejszyć kolejki do lekarza specjalisty (do 21 dni) albo ograniczyć zachorowalność na raka. PR-owcy radzą: szukajcie ich słabych punktów. Ale efekt tych poszukiwań jest więcej niż mizerny. Raczej podkreśla „księżycowość" całej „debaty".

Wyborcy nie mogą traktować socjalnych pasji PO jako czegoś poważnego. Jeśli mają do wyboru podróbki i oryginał, pewnie częściej wybiorą oryginał. Nawet jeśli to PiS odpowiada za tak radykalną licytację – z totalnym odrzuceniem takich cnót jak oszczędność, gospodarność czy zaradność, jawi się jako bardziej logiczny.

Ten kierunek poszukiwań opozycji dawniej liberalnej się nie zmieni. Kidawa-Błońska firmuje go równie gorliwie jak Schetyna, zabarwiając co najwyżej limitowanym feminizmem, zgodnie ze swoim wizerunkiem. Konsekwentne uznanie tego kierunku to także porażka ludzi będących kiedyś ikonami kierunku wolnorynkowego w Polsce. Prof. Leszek Balcerowicz, wzywający na okładce „Newsweeka": „Idźcie na wybory", wspiera de facto coś, co kilka lat temu uznałby za odrażający superpopulizm. Nie próbuje już nawet wpływać na kierunki myślenia kogokolwiek. To cena mechanicznego, antypisowkiego frontu.

Szlakiem Patryka Vegi

Upadek myśli politycznej opozycji staje się udziałem także szacownych niegdyś postaci. Oto jeszcze przed gambitem z kandydatką na panią premier i nowymi obietnicami czytam w „Gazecie Wyborczej" tekst politologa prof. Andrzeja Rycharda pod znamiennym tytułem „PiS zniszczy się sam". Można by sobie już z tytułu żartować do woli.

Jak się mocno w tekst wczytać, dowiemy się, że może to zniszczenie nastąpi nie tak prędko. Ale z powodów propagandowych nie eksponuje się tego, że to proroctwo długoterminowe. Tymczasem kolejne zapowiedzi rychłej klęski PiS stały się już rytuałem. Nic lepiej nie wspiera żywotności obecnego obozu władzy niż takie właśnie komunikaty.

Można też dyskutować z zestawem dość standardowych zarzutów, jakie zgromadził prof. Rychard. Od marginalizacji Polski na arenie międzynarodowej po nasycenie polskiej demokracji elementami „autorytarnymi". Niektóre punkty tej krytyki nawet mnie przekonują. To prawda, że prawicowe rozdawnictwo realizowane jest mocno na kredyt. To prawda, że może nadejść chwila, kiedy PiS nie będzie umiał sprostać rozbudzonym przez siebie aspiracjom materialnym wyborców. Chociaż ta prognoza też powtarza się od dawna. Miało to nastąpić po roku, dwóch.

Nasuwa mi się skojarzenie mało pochlebne, ba, złośliwe. Na ekrany polskich kin wszedł film „Polityka" Patryka Vegi. Reżyser, skądinąd krwawy kinowy populista, też zapowiadał zniszczenie PiS – swoim dziełem. Nic nie wskazuje, aby tak się miało stać. Za to nawet recenzent „Gazety Wyborczej" zarzucił filmowi kompletną intelektualną bezradność wobec opisywanych zjawisk. Ten strumień skeczy niczego nie próbuje tłumaczyć. Poprzestaje na mechanicznym pokazaniu: popatrzcie, jak jest strasznie.

Naturalnie spostrzeżenia Vegi dotyczą głównie, poza może sekwencjami końcowymi, w których nieśmiało próbuje definiować system, ludzkich przywar i małości. Często zresztą pokazywanych skrajnie kłamliwie, ale przede wszystkim bez wykraczania poza poetykę kabaretowej zgrywy czy netowego memu. Na tym tle Rychard przemawia do Polaków o sprawach podstawowych, jakim są deformacje ustroju czy słabości pisowskiej dyplomacji. Ale wrażenie, że także w podobnej poważnej publicystyce nie dostajemy choćby zamarkowanych przyczyn, jest dojmujące.

Dotyczy to też tego, co zdaje się będzie miało największy wpływ na rezultat wyborów. Sporu o kierunki polityki społeczno-ekonomicznej. Na samym końcu artykułu pojawia się sugestia, że potrzebny jest projekt alternatywny. Najwyraźniej on zdaniem Rycharda nie istnieje. To zła wiadomość dla opozycji i niezwiększająca prawdopodobieństwa zagłady pisowskiego systemu rządów.

A może warto by samemu coś poradzić? Odpowiedzieć choćby na pytanie, czy w warunkach licytacji potężnymi programami rozdawniczymi opozycja powinna się w nią tak bezrefleksyjnie wpisywać. Odgrywać rolę podróbki? Czy ryzykując bolesną porażkę już na starcie, lepiej powtarzać coś zupełnie innego, własnego, co będzie kapitałem na przyszłość.

Poszukajcie przyczyn

Trudno jednak oczekiwać rad od kogoś, kto nie diagnozuje precyzyjnie obecnej sytuacji. Kto nie podejmuje się przepracowania błędów obecnego obozu opozycji, także w tych sferach, które nie są decydujące, jak polityka zagraniczna, polityka historyczna czy aksjologia. Przekonanie, że Polacy poszli trwale w jakimś kierunku, nie musi być prawdziwe. Rada: to w takim razie bądźcie jak oni, tym bardziej. Ale na razie udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi przerasta możliwości zaplecza intelektualnego opozycji. W tym sensie ich produkcje przypominają film Vegi.

Nie ograniczam tych uwag bynajmniej do samego prof. Rycharda. On zawsze może powiedzieć, że miał do napisania krótki tekst, to go napisał. Ale refleksja całej obecnej opozycji, jej mediów i jej komentatorów, na temat przyczyn pasma swoich porażek, ogranicza się do dwóch spostrzeżeń. Po pierwsze, zaniedbaliśmy skuteczną propagandę. Po drugie, PiS nie ma skrupułów, aby z tej propagandy korzystać. Wiara w to, że wszystko rozgrywa się jedynie w wirtualu, swoistym matriksie, jest cokolwiek zdradliwa. Ale nawet jeśli byłoby coś na rzeczy, kompletnie nie wiem, jaki wniosek powinien z tego płynąć.

I oni też nie wiedzą. Prawdą jest, że PiS korzysta ze środków „grubych", które kilka lat temu nie mieściły się w niczyjej wyobraźni – od zmasowanych kampanii w TVP po korzystanie na dużą skalę z wymiaru sprawiedliwości w rozdawaniu politycznych ról. Ale prawda też, że całe dzieje III Rzeczypospolitej to opowieść o przekraczaniu kolejnych granic. Robił to SLD. Rządy PO opisywano jako system aksamitnej „dyktatury" w demokratycznym sztafażu. Pisowcy wydawali się w tym systemie bezradni. Jakoś sobie poradzili.

Pocieszanie się degrengoladą myśli politycznej w ogóle też nie jest chyba dobrą drogą. Prawica ma na razie poczucie, że „samo jej rośnie", więc nie potrzebuje tęgich głów. Możliwe, że to z kolei zaczyn jej porażki, ale chyba jednak odległej. A możliwości pomagania sobie łokciami po kolejnych wygranych wyborach raczej wzrosną.

Na razie to opozycja nie wierzy w swój sukces. I jest przekonana, że klucz leży w skutecznej propagandzie, która jest na taką skalę poza jej zasięgiem. Jeśli tak, to dlaczego tę propagandę mimowolnie wspiera? Albo przyjmując rolę podróbki, współautora przemian, które równocześnie przedstawia jako narodową tragedię. Albo dając się rozgrywać, obsadzać w roli nieporadnych malkontentów. Przez 33 dni do wyborów nikt już chyba nie zdąży odpowiedzieć na takie pytanie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA