fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Papież Franciszek

Franciszek popiera Bidena? Tak sądzi Ameryka

Papież Franciszek i Joe Biden
Franciszek przyjął wiceprezydenta USA Joe Bidena na audiencji m.in. w kwietniu 2016 r.
AFP
Co czwarty głos w wyborach 3 listopada oddadzą katolicy. Nawet dyskretne sugestie Ojca Świętego mogą rozstrzygnąć o ich wyniku.

Oficjalnie chodzi wyłącznie o dzień Świętego Franciszka. Papież tylko dlatego miał wybrać 3 października na ogłoszenie w Asyżu encykliki „Fratelli tutti" o „braterstwie i przyjaźni społecznej", w której opisuje świat po pandemii. W Stanach uwadze sztabów wyborczych nie umknął jednak fakt, że dokument ujrzał światło dzienne równo miesiąc przed dniem głosowania. Podobną sekwencję Franciszek wybrał już w 2015 r., gdy ogłosił encyklikę „Laudato si" o znaczeniu ochrony przyrody przed paryską konferencją w sprawie klimatu.

Podejrzenia są tym bardziej zasadne, że we „Fratelli tutti" nietrudno znaleźć krytyczne oceny polityki przypisywanej Donaldowi Trumpowi. Papież z nazwiska rzecz jasna prezydenta nie wymienia. Wskazuje jednak na pogardę dla biednych i porzuconych przez tych, którzy wykorzystują dla własnych potrzeb „demagogiczny populizm albo liberalizm, który służy ekonomicznym interesom najpotężniejszych". Tłumaczy, że owocem tego jest system służący superbogatym. Jeśli społeczeństwo jest oparte przede wszystkim na kryteriach wolnego rynku i jego skuteczności, nie pozostawia miejsca dla osób z upośledzeniami, a także tych, którzy polegają na darmowej edukacji i ubezpieczeniach zdrowotnych, zaś braterstwo pozostaje w nim jeszcze jednym, teoretycznym konceptem – tłumaczy Franciszek.

To nie pierwszy sygnał, po której stronie leży sympatia Watykanu w tych wyborach. W poprzedniej kampanii z udziałem Trumpa w 2016 r. papież uznał za „sprzeczne z chrześcijaństwem" ataki na migrantów i plany budowy muru na granicy z Meksykiem. „Financial Times" wskazuje też, że na Twitterze prezydent poparł byłego nuncjusza w Waszyngtonie Carla Marię Vigano, który w 2018 r zaapelował do Franciszka o złożenie urzędu z powodu ukrywania rzekomego homoseksualizmu.

Joe Biden był pierwszym katolickim wiceprezydentem USA. Gdyby wygrał wybory, zostałby też drugim po Johnie F. Kennedym katolickim prezydentem. Głęboko wierzący, stale nosi różaniec. Jan Paweł II przyjmował go cztery razy na audiencjach, tego zaszczytu dostąpił też od Franciszka.

W tym radykalnie różni się od Trumpa. Wychowany w tradycji prezbiteriańskiej, do wiary podejście ma raczej transakcyjne. W kampanii 2016 r. o przyjmowaniu komunii świętej mówił z ironią: „piję troszkę tego winka, to zresztą jedyne wino, które w ogóle biorę do ust, no i zjadam to ciasteczko". Na początku czerwca, u szczytu zamieszek po zabójstwie z rąk białego policjanta czarnoskórego George'a Floyda, kazał rozpędzić manifestantów, aby zrobić sobie zdjęcie z Biblią w ręku przed kościołem Świętego Jana vis a vis Białego Domu.

– Byłoby dobrze, aby tę Biblię otwierał – zauważył Biden.

Środowiska ewangelikalne mimo takiej postawy prezydenta popierają go z uwagi na prowadzoną politykę. Przeciwnik aborcji, niedawno mianował do Sądu Najwyższego głęboko wierzącą katoliczkę Amy Coney Barrett, cementując na lata konserwatywną 6-osobową większość w 9-osobowym kolegium.

Biden, wbrew kanonom wiary katolickiej, nie tylko popiera prawo do aborcji (choć nie na późnym etapie ciąży), ale też w ubiegłym roku opowiedział się za funduszami federalnymi na ten cel. Jednak w przeciwieństwie do Trumpa chce skończyć z karą śmierci w Stanach. Podziela też społeczną wizję Franciszka, wspierając wprowadzenie ubezpieczeń zdrowotnych dla wszystkich i ochrony praw imigrantów. A właśnie to, od czasu gdy jako jezuita niósł pomoc biednym w Buenos Aires, jest priorytetem Jorge Bergoglio.

Czy podobnymi kryteriami będą kierować się amerykańscy katolicy? Instytut Pew ustalił, że tylko dla 14 proc. z nich ważne jest, aby przyszły prezydent podzielał ich wiarę. Ale już 62 proc. uważa, że przywódca USA powinien prowadzić życie zgodne z najwyższymi wartościami etycznymi. 56 proc. opowiada się zaś za legalizacją aborcji.

Katolicy stanowią nie tylko niezwykle liczną grupę wyborców, ale także taką, która rozstrzygnie o wyniku wyborów w kilku wahających się stanach (swing states). A to one najpewniej przesądzą, kto będzie przez cztery lata stał się na czele Ameryki. To społeczność dzieląca się zasadniczo na dwie części: skoncentrowani w południowych stanach jak Floryda czy Arizona Latynosi oraz wywodzący się z dawnej, europejskiej imigracji mieszkańców stanów Środkowego Zachodu jak Michigan czy Wisconsin.

W 2016 r. 52 proc. ogółu katolików oddało głos na Trumpa (45 proc. na Clinton), choć już nie większość katolików latynoskich. Jednak cztery lata wcześniej ta społeczność podzieliła się równo po połowie, a w 2008 r. 54 proc. wyznawców katolicyzmu poparło Baracka Obamę, który kandydował z Joe Bidenem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA