fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Medycyna i zdrowie

W oparach absurdu

Za 200 tys. euro nowożeńcy mogą zamówić słoneczną pogodę
123RF
Globalne ocieplenie wpływa na ludzi mediów, nauki i nowożeńców.

Gdy średniowieczne wiedźmy warzyły w kotłach zioła po to, aby ich opary wywołały opady i przerwały śmiercionośną suszę, podczas której plony malały katastrofalnie – nie tyle uprawiały czary, ile starały się wprowadzać w czyn geoinżynierię, czyli to samo, lecz a rebours, co władze Chin w 2008 roku podczas olimpiady w Pekinie. Różnica polega na tym, że władze Chin zadysponowały jodek srebra zamiast wywaru z ziół, z dobrym skutkiem.

Minęło siedem lat i oto geoinżynieria trafia pod strzechy. Ponieważ globalne ocieplenie zmniejszyło liczbę słonecznych dni w roku, linie lotnicze Olivier's Travels oferują (na razie jedynie we Francji) usługę dedykowaną nowożeńcom – zapewnienie słonecznej pogody kosztuje 200 tysięcy euro. Meteorolog monitoruje przez tydzień przed uroczystością zmiany w pogodzie, a gdy zachodzi taka potrzeba, podrywa samoloty rozpylające jodek srebra, związek chemiczny przyspieszający kondensację, w rezultacie chmury się rozpraszają.

Geoinżynieria to termin na czasie, stał się elementem stylu życia, szermują nim ci, którzy chcieliby schłodzić naszą planetę. Przecież odwoływanie się – w dawnym stylu – do sumienia, etyki, zdrowego rozsądku i apelowanie o redukcję gazów cieplarnianych nie odnosi praktycznie żadnego skutku. Bo, na przykład, konsumenci nie zjadają mniej mięsa, a hodowcy nie redukują z tego powodu liczebności stad emitujących najgroźniejszy gaz cieplarniany, metan, ani hodowcy nie zmniejszają ilości metanu wydalanego przez bydlęta, bo niby jak, korkiem pod ogonem?

Ale papier jest cierpliwy, wytrzymuje tego rodzaju pomysły. Między innymi taki, aby ochłodzić Ziemię, zmniejszając ilość docierającego do niej promieniowania słonecznego poprzez instalację na okołoziemskiej orbicie zwierciadła odbijającego część tego promieniowania. Jak? Nie wiadomo, ale to też należy do nowego stylu życia, jakiemu hołduje coraz więcej naukowców, polegającego na wygadywaniu i wypisywaniu dub smalonych, aby zaistnieć w mediach.

Ostatnio na łamach „Atmospheric Chemistry and Physics" Debra Weisenstein z Uniwersytetu Harvarda obliczyła, że zamiast rozpylania sulfatów w atmosferze, aby zachmurzać niebo i odcinać dopływ promieni słonecznych, tym samym schładzając naszą Matkę, lepiej użyć bardzo drobnych diamentów, rezultat będzie o 50 proc. lepszy.

Pozostaje pogratulować pomysłu i skalkulować koszt operacji. Zrobili to (złośliwie) badacze, którzy nie wpadli na ten pomysł. Kilogram pyłu z diamentów syntetycznych kosztuje w obrocie hurtowym około stu dolarów. Aby zmniejszyć zaledwie o kilka procent ilość światła słonecznego docierającego do Ziemi, trzeba rozpylić w górnych warstwach atmosfery nie mniej niż 450 milionów kilogramów. Wielkość ta pomnożona przez sto dolarów daje sumę 45 miliardów dolarów. Kogo na to stać? Przecież władze USA ociągają się z wysupłaniem miliarda dolarów na wyprawę marsjańską.

Dopóki globalne ocieplenie będzie tematem dyżurnym, dopóty – zgodnie z nowym rytem ich stylu życia – co chwila będą się rozlegały jeremiady blogerów, samozwańczych ekologów i wietrzących sensacje dziennikarzy śledczych o tajemniczych i – jakżeby inaczej – niebezpiecznych, nieodpowiedzialnych poczynaniach geoinżynierów usiłujących przykładać Ziemi chłodny, wilgotny ręcznik do rozpalonego czoła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA