fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nowe technologie

Czy blockchain może zmienić internet nawet mimo krachu bitcoina

shutterstock
Do naszych drzwi puka kolejna internetowa rewolucja – wieszczą specjaliści od cyfrowych technologii. Zmiecie monopole, a nam da z powrotem władzę nad naszą tożsamością, czyniąc wszystkich równymi w sieci. Czy to marzenie się ziści, czy znów zarobią na nim tylko nieliczni?

Prawie 2,2 miliarda ludzi używa aktywnie Facebooka, to więcej niż co czwarty mieszkaniec globu i więcej niż co drugi użytkownik internetu. Nie było w historii ludzkości firm, z których usług korzystałoby więcej ludzi niż z wyszukiwarki Google'a (ok. 75 proc. internautów) i portalu społecznościowego stworzonego przez Marka Zuckerberga. Skala działalności obu koncernów jest bezprecedensowa.

Bez względu na rasę, wyznanie, wykształcenie czy poglądy użytkowników Facebooka łączą dwie rzeczy – dobrowolnie założyli w tym serwisie konta i dobrowolnie zapełniają portal treścią, w mniejszym lub większym stopniu ujawniając, kim są, skąd pochodzą, w co wierzą, co lubią, a czego nie. FB w zasadzie żadnych treści nie tworzy. Co najwyżej pozyskuje dodatkowe informacje o użytkownikach dzięki analizie ich postów.

Zebrane w ten sposób dane przechowywane są na kilkuset tysiącach serwerów należących do koncernu. Serwery nie próżnują – jeszcze rok temu FB podawał, że obsługują 7,5 biliarda operacji na sekundę. Utrzymanie tej infrastruktury i ponad 25 tys. pracowników kosztuje. Jak każda firma Facebook musi więc na czymś zarabiać, nie tylko, by pokryć koszty, ale też zapewnić zarobek akcjonariuszom. W dużym uproszczeniu zarabia na danych o użytkownikach. To dzięki tej wiedzy wie, do kogo i jaką skierować reklamę czy informację sponsorowaną.

Kłopot w tym, że Facebook jest wyłącznym właścicielem tych danych. Innymi słowy, handluje cudzą tożsamością, a nawet więcej – preferencjami użytkowników, które udało się ustalić dzięki narzędziom analitycznym. Oczywiście nie jest tak, że FB coś komuś zabrał. Sami mu te dane i możliwość analizy naszych zachowań daliśmy. Ot, transakcja wymienna, jakich w internecie wiele. Bo FB wcale nie jest wyjątkiem. Dane o swoich użytkownikach, ich preferencjach, wydatkach, poglądach, zakupach gromadzą różne firmy (i możliwe, że nie tylko firmy) – od banków przez platformy aukcyjne, media społecznościowe, dostawców prądu czy operatorów telekomunikacyjnych po kablówki. To one są ich właścicielami, bo dobrowolnie je im przekazaliśmy w zamian za usługi, które oferują. Niektóre udostępniają nam skrawki informacji o innych (Allegro, Facebook), ale tak naprawdę zarabiają na ich udostępnianiu lub wykorzystywaniu. W większości przypadków dzieje się to bez naszej wiedzy. Do tego dochodzą aplikacje lub portale zbierające informacje o tym, kim naprawdę jesteśmy – co lubimy, z czym się identyfikujemy, jakie mamy poglądy etc.

Informacje o nas i naszych działaniach w sieci zgromadzone są na różnych serwerach rozsianych po całym świecie. One też – tak jak dane na nasz temat – są własnością korporacji. Jeśli uznamy, że FB czy Google z jakichś powodów nie są dla nas, męczą, odstręczają i chcemy pójść gdzie indziej, nie możemy zabrać już raz zostawionej historii naszej aktywności ze sobą. W najlepszym przypadku uda nam się ją skasować.

Można zaryzykować twierdzenie, że w internecie straciliśmy kontrolę nad naszą tożsamością.

Nie bez powodu. Dane o użytkownikach, czyli handel informacjami i ich analiza, to być może najbardziej intratny biznes na naszej planecie. Firma badawcza IDC szacuje, że w 2020 r. rynek analityki big data (analizy dużych zbiorów danych) wart będzie 203 mld dol. Dziesięciokrotnie więcej niż budżet NASA, na jednego internautę przypada średnio ok. 50 dol.

Otwarcie i bezpiecznie

Wygląda na to, że zarządzanie naszą tożsamością w sieci i, co nie mniej ważne, jej bezpieczeństwo to najpoważniejsze wyzwanie, przed jakim stoi internet. Czy możemy się stać dysponentami naszej tożsamości? Czy możemy decydować, kto, w jakim stopniu i w jakim celu z niej korzysta?

Istnieje technologia, która takie możliwości daje – to blockchain. Stworzone dekadę temu rozwiązanie pozwalające na budowę rozproszonych baz danych, w którym informacje są zakodowane tak, że nie ma możliwości ich wydobycia bez posiadania cyfrowego klucza, przypisanego do konkretnego użytkownika (więcej w ramce „Jak to działa?"). Tylko my mamy dostęp do naszych danych i to my decydujemy, z kim się nimi podzielić, i – przynajmniej teoretycznie – możemy przechowywać tak całą naszą internetową (i nie tylko) aktywność. Ale najważniejsze, że dane te są bezpieczne – cyfrowy klucz publiczny służy do ich kodowania i jest praktycznie nie do złamania, a dane nie znajdują się na jednym czy kilku serwerach (jak to ma miejsce np. w przypadku Facebooka), ale ich fragmenty rozproszone są po całym internecie. Nie wystarczy więc włamać się do serwera Allegro czy Amazona (co i tak nie jest proste), by poznać numer karty kredytowej lub wyciągnąć dane użytkownika. Jeśli twoje dane i aktywność są zapisane na tysiącu komputerów, trzeba by włamać się na ten tysiąc. Problem w tym, że wpierw trzeba wiedzieć, który to tysiąc, i na dodatek złamać zabezpieczenia kryptograficzne.

To jednak nie koniec zalet. Blockchain jest technologią otwartą, nikt nie jest jej posiadaczem, bo twórcy postanowili jej nie patentować. Oznacza to, że każdy informatyk, każda firma może z niej korzystać, nikomu za to nie płacąc. W świecie technologii cyfrowych jest to obecnie rzadkość. Ale właśnie tak narodził się internet – od stworzonych przez hobbystów i naukowców protokołów komunikacji, które między innymi dzięki temu, że były otwarte, dostępne dla każdego, pozwoliły stworzyć World Wide Web, a wraz z nim internet taki, jaki obecnie znamy.

Blockchain ma więc to coś, co pozwoliło internetowym technologiom się rozprzestrzenić. Platforma nie ma właścicieli, nie jest podmiotem prawnym, w ten sposób nie ma możliwości jej kontroli w celu maksymalizacji zysku. Dopiero dzięki niej można budować kolejne produkty – aplikacje, portale itp. A to właśnie pogoń za zyskiem, stopą zwrotu, stała się głównym powodem „zamykania się" internetu i w efekcie tworzenia się wysp danych, których posiadacze zarabiali na tym, że je kontrolują. Największym atutem portali, także polskich, są nie tylko miliony odwiedzających je internautów, potencjalnych odbiorców reklam, ale też bazy danych użytkowników pozwalające zarabiać choćby na tzw. mass mailingu, czyli byciu pośrednikiem w oferowaniu im mniej lub bardziej pożądanych produktów i usług. I znów, to kontrola nad danymi pozwala zarabiać.

Pożegnanie z pośrednikami

Stworzona przez tajemniczego Satoshi Nakamoto technologia pozwala ominąć ten problem, eliminując z całego procesu pośredników. Choć na pozór to niewiele, pociąga za sobą rewolucję w całej logice działania sieci. Większość transakcji, które zawieramy, wymaga bowiem pośrednika – kogoś, kto zabezpiecza i uwiarygodnia usługę lub transakcję. Takim pośrednikiem jest np. giełda papierów wartościowych. W dużym skrócie osoby, które chcą się pozbyć akcji, sprzedają je tym, którzy chcą je nabyć.

W przypadku platformy transakcyjnej opartej na blockchainie wszystkie transakcje są bezpieczne, zapisane w niedającej się zhakować bazie, ich uczestnicy są identyfikowalni, bo operują własnymi kluczami dostępu. A papiery wartościowe – bez względu na to, czy są to akcje, czy obligacje – i tak w większości przypadków są zdematerializowane (istnieją jako cyfrowe zapisy, a nie realne dokumenty).

Można więc sobie wyobrazić globalną giełdę, na której handlowano by akcjami bez względu na kraj pochodzenia. Oczywiście, istnieje też cała warstwa prawna, wiele wymogów, które muszą spełnić spółki, by nimi handlowano. Ale przecież kwestię regulacyjną też można rozwiązać.

Świat finansów dostrzegł już zalety nowej technologii. Nasdaq OMX, operator jednej z amerykańskich giełd, stworzył oparty na blockchainie system wymiany, który działa na rynku Nasdaq Private Market. Giełda Australian Security Exchange wprowadziła rozwiązanie blockchainowe autorstwa spółki zależnej od banku Goldman Sachs do rozliczania transakcji i przechowywania informacji o posiadaczach akcji. Frankfurcka Deutsche Boerse we współpracy z firmą JP Morgan rozwija podobny projekt w ramach spółki Digital Asset Holdings.

Dziś pośrednikiem w transakcjach jest np. bank udzielający nam kredytu dzięki środkom zdeponowanym przez jego klientów (wszystko w pewnym uproszczeniu). Gdyby jednak, korzystając z technologii blockchain, stworzyć giełdę kredytową? Osoby mające nadmiar gotówki mogłyby udzielać kredytów tym, którzy jej potrzebują. Owszem, już teraz istnieją podobne platformy. Ich sukces nie jest jednak duży, bo niosą ze sobą ryzyko. Ale przecież stworzenie np. ogólnokrajowej bazy wiarygodności kredytowej bazującej na blockchainie też byłoby możliwe. Takie usługi jak Biuro Informacji Kredytowej istnieją. Dzięki blockchainowi wszystkie transakcje byłyby w pełni zabezpieczone. Przepustką do uczestnictwa byłby publiczny klucz cyfrowy.

Jedną z podstawowych funkcji banku mógłby w ten sposób realizować każdy podmiot, który byłby w stanie stworzyć odpowiednią aplikację, gdzie każdy klient miałby swój portfel, udostępniałby dane o wiarygodności kredytowej, a jego tożsamość byłaby łatwa do ustalenia. Taka firma nie musiałaby spełniać znaczącej części wymogów narzucanych bankom (choć niektóre z pewnością tak). Nie oznacza to, że nie wymagałoby to regulacji prawnych. Ale znacząco uprościłoby proces pożyczania pieniędzy, dając też mocny argument wszystkim przeciwnikom wielkich instytucji finansowych, zwłaszcza tym, którzy zarzucają im pogłębianie nierówności społecznych.

Może też jednak być inaczej. Nowa technologia równie dobrze może nie zmienić niczego w logice działania świata finansów, służąc jedynie jako kolejna broń w wewnętrznej konkurencji w branży czy w walce o ciągłe obniżanie kosztów.

Lista pośredników, których można zastąpić, wykorzystując blockchaina, obejmuje nie tylko firmy oferujące usługi finansowe – jest na niej także choćby prawnik, który spisuje nasz testament, czy notariusz. A nowa technologia może zostać wykorzystana w księgach wieczystych, przy rozliczeniach podatkowych, w księgach rachunkowych. Te ostatnie prowadzone w formie rozproszonej, kodowanej bazy byłyby praktycznie niemożliwe do sfałszowania.

Dużo mniej skomplikowana jest rola pośrednika pełniona przez platformę społecznościową – np. wspomnianego Facebooka. Jego niemal monopol byłby praktycznie niemożliwy, gdyby istniała baza przechowująca nasze dane oraz informacje o naszej aktywności w sieci. Aplikacja społecznościowa korzystałaby po prostu z tej bazy, pod warunkiem że użytkownik by na to pozwolił. Najprawdopodobniej w początkowym etapie rozwoju takich konkurujących aplikacji byłoby kilka. Użytkownik, który nie byłby zadowolony z usług jednej, mógłby przejść do drugiej, zabierając ze sobą całą swoją bazę. Nie byłaby ona przecież własnością dostawców usługi. Tylko czy rozwój internetu nie zaszedł już zbyt daleko?

Anioł czy diabeł technologii?

Wątek społeczności w blockchainie jest być może najbardziej intrygujący. Technologia ta ma bowiem wszyty mechanizm napędzający jej rozwój – jest to nagradzanie zwane tokenizacją. Nagrody, tzw. tokeny, mogą przybierać najróżniejsze formy. Najbardziej znany przykład wykorzystania tej technologii to kryptowaluta bitcoin (więcej o niej w tekście na str. 8–9). Osoby, które aktywnie biorą udział w weryfikacji transakcji z użyciem bitcoinów, są nagradzane generowaną przez system wirtualną walutą. Ci, którzy wzięli udział w projekcie na początku jego istnienia, dostają jej więcej niż ci, którzy angażują się po nich. Rozwój ogólnodostępnej technologii napędzany jest więc zachętami finansowymi, ale nikt z biorących udział w projekcie nie staje się jego współwłaścicielem. Każdy odnosi jednak zysk z tego, że liczba transakcji rośnie. Zamiast udziałowców mamy społeczność wynagradzaną albo za ulepszanie protokołu, rozbudowę bazy, albo za tworzenie aplikacji ją wykorzystujących. Spekulanci tylko napędzają proces rozwoju. Bo przyciągają zainteresowanych udziałem w technologicznej części projektu.

Ten sam mechanizm można wykorzystać w przypadku wspomnianej giełdy papierów wartościowych, giełdy kredytowej czy innej usługi, o której nie mamy na razie pojęcia, tak jak ponad dekadę temu nie znaliśmy mediów społecznościowych.

Nie ma jednak róży bez kolców. Likwidacja warstwy pośredników pachnie egalitaryzmem, ale przecież nasz współczesny świat jest coraz bardziej światem usług i pośredników. Mieszkańcy krajów rozwiniętych wytwarzają coraz mniej, a coraz więcej wartości dodanej produkują dzięki usługom – co w jakimś sensie czyni nas społeczeństwami pośredników i sprzedawców. Likwidacja części usług bankowych pewnie obniży koszty dostępu do usług znanych nam lub jeszcze nieznanych, ale czy przypadkiem nie zmniejszy drastycznie grona ich nabywców? Czy eliminując kastę tzw. kapitalistów, nie staniemy się równi w biedzie?

Zwolennicy blockchaina wieszczą, że może on zmienić całkowicie model prowadzenia biznesu w internecie. Przede wszystkim jednak, że oznacza on koniec systemu, w który rynkowy lider bierze wszystko. Zaprzeczeniem cyklu rozwoju opisanego po raz pierwszy przez Tima Wu w książce „The Master Switch: the Rise nad Fall of Information Empires". Zgodnie z tą teorią technologie informacyjne stworzone w XX w. rozwijały się podobnie: wpierw opracowywali je hobbyści i naukowcy, których napędzała ciekawość świata, później rozwijały je otaczające ich społeczności, a ostatecznie trafiały w ręce dużych korporacji, których głównym celem było wyciśnięcie z technologii jak największej korzyści dla akcjonariuszy. Taką drogę przeszły w USA przemysł telekomunikacyjny, kablówki czy branża rozrywkowa, z Hollywood na czele. Internet na razie powiela ten wzorzec – z rynkową dominacją Google'a, Amazona czy Facebooka.

Ale czy nie jest to przesadny optymizm? Zalety blockchaina mogą bowiem stać się także jego wadami. Możliwe jest stworzenie na podstawie technologii bezpiecznych rozproszonych baz globalnej waluty, niekontrolowanej przez żadne państwo świata, niepodlegającej żadnym regulacjom. Załóżmy, że podjęłyby się tego największe cyfrowe koncerny świata – Facebook, Alphabet, Amazon, Netflix, eBay, Uber, Apple, z udziałem ich chińskich rywali: Alibaby, JD.com czy Baidu. Nowa waluta byłaby jedynym środkiem płatniczym na ich platformach. Zamiast egalitarnej wizji ziściłoby się coś wręcz przeciwnego. Taka dziesiątka firm stałaby się potęgą na miarę państw. Możliwe, że transgraniczny charakter i siła ich waluty z biegiem czasu zmusiłyby największe banki centralne świata do trzymania w niej rezerw, opłacałoby się emitować obligacje w niej nominowane, a może nawet wypłacać w niej pensje. Główni udziałowcy jej emitentów staliby się najpotężniejszymi ludźmi na świecie.

Blockchain jest nie tylko technologią obiecującą stworzenie nowego modelu biznesowego, ale też pewną ideologią o egalitarnej wymowie. Stoi bowiem za nim idea równości, własności wspólnej, która nie jest przez nikogo kontrolowana. Choć dotychczasowa historia kryptowalut na to nie wskazuje, blockchain jest antykapitalistyczny. Wiedza i zysk nie mają być monopolizowane, ale rozproszone pomiędzy uczestników danego procesu. W epoce rosnącej popularności ekonomii współdzielenia (trendu do dzielenia się rzeczami, ich wynajmowania, a niekoniecznie posiadania) jest to narzędzie niemal idealne do realizacji jej założeń. Tym bardziej że internet coraz bardziej uświadamia nam, że z wolności i anonimowości, które obiecuje, trzeba umieć jeszcze korzystać. Bo jeśli nie my, to skorzysta na nich ktoś inny. I będzie chciał na tym zarobić. ©?

—Hubert Salik

Jak to działa?

Czym właściwie jest blockchain? W skrócie jest to zabezpieczona kryptograficznie baza danych składająca się z bloków informacji rozproszonych po internecie. Dane dotyczące np. transakcji, są zapisywane w blokach, zwykle o określonej pojemności. Strony transakcji identyfikowane są za pomocą ich własnych publicznych kluczy cyfrowych. Stanowią one rodzaj indywidualnego podpisu cyfrowego. Poziom zabezpieczenia kryptograficznego danych i bloków jest tak wysoki, że nie istnieje możliwość zmiany zapisanych informacji, a równocześnie są one łatwe do zweryfikowania.

Gdy liczba informacji osiąga przyjęte założenie ilościowe lub wartościowe, blok jest zamykany. Zamykanie bloku nazywane jest „kopaniem" od ang. mining. Tzw. górnicy (ang. miners) weryfikują zgodność ostatniej zawartej transakcji. Za pozytywną weryfikację zgodną z logiką założoną przez aplikację otrzymują zwykle wynagrodzenie w postaci tzw. tokenów, czyli np. bitcoinów – w przypadku tej konkretnej kryptowaluty. Blok zamykany jest rodzajem cyfrowego stempla (tzw. hash), a kolejne transakcje trafiają do następnego bloku, którego pierwsze dwie wartości to znacznik ostatniego zamkniętego bloku (hash) oraz transakcja wynagrodzenia górnika, który go zamknął.

Kolejne bloki są więc ze sobą powiązane cyfrowym stemplem, tworząc rodzaj łańcucha bloków – stąd nazwa blockchain (chain – z ang. łańcuch). Informacje zapisane w blokach nie mogą być już zmienione, bez zmienienia zawartości wszystkich poprzednich bloków.

Średni czas zamknięcia bloków dla waluty ether wynosi kilkanaście sekund, a dla bitcoina – ok. 10 minut.

Informacje stanowiące bloki nie są zapisywane w jednym miejscu, lecz są rozproszone w internecie, na komputerach osób biorących udział w procesie tworzenia danego łańcucha bloków danych. Wykorzystywana jest tu technologia peer-to-peer, znana choćby użytkownikom torrentów czy takich aplikacji z początku wieku, jak KaZaa czy Napster. W tym rozwiązaniu wszystkie komputery w sieci są równorzędne, nie ma centralnego serwera, a użytkownicy danej aplikacji przekazują część zasobów swoich maszyn na rzecz aplikacji (powierzchnię dysku, moc procesora itp.) Stąd czasami blockchain nazywany jest rejestrem rozproszonym.

Decentralizacja sieci sprawia, że blockchain nie jest podatny na ataki hakerskie. Nie ma bowiem miejsca, którego przejęcie miałoby destruktywny wpływ na działanie całości. Te same fragmenty informacji składowane są bowiem w różnych miejscach sieci. ©?—hubs

TAJEMNICZY TWÓRCA BLOCKCHAINA

W listopadzie 2008 r. nikomu nieznany Satoshi Nakamoto opublikował na liście mailingowej metzdowd.com opracowanie „Bitcoin: A Peer-to-peer Electronic Cash System". Opisywał w nim działanie wirtualnej waluty opartej na technologii rozproszonego w internecie łańcucha bloków. W styczniu 2009 r. wypuścił oprogramowanie do tworzenia kryptowaluty. Pierwszy bitcoin ujrzał światło dzienne. Twórca waluty twierdził, że prace nad oprogramowaniem rozpoczął jeszcze w 2007 r.

Wraz z opublikowaniem programu oraz uruchomieniem witryny Bitcoin.org zaczęła się tworzyć społeczność rozwijająca bitcoina. Nakamoto współpracował z nią do połowy 2010 r., po czym przekazał repozytorium kodu źródłowego Gavinowi Andresenowi.

Nakamoto jako pierwsza z osób usprawniających kod i zamykających bloki zgromadził około miliona bitcoinów. W szczycie wyceny tej kryptowaluty wartość jego majątku wynosiła ok. 20 mld dol., co czyniło go jedną z 50 najbogatszych osób na Ziemi. Nie wiadomo, kim jest Satoshi Nakamoto. Jak dotychczas nie udało się potwierdzić jego tożsamości. Nakamoto to najprawdopodobniej pseudonim. Nie jest jasne też, czy jest kobietą, mężczyzną, czy też grupą osób, które wspólnie opracowały blockchain i bitcoina. Jego perfekcyjna znajomość angielskiego i brak jakichkolwiek odniesień w korespondencji, postach i kodzie do języka japońskiego każą też podejrzewać, że nie jest on Japończykiem.

O bycie Satoshim podejrzewano już kilka osób. Własne śledztwa na temat prawdziwej tożsamości tajemniczego geniusza prowadziły m.in. „Newsweek" i magazyn „Wired". Nie udało się jednak potwierdzić, by którakolwiek z osób, które podejrzewano o bycie Nakomoto, była nim naprawdę. Podejrzewano o to nawet Elona Muska, który oficjalnie zaprzeczył tym doniesieniom.

Zdaniem specjalistów od programowania najbliżej prawdy był magazyn „Wired", który twierdził, że jest to pseudonim duetu informatyków: Australijczyka Craiga Stevena Wrighta i Dave'a Kleimana. Wright nawet przyznał, że to on kryje się pod pseudonimem. Nie udało mu się tego jednak udowodnić.

Pierwszy blok bitcoina ma oznaczenie czasu zamknięcia z 3 stycznia 2009 r. o 18:15. ©?—hubs

NAJWIĘKSZE DZIEŁO LUDZKOŚCI?

Internet najprawdopodobniej nie zdobyłby takiej popularności, gdyby nie był darmowy. Nie płacimy bowiem za korzystanie z internetu. Płacimy jedynie dostawcom kanału dostępu do niego – rodzaj cyfrowej autostrady. Nie byłoby to możliwe, gdyby będące podstawą jego istnienia protokoły komunikacji były własnością ich twórców.

Za porozumiewanie się komputerów połączonych w sieć odpowiada standard komunikacji TCP/IP. Dodatkowe protokoły pozwalają na przesyłanie danych (np. FTP), e-maili (standard MIME) czy przesyłanie odpowiednio sformatowanego tekstu (HTTP). Do tego dochodzi World Wide Web – oparty na hipertekście system informacyjny, który też ma własne standardy komunikacji (IETF i W3C) i pozwala na tworzenie oraz udostępnianie stron w obrębie internetu dzięki językowi HTML oraz systemowi komunikacji URL. To tylko kilka z protokołów internetowych, dzięki którym globalna sieć działa. Sercem internetu jest system serwerów DNS, tłumaczących nazwy na adresy IP (adresy urządzeń sieciowych).

Wszystkie te protokoły i standardy są bezpłatne, nikt ich nie opatentował. To warstwa bazowa sieci. Rozwiązania te powstały w ubiegłym stuleciu. Wiek XXI to już epoka komercji. Bo na tej warstwie bazowej powstały aplikacje, portale, z których usług korzystamy. Tu zarabia się pieniądze, powstają nowe internetowe biznesy. Nie byłoby to jednak możliwe bez darmowej infrastruktury podstawowej. Można się pokusić o tezę, że internet to największe wspólne dzieło w historii ludzkości. Stworzone w ramach globalnej współpracy, nie z żądzy zysku.

Blockchain jest unikalny właśnie dlatego, że rozbudowuje warstwę bazową internetu. Odnosi się do tej samej idei, która przyświecała tysiącom ludzi przykładającym rękę do stworzenia globalnej sieci.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA