fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Bogdan Góralczyk: Na razie Chiny sobie nie radzą

Doktor Li może się stać symbolem tego, że warto przeciwstawiać się władzy. Natomiast to pieśń przyszłości
Fotorzepa, Robert Gardziński
Kryzys trwa i nie wiadomo, jak długo potrwa. Już dostrzegam ferment wewnątrz kierownictwa partii, że Xi Jinping wcale nie jest taki mądry i omnipotentny, na jakiego się kreował – mówi prof. Bogdan Góralczyk, politolog i sinolog.

Do tej pory wskutek choroby wywołanej koronawirusem (Covid-19) zmarło ponad 2 tys. osób. Kolejnych niemal 2 tys., głównie w ChRL, jest w stanie krytycznym. Na całym świecie zarażonych wirusem jest już ponad 76 tys. osób. Jak Chiny radzą sobie z tym problemem?

Na razie sobie nie radzą. Eksperci chińscy oraz, co ważniejsze, Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) twierdzą, że do końca nie są znane ani pochodzenie wirusa, ani sposób jego przenoszenia się. Choć w ostatnich dniach mówiono, że tempo rozpowszechniania się choroby spowalnia, to niestety według mojej oceny jesteśmy jeszcze w fazie ograniczania wirusa. Jedno jest pewne: to większy kryzys niż ten, którego Chiny doświadczyły na przełomie roku 2002 i 2003, gdy pojawiła się inna odmiana koronawirusa, czyli SARS. Wtedy zmarło 770 osób, teraz ofiar jest dużo więcej, a ich liczba wciąż rośnie.

Dlaczego te epidemie wychodzą z Chin? Jak tłumaczą to Chińczycy?

Niewiele tłumaczą. Decydenci po pierwsze muszą się tłumaczyć przed społeczeństwem, które jest coraz bardziej zaniepokojone, bo widzi, że kolejne prowincje są obejmowane kwarantanną. Ponadto w prawie całych Chinach wprowadzono internetowe nauczanie na uczelniach i w szkołach średnich, a – jak wszystko na to wskazuje – za chwilę zostanie odwołana doroczna sesja Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – najważniejsze wydarzenie dla wewnętrznej polityki państwa. Ceremoniały są jednym z pięciu atrybutów konfucjanizmu. Gdy taki ceremoniał jest odwołany, wtedy władza traci twarz. To są bardzo poważne kwestie i im dłużej ten kryzys będzie trwał, tym będzie się stawał większym wyzwaniem.

Czy jest jakiś związek między naturą chińskiego systemu państwowego i epidemią? Czy system jest w jakiś sposób za nią odpowiedzialny?

Epidemia może pojawić się wszędzie, w całej Azji czy Azji Południowo-Wschodniej. To, że ma ona miejsce w Chinach, jest przypadkiem. Natomiast sposób odpowiedzi na epidemię jest już typowo chiński. Włącza się państwo autorytarne, które z jednej strony potrafi być niebywale skuteczne i w ciągu siedmiu–ośmiu dni zbudować dwa szpitale, a z drugiej strony z natury może zbyt późno zareagować. Coraz więcej informacji wskazuje, że Xi Jinping wiedział o tej epidemii znacznie wcześniej, ale z jakichś powodów tego nie ujawniono, przez co teraz sytuacja wygląda, jak wygląda. Gdyby wcześniej o wszystkim poinformowano, to Chińczycy zapewne nie ruszyliby do rodzin na Chiński Nowy Rok. A w chwili, gdy epidemię ujawniono, już rozpoczęła się ta największa na świecie wędrówka ludów.

Na początku epidemii niewątpliwie popełniono błędy polityczne, za co zostało zdymisjonowane lokalne kierownictwo partii. Pekin podjął zdecydowane kroki, przejął kontrolę nad miastem i prowincją. Czego to dowodzi?

To jest dowód obaw przed tym, co będzie dalej. Już teraz wiemy, że epidemia będzie miała skutki ekonomiczne – na razie dla Chin, ale jeśli sytuacja będzie się przedłużała, to wpłynie to także na gospodarkę światową. Mamy łańcuchy dostaw i firmy amerykańskie, francuskie czy japońskie, które produkują na terenie Chin, również zostaną dotknięte tą sytuacją. Jednocześnie wielkie linie lotnicze wstrzymały na długo do przodu połączenia lotnicze. To wyraźnie odbije się na gospodarce, a jeżeli kryzys będzie się przedłużał – już nawet chiński eksperci mówią, że może trwać do maja – to wtedy pojawią się także skutki polityczne. To jest egzamin dla Xi Jinpinga, który skoncentrował w jednych rękach całą władzę. Z jednej strony ma efektywność, ale z drugiej cała odpowiedzialność ciąży na nim. Ta sytuacja to też kryzys partii, ponieważ partia w Chinach to państwo, zatem to egzamin jej skuteczności, możliwości reagowania. I po trzecie to też test, jak reaguje państwo autorytarne – czy lepiej niż demokratyczne, to okaże się dopiero teraz, przy ograniczonym przepływie informacji i silnym zastosowaniu środków represji.

Pańska ocena jest opinią eksperta z zewnątrz, a jak to pokazują chińskie media? Czy na łamy prasy, do internetu czy telewizji przebijają się tego typu wątki?

Nie, tam pokazuje się fakty, tzn. konkretne wydarzenia, szpitale, reakcje, wchodzenie do domostw. Już nie tylko Wuhan czy prowincja Hubei są objęte kwarantanną. W ostatnim tygodniu wprowadzono ograniczenia przy wjeździe do Pekinu i Szanghaju, dwóch największych, najważniejszych metropolii. Obowiązuje dwutygodniowa kwarantanna dla osób, które próbują tam wjeżdżać. To jest już doświadczenie całego narodu.

Fakty się więc przebijają. A wnioski? Czy chińska prasa mówi, że przed Chińczykami pojawia się ryzyko destabilizacji ekonomicznej? Ryzyko dla stosunków międzynarodowych?

O ryzykach się nie mówi. To jest wykluczone, nie ma takiej analizy i nie będzie, dopóki nie wydarzy się coś istotnego. A coś istotnego może się stać w dwójnasób. Albo partia ogłosi wielki sukces i da kolejny pakiet gospodarczy, podobny do tego, jakim przełamano skutki kryzysu światowego w 2008 roku – Chiny przeznaczyły wtedy 600 mld dol. na rozruszanie gospodarki – albo kryzys będzie się ewidentnie przedłużał i Xi Jinping będzie miał poważny kłopot, bo w społeczeństwie pojawi się ferment i dadzą o sobie znać koterie w najwyższych władzach.

Chiński internet ponoć już dziś wręcz buzuje od krytyki władz. Parę dni temu było aż 800 mln krytycznych wpisów. Jest zatem pewien krytyczny ferment w sferze relatywnie wolnej od propagandy. 7 lutego w wyniku zakażenia wirusem zmarł Li Wenliang, jeden z lekarzy, którzy informowali o wirusie. Natychmiast stał się bohaterem internetu, ale czy może stać się bohaterem rodzącego się w pewien sposób społeczeństwa obywatelskiego w Chinach?

W Chinach nie ma społeczeństwa obywatelskiego, ponieważ to zaprzeczałoby istocie państwa autorytarnego.

Ale czy ono nie budzi się aby w internecie?

Są elementy czy rudymenty społeczeństwa obywatelskiego, natomiast jego istnienie podważyłoby system państwa, które zbudowane jest na zupełnie innych zasadach. Dotykamy jednak kwestii istotnej, czyli zaufania chińskiego społeczeństwa do władz. Otóż to zaufanie – czego poza ekspertami nikt nie rozumie – zostało zachwiane już pięć lat temu, gdy na chińskich giełdach były trzy krachy. W ciągu ośmiu miesięcy Chiny straciły bilion dolarów, ponieważ chińskie społeczeństwo zbyt pozytywnie zareagowało na apele władz, aby iść na giełdy i szybko budować społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu, klasę średnią, bo to ma być nowy model rozwojowy Chin. Chińczycy mają w swoim DNA ducha hazardu, więc ruszyli, napompowali bańkę i bańka pękła. Ok. 80–90 mln obywateli ChRL straciło często nawet dorobek życia. Od tamtej pory środki na bezpiekę w Chinach są większe niż na armię. Bo wtedy zaufanie do władz zostało podważone. Do tego dochodzi niebywała, bezprecedensowa kampania antykorupcyjna rozpoczęta przez Xi Jinpinga. Około miliona aparatczyków zostało usuniętych, a często wsadzonych do więzienia. Wśród nich znalazła się osoba, która była drugą lub trzecią osobą w państwie – Bo Xilai. Co więcej, uwięziono Zhou Yongkanga, czyli byłego szefa bezpieki – wszystkich służb: jawnych, tajnych, mundurowych. Jeżeli szef bezpieki zostaje uwięziony, to jakby uwięzić całą bezpiekę. Trzeba było wyczyścić jego wszystkie relacje personalne. To znaczy, że osób w Chinach, które czekają na to, aż Xi Jinpingowi powinie się noga, jest co niemiara. Dzisiejszy kryzys trzeba rozpatrywać jako element tej układanki.

Ale czy Li Wenliang może stać się bohaterem przyszłego procesu tworzenia się świadomości obywatelskiej?

Jeżeli partia straci mandat niebios, a na razie czegoś takiego nie przewiduję, wtedy on będzie bohaterem wspominanym przez kilka pokoleń. Natomiast ten kryzys jest kontynuacją jeszcze jednego kryzysu. Od 8 czerwca ubiegłego roku nieustannie trwały wielkie demonstracje na terenie Hongkongu. One również były podważeniem wiary w omnipotencję i wszechmoc władz w Pekinie. Na dodatek 11 stycznia tego roku odbyły się wybory na Tajwanie, które w ślad za demonstracjami w Hongkongu nie doprowadziły do władzy Partii Narodowej – Kuomintangu – gotowego do pokojowych rozmów z Pekinem i do szybkiego zbliżenia obu państw. Nawarstwiło się kilka elementów, które jeszcze bardziej utrudniają sytuację aktualnych decydentów.

Refleksja obywatelska rodzi się również w kręgach intelektualnych. Duży rozgłos zyskał esej Xu Zhangruna, byłego profesora prawa z Uniwersytetu Tsinghua, który stwierdził, że „kultura opresji" doprowadziła do „systemowej impotencji". Czy intelektualiści mają jakikolwiek wpływ na społeczeństwo?

W wymiarze stricte politycznym – nie mają. Prowadzę wykłady w ramach programu Erasmus. Często pojawiają się na nich obywatele ChRL – wykształceni, którzy przyjechali do Europy, słuchają zachodniego profesora. Okazuje się, że oni nie znają nazwisk typu Hu Yaobang czy Zhao Ziyang, którzy byli przywódcami opozycji wewnątrzpartyjnej wokół wydarzeń na placu Tiananmen, traktowanych jako tabu. Nie znają noblisty Liu Xiaobo, który za swój intelektualizm zapłacił życiem. Dopóki rządzi władza autorytarna, dopóty nie dopuści, żeby – poza bardzo wąskimi elitami – takie zachowania stały się masowe, a jest to możliwe m.in. poprzez pełną kontrolę mediów.

Eksperci piszą, że epidemia i jej percepcja społeczna to największe wyzwanie dla władzy od czasu kryzysu związanego z protestami na placu Tiananmen w 1989 roku.

Byłem na placu Tiananmen, napisałem na ten temat książkę i całkowicie zgadzam się z tą opinią.

Co to oznacza dla Chin?

Tego jeszcze nie wiemy, ponieważ kryzys trwa, epidemia nie jest zahamowana i nie wiadomo, jak długo potrwa. Już dostrzegam ferment wewnątrz kierownictwa partii, że Xi Jinping wcale nie jest taki mądry i omnipotentny, na jakiego się kreował.

Zatem bardziej prawdopodobna jest zmiana w elicie władzy, niźli budowanie się od wewnątrz społeczeństwa obywatelskiego?

Dokładnie tak.

A czy może być tak, że KPCh jako całość, partia, merytokracja, która rządzi Chinami, nagle doświadczy kryzysu zaufania tak dużego, że dojdzie w niej do jakichś ruchów tektonicznych?

Partia jeszcze nie doszła do tej bariery, tak że nie ma alternatywy, kogoś, kto miałby sięgnąć po sztandary. Poza tym jest za wcześnie, by o tym mówić.

10 lutego w państwowych mediach powszechnie relacjonowano odwiedziny Xi Jinpinga w jednej z pekińskich dzielnic. Działanie nietypowe dla kultury politycznej Chin. Czy to jest desperacja władz czy metoda Xi Jinpinga?

To metoda Xi Jinpinga, że idzie do ludu. W latach rewolucji kulturalnej jego ojciec był sekowany, został zesłany na wieś i on razem z ojcem mieszkał w jaskiniach prowincji Shaanxi. To jest kreowane w taki sposób, że on ma w swoim życiorysie doświadczenie bycia ciemiężonym tak, jak się ciemięży zwykły lud. To jest eksploatowane i on do tego wizerunku sięga – na razie skutecznie. Natomiast gorszy – moim zdaniem – jest fakt, że przywódca na prawie dziesięć dni zniknął, co prawda w okresie Chińskiego Nowego Roku i świąt. Tylko premier Li Keqiang pojechał do Wuhanu i dyrygował tymi, którzy budowali szpitale. A Xi Jinpinga nie było. Oby nie wyciągnięto mu tego, że był nieaktywny w czasie, gdy najbardziej go potrzebowano.

Z jednej strony wysiłek omnipotentnej do granic absurdu kontroli autorytarnego państwa, z drugiej gigantyczna dyscyplina społeczna Chińczyków – co zwycięży?

W chińskim DNA jest poczucie hierarchii i szacunku dla władzy oraz wyżej postawionych. Jeżeli ten szacunek zostaje utracony, wtedy jest zmiana mandatu niebios, ale do tego etapu jeszcze nie doszliśmy. Jak już mówiłem, to nie jest wyłącznie kwestia koronawirusa, tam jest głębsze podłoże tego, że zaufanie zostało podważone. Praktycznie każdy następny dzień przynosi coraz trudniejsze wyzwania dla władz, bo jeśli władze ostatecznie odwołają sesję parlamentu, to będzie oznaczało dla nich utratę twarzy. Jeżeli zapowiedziany na 15 kwietnia szczyt 17+1, czyli państw naszego regionu, przejęty przez Xi Jinpinga od premiera, zostanie odwołany, to oznacza, że Chiny mają potężny problem z przeprowadzeniem nawet podstawowych czynności. Do tej pory zostały odwołane już dwie imprezy o światowym zasięgu: halowe mistrzostwa świata w lekkoatletyce i wyścig Formuły 1 w Szanghaju.

Czy zmiana systemowa jest wykluczona? W XX wieku mandat niebios dla rządzących wygasał dwukrotnie: najpierw upadło cesarstwo, a potem w latach 1948–1949 narodziły się Chiny Ludowe. Czy w tym stuleciu, w kontekście globalizacji i procesów, których jesteśmy świadkami, możemy doświadczyć kolejnej zmiany?

W tym stuleciu na pewno możemy jej doświadczyć, bo za nami dopiero jego dwie dekady. Natomiast jeżeli mowa o upadku cesarstwa, wtedy były siły wojskowe, które mogły przejąć władzę, nie mówiąc już o prezydencie Sun Jat-senie, który chciał Chin republikańskich. Natomiast w 1949 roku zamiast Kuomintangu była Komunistyczna Partia Chin.

Była alternatywa.

Dokładnie, a dzisiaj Hongkong i Tajwan nie mogą jej przedstawić, Tybet i Sinciang tym bardziej. I to jest problem.

Może narodzi się bohater internetowy?

Możliwe. W każdym razie doktor Li może stać się symbolem tego, że warto przeciwstawiać się władzy. Natomiast to pieśń przyszłości. Byłem na placu Tiananmen i wiem, że władza może sięgnąć po ostateczne narzędzia, w tym rozwiązania siłowe, których również nie można wykluczyć. Kwestia koronawirusa jeszcze może być zwycięstwem władz albo ogromną porażką wizerunkową. Może być kryzys na szczytach władzy, ale niekoniecznie zmiana mandatu niebios.

—współpraca Magdalena Pernet

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA