fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

#RZECZoBIZNESIE: Janusz Steinhoff: W gospodarce mamy za dużo ręcznego sterowania

tv.rp.pl
Część z transferów socjalnych, które wdrożył obecny rząd, powinno zostać zweryfikowanych w trudnej sytuacji ekonomicznej - mówi Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Mamy fatalne dane o PKB za II kwartał z różnych krajów. W Polsce znów rośnie liczba zakażeń. To najgorsze już za nami, jak przekonywał rząd, czy wręcz przeciwnie?

Liczby zakażonych i śmiertelnych ofiar koronawirusa w ostatnich dniach nie nastrajają optymistycznie. Niepotrzebnie rozbudzono nadzieje w społeczeństwie, że mamy najgorsze za sobą. Ludzie przestali przestrzegać takich zasad jak noszenie maseczek, czy dystans. Trzeba mieć świadomość, że świat ma dalej wielki problem z koronawirusem. To jedno z największych wyzwań mojego pokolenia. Nie mieliśmy z taką skalą problemu do czynienia ponad 60 lat. Dopóki nie będzie szczepionki, trudno spodziewać się radykalnych zmian. Musimy się przyzwyczaić do życia i pracy w innym systemie. Gdzie tylko to możliwe, musimy ratować gospodarkę. Temu służyły kolejne tarcze antykryzysowe. Nie można sądzić, że ta sytuacja nie będzie miała odzwierciedlenia w tempie wzrostu naszej gospodarki w przyszłości.

Może kolejne miesiące przyniosą wychodzenie z kryzysu gospodarczego?

Prognozowanie w tej chwili jest bardzo skomplikowane. Nie wiemy jaki będzie reżim sanitarny, jak się będzie rozwijała epidemia. Mogę opierać się na tym, co rząd przyjął jako wskaźniki makroekonomiczne w założeniach do budżetu. One nie są budujące. W tym roku ma być spadek PKB na poziomie 4,6 proc., a w przyszłym prognozowany jest wzrost gospodarczy 4 proc. - czyli nie dojdziemy do poziomu PKB, który mieliśmy wcześniej. Mocno spada eksport, w tym roku o prawie 9,5 proc. W przyszłym roku prognozowany wzrost jest na poziomie 6,9 proc.

Nadmiernie optymistycznie rząd prognozuje tempo wzrostu średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej i w sektorze przedsiębiorstw. Jest też założenie mocnego wzrostu płacy minimalnej. To budzi niepokój wielu ekonomistów i przedsiębiorców.

Powinniśmy tak podnosić płacę minimalną w sytuacji recesji?

Nie. Bezrobocie w 2021 r. będzie na poziomie 7,5 proc. Podnoszenie płacy minimalnej do poziomu ponad 53 proc. przeciętnej płacy jest nieodpowiedzialne. Mam nadzieję, że ta decyzja zostanie zweryfikowana w komisji dialogu społecznego.

Tarcze kryzysowe sprawdziły się?

Trudno powiedzieć, czy wszystkie zapisy kolejnych tarcz okazały się skuteczne. Pamiętać należy, że one są bardzo kosztowne. To są pieniądze publiczne, które wydajemy z budżetu, albo spoza (BGK i PFR). Przyjdzie czas na podliczenie tych wydatków. Mam nadzieję, że większość narzędzi wsparcia z kolejnych tarcz jest racjonalna. W tej chwili nie można ich precyzyjnie całkowicie ocenić. Widocznym efektem działania tarcz jest stosunkowo, biorąc pod uwagę skalę perturbacji w gospodarce, niewielki wzrost bezrobocia. Skutki pandemii dla różnych branż gospodarki są bardzo zróżnicowane. Przede wszystkim problemy ma przemysł motoryzacyjny. Polska jest dużym producentem części do montażu samochodów, ale również producentem aut. Pomimo uruchomienia produkcji w wymaganym reżimie sanitarnym ze zbytem samochodów jest bardzo źle. W tej branży czekają nas więc trudne czasy, nie tylko zresztą w Polsce. W katastrofalnej kondycji jest hotelarstwo, turystyka, branża eventowa, czy transport pasażerski.

Co będzie jak jesienią pojawi się druga fala epidemii? Wystrzelaliśmy się już z wszystkich naboi w walce z kryzysem?

Sytuacja finansowa jest skomplikowana. Nigdy nie mieliśmy do czynienia z tak potężnym deficytem - w tym roku to będzie powyżej 10 proc. PKB. Będziemy musieli liczyć się z problemem znaczącego przyrostu zadłużenia i otarcia się o granicę konstytucyjnego progu. Rozgorzała dyskusja czy należy zmienić ten zapis w konstytucji. Opowiadam się przeciw tym zmianom. Polska powinna trzymać się dotychczasowej granicy. Część z transferów socjalnych, które wdrożył obecny rząd, powinno zostać zweryfikowanych w tej trudnej sytuacji ekonomicznej. Już na początku epidemii należało zacząć od nowelizacji budżetu. Rząd znalazł się w trudnej sytuacji. Projektował budżet bez deficytu i mocno to nagłaśniano. A potem trzeba było uwzględniać nie tylko nadmierne wydatki z budżetu, ale również znaczące ubytki dochodów.

Rząd liczy mocno na pieniądze unijne...

Nowy horyzont budżetowy dla Polski jest bardzo korzystny, dostaniemy duże pieniądze z Unii. Jednak walka z kryzysem jest trudna i skomplikowana. Na to się nakładają nierozwiązane problemy w polskiej gospodarce, które odbijają się nam czkawką. To problem energetyki, totalnie zaniedbanej. Nie podejmowano koniecznych decyzji przez ostatnie 10 lat. Był chocholi taniec „jakoś to będzie". Wbrew głosom rozsądku budowano kolejne bloki węglowe i unikano trudnych w społecznym odbiorze decyzji dotyczących górnictwa. Od dłuższego czasu mamy do czynienia w administracji państwowej z totalnym bałaganem kompetencyjnym, z nadmiarem socjotechniki i brakiem rzetelnej, opartej na realiach obowiązującego prawa i ekonomii działalności. Wydaje się jakby kampania wyborcza trwała permanentnie. To wielki problem nie tylko w Polsce.

Po raz kolejny rząd zderzył się z problemem górnictwa. Czym to się skończy tym razem?

Polskie górnictwo musi być rentowne, a jego ewolucja koherentna z transformacją, jaką będzie przechodziła energetyka. Oczywiście w realiach polityki klimatycznej, którą realizują kraje UE. Gospodarka jest zarządzana w sposób, który przypomina mi czasy słusznie minione, w których dominowało ręczne sterowanie. PGG, największa firma górnicza w Europie, może i na świecie, jest spółką, w której udziały mają koncerny elektroenergetyczne i PGNiG. Skarb Państwa ma w niej tylko jedną, symboliczną jedną akcję. To udziałowcy, których przedstawiciele zasiadają w radzie nadzorczej powinni, podejmować decyzje. Górnictwo generuje potężne straty, które byłyby dużo większe, gdyby cena węgla w Polsce korespondowała z cenami światowymi czy europejskimi. Mamy do czynienia z sytuacją, w której w większości kopalń na Górnym Śląsku są dość wysokie koszty i niska wydajność pracy. To jest nieporównywalne z kopalniami rosyjskimi, amerykańskimi czy nawet naszą Bogdanką. Wydajność pracy jest rzędu 700 ton na pracownika na rok. W Bogdance to ok. 1800. Wysokie koszty spowodowane są trudnymi warunkami górniczo-geologicznymi i wydobywaniem węgla pod silnie zurbanizowanymi terenami. W wielu kopalniach górnośląskich kończą się już zasoby węgla. Tam gdzie występuje nadkoncentracja górniczych zagrożeń najczęściej są wysokie koszty wydobycia. Przykładem jest kopalnia zespolona Ruda, która w latach 2010-2019 wygenerowała ponad 2,2 mld zł strat. I dlatego zarząd PGG planował jej likwidację.

Związkowcy zablokowali te pomysły. Rząd się wycofał z zamykania kopalń.

Tak się nie przygotowuje operacji, którą trzeba przeprowadzić. Po pierwsze należy przekonać partnerów społecznych do nieuchronności decyzji. Ćwiczyliśmy to kilka razy w historii III RP. Rząd zachowuje się delikatnie rzecz ujmując nieporadnie i nieprofesjonalnie. Ogłasza likwidację 3 kopalń i 7 tys. miejsc pracy. Proponuje dość atrakcyjny pakiet osłonowy, ale potem się całkowicie wycofuje z propozycji po pierwszym proteście związkowców. To nie buduje autorytetu państwa.

Nie spodziewano się, że związkowcy będą protestować? Oczywiste było, że nie zgodzą się na zamykanie kopalń.

Brak profesjonalizmu jest widoczny na każdym kroku. Jest bałagan kompetencyjny, nie wiadomo kto się czym zajmuje, ręczne sterowanie. To się wiąże z wieloma decyzjami, które pokazują, że nie ma jakiejkolwiek strategii. Widoczna jest więc taktyka dopasowywana do nieznanej strategii. Mamy do czynienia z sytuacją, która nie powinna mieć miejsca. W takim jak obecnie stanie polskie górnictwo nie znalazło się od dziesięcioleci. Ten stan to efekt populizmu i nieodpowiedzialności rządzących z różnych obozów politycznych.

Rząd jest w stanie uniknąć zamykania kopalni?

Jeden z premierów też obiecywał górnikom, żadnych brutalnych rozwiązań, czyli likwidacji kopalń. Wówczas mówiłem, że to skrajna nieodpowiedzialność, bo o tym czy kopalnię zamknąć, czy w nią inwestować, decydują 2 czynniki: ekonomia i geologia. Jeśli kopalnia nie ma żadnych szans, to musi być zamknięta. Ten skomplikowany proces od strony społecznej i technicznej trzeba odpowiednio przygotować. Żeby to zrobić trzeba wykazać się wiedzą i odpowiedzialnością. Żadna z tych przesłanek nie została spełniona.

Polska ma nadprodukcję energetycznego węgla. Aktualnie mamy ponad 17 mln ton węgla na zwałach. Nic przy tym nie wskazuje, żeby te zwały szybko zniknęły. Mamy konkurencję węgla importowanego, który jest tańszy. I podobnie jest z energią elektryczną, której ceny hurtowe należą do najwyższych w Europie. I dlatego coraz więcej (kilkanaście TWh rocznie) jej importujemy.

Restrukturyzować górnictwo jest trudno, bo politycy w ostatnich latach zaklinali rzeczywistość. Podawali górnikom argumenty, które nie miały pokrycia w faktach. Mówili, że Polska węglem stoi i że węgiel jest kołem zamachowym gospodarki oraz że nie pozwolą zamordować tej branży. Ekonomii nie uwzględniali przy tym w ogóle. Tak więc stan branży jest tego efektem.

Jak pan ocenia pomysł połączenia Orlenu i Lotosu?

W ogóle tego nie rozumiem, to też powrót do PRL-u. Dominujące są cele fiskalne. Rząd sam sobie sprzedaje podmioty, zachowując nad nimi kontrolę. To jest wyjątkowo szkodliwe z punktu widzenia strategicznych polskich interesów. Podobnie kolejny projekt inkorporacji PGNiG-u. Nie widzę żadnych racjonalnych przesłanek tych fuzji. Podtekst jest taki, żeby do budżetu wprowadzić środki na poziomie 27 mld zł ze szkodą dla polskiej gospodarki. Odbieram realizację tych projektów jako fatalny przykład nieudolnej prywatyzacji.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA