fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Stefan Szczepłek: Recenzja książki "Futbol ponad wszystko"

materiały prasowe
Czyta się tę książkę jak opowieść o Górnym Śląsku, rozrywanym między Polską a Niemcami.

Mariusz Kowoll napisał książkę „Futbol ponad wszystko". Koncentrował się na latach 1939–1945, ale ten okres mówi wiele o tym, co działo się na Śląsku wcześniej. Autor przekopał polskie i niemieckie archiwa, przeczytał setki artykułów, rozmawiał z ludźmi mającymi wiedzę (a nie ma ich dużo) i stworzył dzieło wyjątkowe.

Niewiele jest książek o piłce nożnej na Górnym Śląsku, bo żeby napisać coś naprawdę wartościowego, trzeba znać historię tego regionu i Polski, a nie tylko futbolu. To nie jest ani proste, ani łatwe. Opisanie skądinąd ciekawych dróg Górnika Zabrze czy Ruchu Chorzów do tytułów mistrza w powojennej Polsce to w porównaniu z tym zadaniem prosta sprawa.

Czyta się tę książkę jak opowieść o Górnym Śląsku, rozrywanym między Polską a Niemcami. Jakby siedziało się na stadionie, witało drużyny na dworcach i w hotelach, brało udział w klubowych naradach lub siedziało przy halbie piwa. Raz w jednym języku, raz w drugim, a mogłoby być śląską gwarą, w sposób naturalny używaną na boisku.

Wiedza, jaką posiadł autor i przelał ją na papier, jest niewyobrażalna. Za duża na jedną książkę o 400 stronach drobnym drukiem. Widać, że autor chce przekazać nam wszystko, co wie, tylko ten chwalebny zamiar sprawia, że gubimy się w długich dygresjach i wracamy na poprzednie strony, żeby dowiedzieć się, czego lub kogo jakieś uwagi dotyczą. Autor dołożył nadzwyczajnych starań, ale przydałby się jeszcze redaktor, który by go tonował, przestawiał akapity lub dla potoczystości lektury nawet rezygnował z fragmentów.

Ale przecież trudno mieć pretensje do Mariusza Kowolla, że za dużo napisał, bo wszystko jest w tej książce ciekawe, ważne, wynika jedno z drugiego. Ona już na tym etapie powinna składać się z dwóch tomów, bo zgromadzony przez autora materiał uzasadnia takie rozmiary.

Chciałbym zachęcić do lektury, cytując jakieś smakowite fragmenty, ale musiałbym przepisać pół książki, a nie wiem, na co się zdecydować. Mnie tam wszystko interesuje. Wizyty Seppa Herbergera, poszukującego na Górnym Śląsku kandydatów do reprezentacji Niemiec, czy przyjazd do Bytomia tej reprezentacji, z Ernestem Wilimowskim i Reinhardem Schaletzkim.

O Wilimowskim wszyscy słyszeli. Początkowo grał dla Ruchu Wielkie Hajduki po polskiej stronie granicy. Schaletzki występował w niemieckim Vorwaerts-Rasensport Gleiwitz, jako obywatel Rzeszy został powołany do wojska, dosłużył się Krzyża Żelaznego. Dla Wilimowskiego przejście na niemiecką stronę było wyborem (a może koniecznością). I spotkał się z „Schalle" w reprezentacji Rzeszy.

To przykład dość typowych śląskich dróg. „Rodzili się jako Niemcy, dorastali – po plebiscytach śląskich – w Polsce, a po hitlerowskiej agresji ponownie stali się Niemcami. (...) To, kim w rzeczywistości się czuli, nie miało większego znaczenia" – pisze autor, dodając, że „aby przetrwać, należało wykazać się zdolnościami, o jakie nikt wcześniej sam siebie by nie posądzał".

Najlepszy lewoskrzydłowy przed wojną Gerard Wodarz z Ruchu zaczynał wojnę w wojsku polskim, potem wcielono go do niemieckiego, a kończył w Polskich Siłach Zbrojnych w Anglii.

Praca Mariusza Kowolla, uzupełniona listą wszystkich meczów Ernesta Wilimowskiego w latach 1939–1944 (jakiej nikt wcześniej nie sporządził), ma duże szanse na wygranie konkursu „Najlepsza książka historyczna".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA