fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Giełda

#PROSTOzPARKIETU: Sobiesław Kozłowski: Trzy wiedźmy testem dla warszawskich byków?

rzeczpospolita.tv
O sytuacji na polskim rynku akcji, potencjale zwyżek i ryzykach inwestycyjnych, rozmawialiśmy w Parkiet TV z Sobiesławem Kozłowskim, szefem działu analiz Raiffeisen Brokers.

WIG20 wyznaczył w mijającym tygodniu nowy szczyt hossy i znalazł się najwyżej od lipca 2015 r. Jaki potencjał ma trwający trend wzrostowy na naszej giełdzie?

Indeks blue chips najwyżej od 1,5 roku, a szeroki WIG najwyżej od listopad 2007 r. i do szczytu wszech czasów brakuje mu około 11 proc. W przypadku tego pierwszego do rekordowej wyceny brakuje około 80 proc. Te rozbieżności pokazują, że to inne niż blue chips komponenty szerokiego rynku zachowują się mocniej. Siła największych spółek zależy od zagranicy, bo to ona generuje około 53 proc. obrotów na naszym rynku. Warto zwrócić tu uwagę, że WIG20 wyrażony w dolarze, który jest jakieś 20 proc. poniżej szczytu z 2015 r. i wydaje mi się, że to jest właśnie potencjalny zasięg trwającego ruchu.

W przypadku mWIG40 mamy roczną stopę zwrotu sięgającą prawie 40 proc., więc jakieś schłodzenie nastrojów jest tutaj wskazane. Myślę natomiast, że to sWIG80 może być takim czarnym koniem, gdyż spółki z tego segmentu są mniej podatne na ryzyka polityczne i korzystają na poprawie koniunktury gospodarczej w Polsce.

Czy ten dystans do szczytu – 11 proc. na indeksie WIG, jest do pokonania jeszcze w tym roku?

Z perspektywy globalnej to zależy od napływów zagranicznego kapitału. Jak na razie pieniądze płyną, co widać po zmniejszeniu dystansu między WIG20 i MSCI EM. Zakładając, że oba indeksy będą teraz poruszać się podobnie, możemy liczyć na kontynuację wzrostu, gdyż MSCI EM wybił się w tym tygodniu ponad lokalne maksimum.

Z perspektywy lokalnej liczą się napływy do krajowych TFI. O ile w zeszłym roku przeważały umorzenia, to w lutym widać już było napływ do funduszy akcyjnych i mieszanych. Jeśli ten trend się utrzyma, to jego beneficjentami będą pewnie małe i średnie spółki.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na perspektywę europejską, w tym sensie, że EBC jest trochę w tyle za Fedem jeśli chodzi o politykę monetarną. Podejrzewam, że po wyjaśnieniu się ryzyka związanego z wyborami we Francji, EBC może zacząć bardziej sygnalizować wygaszanie programu luzowania ilościowego i podwyżki stóp. To z kolei mogłoby przyciągnąć zagranicznych kapitał, który po części powinien trafiać także do nas.

Choć od dłuższego czasu analitycy zwiastują głębszą korektę, to jak na razie indeksy nie tracą więcej niż 5-7 proc. Czy jest pan zaskoczony tą stabilnością trendu?

Muszę z przykrością przyznać, że przy 2100 pkt. na WIG20 zapowiadałem głębszą korektę. Byłem wówczas przekonany, że rynek jest przegrzany. Tymczasem indeks kolejno pokonuje okrągłe poziomy, od 1800 pkt., przez 2000 pkt., a w piątek podszedł już do 2300 pkt. Dobrze, że dziś rozmawiamy, bo akurat wypadają trzy wiedźmy. Jedna z teorii mówi, że długie pozycje często utrzymywane są do momentu zmiany serii na kontraktach terminowych, więc może to być jakiś rodzaj testu dla naszego rynku. Na razie jednak mamy klasyczną hossę. Indeksy rosną po kilkadziesiąt procent w ciągu kilku miesięcy, więc nie ma co narzekać. Jak mówi żartobliwe powiedzenie – jeśli coś ma cztery nogi i szczeka, to jest psem. Skoro notujemy silne zwyżki, to mamy hossę.

A czy to co dzieje się na Wall Street to wciąż hossa, czy już bańka spekulacyjna?

Wyceny za oceanem są wygórowane i wydaje mi się, że potencjał do pozytywnego zaskoczenia i znacznie mniejszy niż do negatywnego. Warto zwrócić uwagę, że jeżeli dane z amerykańskiego rynku pracy będą się poprawiać do sierpnia, to będzie 87 miesięcy z rzędu takiej poprawy. Będzie to wyrównanie historycznego rekordu sprzed kilkudziesięciu lat. Kiedy można powiedzieć, że jakiś trend jest zaawansowany? Są dwie miary. Pierwsza – czasowa, a więc te 87 miesięcy potwierdza zaawansowanie hossy. A druga to skala wzrostów, która na Wall Street jest znacząca. Ja osobiście lepiej się czuje na niższych poziomach – gdy wskaźniki są mniej wykupione, a mnożniki mniejsze. Trzeba jednak przyznać, że na razie nie został jeszcze osiągnięty punkt krytyczny i fakty nie są jeszcze sprzedawane.

Standardowo poprosiłem pana przed programem o propozycję kilku ciekawych spółek, potencjalnych kandydatów do portfela. Wskazał pan trzy firmy. Pierwsza to LPP. Dlaczego warto stawiać na odzieżowego giganta?

Zwróciłbym uwagę, że LPP miała dobre wyniki za IV kwartał 2016 r., przynajmniej jeśli chodzi o cashflow operacyjny i poziom długu netto. Ponadto w krótkim terminie istotne jest to, że sprzedaż w marcu była na relatywnie niskim poziomie, co daje dobrą bazę pod odbicie. W dłuższym terminie natomiast wiele zależeć będzie od siły dolara, która wpływa na marżę brutto.

Na wykresie LPP można dostrzec odwróconą głowę ramionami, z potencjałem wzrostu nawet do 10 000 zł. Czy to realny zasięg do końca roku?

Patrząc technicznie to poziom docelowy ustawiłbym w okolicy 7800 zł.

Druga propozycja to Gino Rossi. Spółka jest w tym roku wyraźnie słabsze od indeksu szerokiego rynku. Czy to może się zmienić w najbliższym czasie?

Moim zdaniem ta słabość to dobry znak. Kurs oscyluje przy 2 zł i mimo gorszych danych cena nie pogłębia dołków. To sugeruje, że dno zaczęło się krystalizować, co daje bazę pod odbicie notowań. Jeśli nie pojawią się mocne, negatywne dane ze spółki, to oczekiwałbym wzrostu kursu.

Ostatnia propozycja do Skarbiec Holding. Dlaczego warto mieć tę firmę w portfelu?

To jest ekspozycja na poprawę sentymentu do rynku kapitałowego i napływy do TFI. Spółka jest wyceniana poniżej 10 (C/Z), a stopa dywidendy jest powyżej 10 proc., a więc solidna. Jeśli pieniądze będą płynąć do funduszu, to efektem tego powinny być zwyżki cen akcji Skarbca.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA