fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Orzeczenie dla Patryka Vegi może być mało zabawne - komentuje Piotr Paduszyński

Bartłomiej Misiewicz
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Wypowiedź reżysera była przede wszystkim drwiną, nie z Bartłomieja Misiewicza, ale z sądu, któremu przyjdzie sprawę badać i wydać rozstrzygnięcie co do kwoty, jaką trzeba będzie zapłacić w ramach zabezpieczenia.

Pamiętam, jak lat temu kilka zdarzyło mi się prowadzić w jednym z sądów okręgowych w Polsce zachodniej sprawę przeciwko dużej spółce akcyjnej. Pominę w tym miejscu i nazwę, i branżę. Powiem jedynie, że należy do większych graczy na rynku. Proces też nie był o przysłowiową marchewkę. W toku postępowania nadszedł moment, w którym trzeba było przesłuchać strony. To zazwyczaj dzieje się pod koniec sprawy przed sądem I instancji. Tak też było i tutaj.

Czytaj także:

Z pełnomocnikami przeciwnika zdążyliśmy się już poznać i nauczyć wzajemnego szacunku (taką przynajmniej mam nadzieję). Jednakże ich klienta, to jest właściciela i prezesa zarządu pozwanej spółki, miałem okazję zobaczyć po raz pierwszy tego dnia. W luźnej rozmowie w oczekiwaniu na rozpoczęcie rozprawy okazał się być przyjemnym, zdystansowanym i inteligentnym człowiekiem. Na rozprawę przyszedł ubrany na eleganckim luzie, w dżinsach, jakiejś casualowej marynarce i ze swatchem na ręce. W żaden sposób nie było po nim widać ogromnego majątku, który zgromadził i którym zarządza. A że obaj mieliśmy na nadgarstkach ten sam model i nawet kolor plastikowego zegarka, to rozmowa zeszła na neutralny i przez to bezpieczny temat chronometrów.

Biedak z drogim zegarkiem

Gdy w czasie pogawędki nawiązałem do głośnej w owym czasie afery zegarkowej już eksministra w rządzie PO–PSL, usłyszałem jedno zdanie, które do dzisiaj pamiętam i uważam za najlepszy komentarz dla puszących się drogimi zegarkami lub innymi gadżetami. „Panie mecenasie, ja naprawdę nie jestem tak biedny, żebym musiał sobie kupować drogi zegarek".

Ta kwestia co pewien czas wraca w mojej pamięci. Zazwyczaj, gdy w mediach pojawi się kolejny zegarkowy chwalipięta.

Ostatnio miało to miejsce na tle smutnych losów młodzieżowego symbolu rządów PiS, czyli Bartłomieja Misiewicza. Młodzian ten, po kilkumiesięcznym areszcie wyszedł na wolność za poręczeniem majątkowym.

Jak wyszedł, to po pierwsze publicznie przyznał, że już rozumie, do czego są niezawisłe od polityków sądy, i jedyne, czego się boi w swojej sprawie, to ich podporządkowania PiS-owi. Po drugie, zderzył się z mało miłymi dla niego reklamówkami nowego filmu Patryka Vegi, które reżyser wrzucił do sieci. Z reklamówek, poprzedzonych niedwuznacznymi sugestiami autora, o kogo chodzi, wynika wprost przypisanie Misiewiczowi i jego byłemu patronowi A. Macierewiczowi relacji co najmniej zabarwionej seksualnie. Na to były rzecznik MON zareagował pozwem, w którym – jak wynika z doniesień medialnych – zdaje się domagać usunięcia owych scen z filmu, wstrzymania jego publikacji i zadośćuczynienia lub kwoty na cel społeczny o łącznym wymiarze 1 mln zł. Indagowany o ten pozew przez dziennikarza Polsatu P. Vega zakpił sobie, stwierdzając, że miliona złotych się nie boi, bo nawet zegarek ma dwa razy droższy, a jak jakiś sąd nakaże wstrzymać publikację, to co najwyżej film opublikuje na zagranicznych serwerach. Serwisy plotkarskie natychmiast zakrzyknęły, że to kpina z Misiewicza, a dziennikarze „Super Ekspressu" niezwłocznie sprawdzili, jakie zegarki reżyser ma na ręce na dostępnych w redakcji zdjęciach. Wyszło im, że parę z nich ma cenę przekraczającą w salonie 100 tys. zł, ale żaden z zauważonych nie sięgał 200 tys. zł. Mnie zaś przypomniała się opisana na wstępie rozmowa.

W czym rzecz

Nie rzecz jednak w tym, czy i jakie zegarki reżyser, lub ktokolwiek inny, w szafie trzyma, ani w tym, czy powód z pozwanym się słownie przepychają w mediach. Również nie rzecz w tym, czy B. Misiewicza i A. Macierewicza łączyło cokolwiek prywatnie. Nie rzecz także w tym, jakie preferencje seksualne ma jeden, drugi lub obaj, jak i ktokolwiek inny. Nie widzę zresztą powodów, aby prasa, jak i film miały w tej sferze ograniczać się w omawianiu nawet spekulacji i podejrzeń. Jeżeli ktokolwiek zdecydował się na działalność publiczną, to droga jego awansu zawodowego w administracji publicznej może być przedmiotem dyskusji – czy to publicystycznej, czy to artystycznej. W dyskusji mogą się również zdarzyć poglądy i przypuszczenia błędne i zainteresowany musi to znosić. Jedyne, czego nie musi znosić, to kłamstwa lub niedbalstwa w poszukiwaniu prawdy. Jeżeli dziennikarzowi lub artyście się ich nie udowodni, to nie powinno być ingerencji sądu w wolność wypowiedzi.

Nie zmienia to jednak faktu, że wspomniana wypowiedź Patryka Vegi była przede wszystkim drwiną, nie z B. Misiewicza, ale z sądu, któremu przyjdzie sprawę badać. Cóż w istocie powiedział? Dwie rzeczy. Po pierwsze powiedział, że milionowe zadośćuczynienie to dla niego grosze i kompletnie się tym nie przejmuje. Po drugie, że jak mu zakażą film publikować, to i tak wrzuci go do sieci, ale tam, gdzie jurysdykcja polskich sądów nie sięga.

Pierwsza z nich przypomina jedną z największych bolączek polskiego systemu ochrony dóbr osobistych opartego na poglądzie o jedynie kompensacyjnej, a nie prewencyjnej funkcji zadośćuczynienia, które tylko może rekompensować doznaną krzywdę. Koncepcja ta zaoferowana w latach 60. przez Adama Szpunara przyjęła się i mało kto pamięta, że w owym czasie uratowała istnienie zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę (np. wypadek samochodowy, zniewagę, etc.), które tzw. socjalistyczna nauka prawa uważała za zbędną pamiątkę po kapitalizmie i niehumanitarne oraz niemoralne przeliczanie ludzkiego bólu na pieniądze.

W konsekwencji obecnie poszkodowany ma takie samo roszczenie niezależnie od tego, czy pokrzywdził go biedak, czy ktoś bogaty. Takie zaś postawienie sprawy w sposób oczywisty premiuje tych, którzy są bogatsi, bowiem ich zapłata za spowodowaną krzywdę będzie relatywnie mniej kosztować, więc przejmują się tym mniej lub wcale. To właśnie powiedział wspomniany reżyser o swoim nastawieniu do roszczeń byłego rzecznika prasowego MON.

Arogancja i brak konsultacji

Druga część wypowiedzi reżysera wynika chyba z przemieszania arogancji z brakiem odpowiedniej konsultacji prawnej. Orzeczenie zakazujące publikacji na czas procesu jest w swojej istocie sądowym uregulowaniem stosunków pomiędzy stronami, to zaś na mocy art. 7562 § 1 kodeksu postępowania cywilnego może się wiązać z zagrożeniem reżyserowi lub producentowi obowiązkiem zapłaty określonej kwoty pieniężnej na rzecz drugiej strony na wypadek naruszenia.

Co najciekawsze, ustawa nawet nie podpowiada sądowi tego, jaka to ma być kwota. Jedynie z jej celu wynika, że powinna być przede wszystkim skuteczna do zapewnienia wykonywania zabezpieczenia. Co to by mogło oznaczać w realiach sprawy sądowej pomiędzy B. Misiewiczem i P. Vegą – do niedawna nie wiedzieliśmy.

Sądząc jednak z komentowanej wypowiedzi reżysera, z pewnością nie byłaby dla niego problemem kwota odpowiadająca wartości opisanego przezeń zegarka za 2 miliony. Rzecz jednak w tym, że w przypadku zakazu publikacji filmu na czas procesu sąd mógłby zagrozić obowiązkiem zapłaty wartości takiego zegarka za każdy dzień udostępniania filmu lub za każde jego pobranie, nawet z serwerów zagranicznych. A to już przestałoby dla reżysera być zabawne.

Autor jest adwokatem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA