Do niedawna z rozmów z lekarzami wyłaniał się obraz państwa, które jeśli zawiedzie w sprawie koronawirusa, to na poziomie powiatów. Premier i minister zdrowia wraz z szefem Głównego Inspektoratu Sanitarnego mogą wprowadzić najlepsze nawet zasady działania, ale to nie uleczy na szczeblu lokalnym zapuszczonej od 30 lat służby zdrowia.
Dziś sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Szpitale, chcąc dokupić sprzęt – formalnie są na to pieniądze – odsyłane są od Annasza do Kajfasza. Zamówienia krążą między Agencją Rezerw Materiałowych a urzędami wojewódzkimi i marszałkowskimi (te są często w konflikcie z wojewodami), po drodze giną dokumenty, czas mija, a pieniądze na respiratory i inne urządzenia albo nie są wykorzystane, albo są trwonione. I mowa tu o poziomie nie powiatów, ale miast wojewódzkich odpowiedzialnych za stworzenie pierwszej linii frontu walki z wirusem.