fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Czy w filmie "Vabank" Machulski naprawdę grał na trąbce

Jako Henryk Kwinto w komedii "Vabank"
SF Kadr/Filmoteka Narodowa
Wielu kinomanom i telewidzom kojarzył się z rolą genialnego kasiarza Kwinty z dwóch części "Vabanku" reżyserowanego przez syna, Juliusza. Przez lata był gwiazdą scen w Olsztynie, Lublinie i Łodzi, jednym z najsłynniejszych powojennych amantów. Jego popisową rolą był Przełęcki w "Uciekła mi przepióreczka". Wychowawca takich aktorskich sław, jak Cezary Pazura czy Wojciech Malajkat.

Przypominamy wywiad z 2003 roku.

Rz: Tomasz Stańko powiedział, że lubi Kwintę za to, że wywoływał w sobie stan czystej przyjemności. Grał pan na trąbce w "Vabanku" czy tylko udawał?

Jan Machulski: Stańko pytał mnie o to samo. I powiedział, że fajnie gram. To była dla mnie wielka satysfakcja. A widzowie pytali, dlaczego dano mi do towarzystwa w scenach koncertowych statystów, a nie zawodowych trębaczy. Musiałem tłumaczyć, że to ja byłem statystą, a oni prawdziwymi artystami.

Grał pan na trąbce przed "Vabankiem"?

Nie, ale na przełomie lat 40. i 50. występowałem przez 7 lat w jazzowym zespole. Byłem perkusistą i akordeonistą. Widziałem, jak się gra na saksie barytonowym i trąbce. Ściągaliśmy nowe melodie z Zachodu i robiliśmy furorę, wykonując bee-bop na zabawach, weselach, w remizach strażackich. Po sobocie i niedzieli potrafiłem przynieść do domu 400 złotych. To był sposób na życie, bo w domu piszczała bida. Ojciec był murarzem, matka tkaczką.

Po mamie odziedziczył pan poczucie rytmu?

W czasie wojny było w domu sporo płyt, w tym wiele nagrań Fogga. Słuchałem ich na gramofonie z tubą. Ojciec śpiewał, a mama wieczorami grała na mandolinie. Teraz przypominam sobie, że dziadek ze strony mamy sam zrobił skrzypce. Pamiętam stare łódzkie podwórze na Franciszkańskiej, pamiętał, jak grał.

Zawsze był pan amantem, a perkusiści też cieszą się niezwykłym powodzeniem wśród kobiet.

To prawda. Miarą popularności była liczba papierosów rzucanych mi do bębna. Kiedy ojciec rozkręcił jeden z nich, znalazł 200 sztuk. Będąc perkusistą uczyłem się aktorstwa. Obserwowałem z podestu pary, dziewczynę z chłopakiem, analizowałem, czy się lubią, czy to pierwsze spotkanie, czy już wyszli z sali, całowali się czy może coś więcej... Było fajnie czy nie? Czytałem z ich zachowania, robiłem analizę psychologiczną. To mnie rajcowało. Kiedy dziewczyna zostawała sama, schodziłem na parkiet, tańczyłem z nią, dowiadywałem się, co się stało. Patrzyłem na miłość. Jak ludzie są coraz bliżej siebie, tulą się, są razem, rozstają. Na weselach - tam się działo! Stosunki rodzinne, zdejmowanie wianka, młodożeńcy wyszli, wrócili, ona płacze, coś jest nie tak. To była książka do nauki aktorstwa. Bywały też sytuacje zabawne. Podchodzi zawiany gość i prosi o "Tango cipa". Pytamy, o co chodzi. "Cipamiętasz tę noc w Zakopanem!". I graliśmy. Trudno było przeżyć, bo przychodzili się też napić. I tak przez dwie noce.

Często pan schodził z estrady, żeby wyrwać dziewczynę?

Często nie, bo nie było za wiele wspaniałych dziewcząt! Częściej chciałem dowiedzieć się czegoś o nich, bo od początku chciałem być aktorem. Chodziłem co niedziela do kina Wars na bałuckim rynku. Przez cały tydzień nie jeździłem tramwajem, zasuwałem piechotą i tak oszczędzałem 25 groszy na filmowy seans. Podziwiałem na ekranie Tarzana granego przez Weissmüllera, Douglasa Fairbanksa. Chciałem być taki jak oni. Fruwać na linach. Takie urządzaliśmy na podwórku zabawy. Gdy mój syn Julek był malutki, z nim również bywałem w kinie co niedziela na amerykańskich filmach akcji. Miał 12 lat, kiedy powiedział, że będzie reżyserem.

Chodził pan na filmy w czasie wojny, kiedy mówiło się, że "tylko świnie siedzą w kinie"?

Tego nie słyszałem, byłem dzieckiem. Pamiętam tylko napisy "Nur für Deutsche" i że bardzo chciałem pójść na film. Udawało mi się przemknąć koło bileterów i to było podniecające. Pamiętam "Zdobywców szczytu" według Karola Maya. Przepracowałem całą okupację w warsztacie samochodowym z młodym Niemcem, który nie znał słowa po polsku. Nauczyłem się niemieckiego. Gadaliśmy jak cholera.

Kiedy zdecydował się pan zostać aktorem?

Po maturze przychodził do mojej szkoły sierżant i grożąc paluszkiem mówił: "Nie myślcie sobie, że pójdziecie na wyższe studia. Pójdziecie do wojska. O, czerwony Olek!". Takie miał powiedzonko. W czasie egzaminu na politechnikę traktowano mnie jak swojego człowieka o robotniczym pochodzeniu, do czasu gdy siedzący w komisji ubowiec nie powiedział, że mój dziadek był komisarzem granatowej policji. Czekało na mnie wojo. Ruszyłem więc z papierami do szkoły muzycznej, ale zanim doszedłem na pierwsze piętro, gdzie miała siedzibę, trafiłem na parterze do szkoły teatralnej. Złożyłem podanie i zdałem. Ale do wojska wzywali mnie jeszcze w 1958 r., kiedy na łodzi podwodnej kręciłem film "Orzeł". Do komisji wojskowej pojechałem z kierownikiem produkcji. Użył argumentu, że państwo wyłożyło na produkcję 2 mln zł. Poskutkowało. Wojsko odsłużyłem też jako pilot w "Historii jednego myśliwca" i w "Daleka jest droga", obrazie o dywizji Maczka. Mundur założyłem ponownie w "Rzeczpospolitej babskiej", a w "Albumie polskim" zdobywałem Odrę.

Ciągnęło pana nad Bałtyk jako łodzianina?

Nie bardzo. W "Ostatnim dniu lata", w scenie, w której się topię, miała mnie ratować Irena Laskowska. Ale nie umiała pływać i choć grałem tonącego, to ja ją musiałem ratować! Strasznie mnie wtedy podrapała. Było też diabelnie zimno. Ekipa owinęła mnie kocami i wlała sporo spirytusu. Potem lubiłem już tylko ciepłe morza.

Grał pan głównie pozytywnych bohaterów, a jak się pan czuł w roli Mefista?

To był dla mnie kąsek, rola odmienna od innych. Byłem Mefistem bez charakteryzacji, mądrym, wiedzącym, jak dotrzeć do ludzkiej duszy. Pelerynę miałem podbitą cyrografami. Króla Lira zagrałem jak aktora zepsutego przez popularność, któremu uwielbienia brakuje jak narkotyku, dlatego szuka emocji. Scena z córkami miała być wielkim show. Jakiegoś głupeczka z żółtymi papierami też bym chętnie zagrał. Miałem sporo vis comica, ale nie mogłem jej wykorzystać. Nie było propozycji. Wyjątkiem był "Sublokator".

Czy aktor nie może żyć na żółtych papierach?

Pierwszy w rodzinie był mój ojciec. Zwolniono go z robót w Niemczech, gdy zaczął udawać padaczkę. Przekłuwał język szpilką, żeby mieć w ustach czerwoną pianę, i naśladował drgawki. Musiał mieć aktorskie zdolności. Wrócił do nas z żółtymi papierami. Ja bywałem najpopularniejszym człowiekiem w Olsztynie i w Lublinie. Mogłem zatrzymać cały ruch na ulicy. Ale nie robiłem tego. Nawet teraz policjanci są dla mnie sympatyczni. Zatrzymali mnie, kiedy jechałem przez Łódź 110 na godzinę. W poprzedni wieczór grałem w telewizji Rydza-Śmigłego i usłyszałem: "Od Naczelnego Wodza nie bierzemy". Mówią: "Ucho od śledzia, kiedy zrobicie trzeci 'Vabank'?" i puszczają po wygłoszeniu formułki "Karcę pana spojrzeniem".

Słyszałem, że łódzcy taksówkarze wożą pana za darmo.

Kiedy wyjmuję portfel, mówią: "No co pan, zrobimy jakiś bank i wtedy mi pan zapłaci".

To co będzie z "Vabankiem 3"?

Musi przyjść do nas bankier albo sponsor, położyć 4 miliony na stół i powiedzieć: "Panowie, zróbcie mi 'Vabank 3'". Tak na wszelki wypadek mamy kilka pomysłów, Julek zawsze ma ze dwa scenariusze w odwodzie, bo czasy i gusty zmieniają się, nie wiadomo, co może się spodobać, a ryzykować nie warto. Opowiem jedną z wersji. Rzecz dzieje się podczas okupacji. Kramer jest volksdeutschem, Niemcy przechowują w jego banku ogromną kasę. Duńczyk organizuje oddział, potrzebuje pieniędzy na powstanie i namawia Kwintę, który został w Szwajcarii, żeby wrócił do kraju...

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA