fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Witold M. Orłowski: Jeszcze bardziej ślepa uliczka

Adobe Stock
Nieco ponad rok temu nazwałem politykę sztucznego zamrożenia cen prądu dla gospodarstw domowych ślepą uliczką.

Zaaferowany zbliżającymi się wyborami rząd bez wahania wszedł jednak w tę uliczkę. A im dalej w nią teraz wchodzi, tym bardziej ta uliczka jest ślepa. Zupełnie tak, jak to było z Kubusiem Puchatkiem, który im bardziej zaglądał do domku, szukając Prosiaczka, tym trudniej mu było przyjaciela tam znaleźć.

Dlaczego jest to ślepa uliczka? Sztuczne powstrzymywanie wzrostu cen poprzez budżetowe dopłaty lub rezygnację z części podatku można sobie wyobrazić (oczywiście z ważnych powodów społecznych – ale czyż wygranie wyborów nie jest bardzo ważnym powodem społecznym?).

Ekonomiści krzywią się, twierdząc, że oznacza to zafałszowanie informacji płynącej z rynku. Ludzie, w świętym przekonaniu, że ceny prądu nie wzrosną, nie chcą inwestować w oszczędzanie energii, a firmy produkujące energię nie mają odpowiedniej motywacji do modernizacji i odejścia od kosztownych technologii. Ale trudno, to przecież tylko zrzędzenie wyobcowanych z narodu elit. Uda się pewnie bez kłopotu znaleźć nowe elity, które potwierdzą, że pomysł z trwałym subsydiowaniem cen energii jest znakomity.

Problem jednak w tym, jaki charakter mają zmiany cen, które rząd chce powstrzymać. Jeśli jest to wzrost tymczasowy, po którym nastąpi spadek (jak to np. często bywa na neurotycznym rynku ropy naftowej), niedopuszczenie do podwyżki poprzez obniżenie podatków nakładanych na sprzedaż paliw może mieć sens. Oczywiście zawsze obciążony ryzykiem, bo jeśli ceny nie spadną, będzie trwały kłopot.

Również w takim przypadku rzecz nie jest beznadziejna. Jeśli ceny wzrosną i ustabilizują się na wyższym poziomie, rząd może po prostu zaakceptować fakt, że pojawił się nowy, stały wydatek (albo spadek dochodu), który trzeba co roku założyć w budżecie. Żyć się z tym jakoś da. Przynajmniej do czasu, gdy gospodarka nie znajdzie się w prawdziwych kłopotach. Tak jak w Iranie, w którym zmuszony przez kryzys rząd dwa miesiące temu musiał w końcu podnieść sztucznie zaniżoną cenę benzyny, co doprowadziło do zamieszek.

Natomiast beznadziejna jest sytuacja, w której rząd stara się powstrzymać wzrost cen, kiedy wiadomo, że ceny te z roku na rok będą rosły. A tak właśnie jest z polskim prądem, o którym wiadomo, że będzie coraz droższy. Bo prąd mamy w 80 proc. z węgla, czemu towarzyszy wysoka emisja dwutlenku węgla do atmosfery, za co konsumenci muszą zapłacić. A miliardy dochodu ze sprzedaży uprawnień do emisji, zamiast zasilić inwestycje, które trwale zmniejszyłyby zużycie energii, wydawane są na dotacje czasowo wstrzymujące wzrost cen.

W takiej sytuacji odkładanie podwyżki powoduje z jednej strony z roku na rok wyższe koszty, które kiedyś staną się nie do udźwignięcia dla budżetu. A z drugiej powoduje, że gdy subsydiowanie się skończy, trzeba będzie naraz przełknąć skumulowaną podwyżkę z kilku lat – już nie o 10 czy 15 proc. corocznego wzrostu, ale jednorazowo o 30, 40 lub 50 proc. A wtedy naprawdę nie będzie wesoło. Ani dla budżetów gospodarstw domowych – zwłaszcza tych uboższych, które rząd obiecuje dziś chronić. Ani dla budżetu państwa, bo choć zostanie zwolniony z konieczności dopłat, może ucierpieć wskutek gwałtownego ograniczenia dochodów ludności. Ani dla samego rządu, bo ludzie naprawdę nie uwierzą, że skokowemu wzrostowi cen winni są ekolodzy, Bruksela albo ojkofobiczne elity. Oskarżą o to rząd.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA