Kiedy jesienią 2014 roku napisałem, że Donald Tusk w swojej nowej roli jest pierwszym polskim politykiem od czasów jagiellońskich, który odegra na europejskich salonach pierwszoplanową rolę, dostałem publicystyczny łomot, zwłaszcza od komentatorów, którzy określali się wówczas jako niepokorni.
Minęło pół dekady i prócz odrobiny satysfakcji, że miałem wtedy rację, pozostaje konstatacja, że Tusk tak się zżył ze swoją rolą, że kandydowanie na prezydenta w prowincjonalnej ojczyźnie nie jest dla niego żadną atrakcją. Sceptycy twierdzą, że nie ma sił na mozolną kampanię. Przeciwnicy, że boi się porażki. Entuzjaści, że tworzy polityczną przestrzeń dla następców.