fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Pewnego razu w listopadzie", porażający obraz Polski

Agata Kulesza w „Pewnego razu w listopadzie”
kino
Niepokojący, wręcz porażający obraz Polski w filmie Andrzeja Jakimowskiego „Pewnego razu w listopadzie".

Ten film, który od piątku wchodzi do kin, nie ma precyzyjnego scenariusza. Niewiele wiemy o jego bohaterach. Kobieta była kiedyś nauczycielką, teraz jest bezrobotna. Dlaczego straciła pracę? Jest też bezdomna. Została eksmitowana ze swojego mieszkania. Zżarł ją kredyt? Ktoś przejął kamienicę i podniósł czynsz tak, że nie dała rady go płacić?

Ona i jej syn Mareczek nie mają się gdzie podziać. Chłopak studiuje prawo, dorabia w zakładzie samochodowym, ma dziewczynę, której ojciec pozwala mu nocować w swoim garażu. Kobieta szuka miejsca w noclegowniach, w schronisku prowadzonym przez siostry zakonne, w squacie. Nie jest jej łatwo, bo przyplątał się do niej kundelek, a wszędzie obowiązuje zakaz przyjmowania zwierząt.

Tyle o nich wiadomo. Ze strzępów rozmów wynika jeszcze, że bohaterka pochodzi z warszawskiej rodziny o powstańczych tradycjach. Że miała rentę, a syn dostawał stypendium. I że komornik wszedł na jej konto. Dużo tu znaków zapytania. Dlaczego bezdomna inteligentka tak łatwo godzi się na zepchnięcie na margines? Dlaczego przyjmuje los z tak spokojną rezygnacją? Skąd bierze się jej życiowa bierność? I dlaczego wtedy, gdy syn stara się jej pomóc, nie próbuje mu wyjść naprzeciw?

Fabularna opowieść się rwie, ale to, co raziłoby u innych reżyserów, u Andrzeja Jakimowskiego nie przeszkadza. „Pewnego razu w listopadzie" nie jest bardzo odległe od stylistyki jego poprzednich filmów: „Zmruż oczy", „Sztuczki", „Imagine". To obraz realistyczny, a jednocześnie mający pewien rodzaj magii. Tyle że tym razem Jakimowski opowiada przede wszystkim o Polsce.

Realizm uderza widza jak obuchem. Reżyser pokazuje nieprzyjazny, bezwzględny świat. W dawnym domu kobiety dochodzi do następnych eksmisji. Bohaterowie obijają się o bezduszną biurokrację. O urzędniczkę, która okazuje poczucie wyższości. O policjantów wykorzystujących swoją władzę i siłę. Nawet o zakonnice, które prowadzą schronisko dla kobiet, ale nie wiedząc, czym jest miłość, nie są w stanie zrezygnować z rygorystycznych wymogów regulaminu.

A przez warszawskie ulice przechodzi Marsz Niepodległości organizowany przez Młodzież Wszechpolską i ugrupowania nacjonalistyczne. Zakapturzeni faceci w kominiarkach naciągniętych na twarze atakują squat zamieszkany przez bezdomnych.

Kamera obserwuje dresiarzy, pseudokibiców, ale i tych, którzy jak sąsiad Mareczka w solidarności opartej na sile, nienawiści i narodowych hasłach próbują odbudować swoje nadwątlone poczucie wartości. Ta część filmu jest niemal dokumentem. Jakimowski zarejestrował pochód, który przeszedł ulicami Warszawy 11 listopada 2013 roku. I prawdziwą walkę, jaka miała miejsce pod squatem bezdomnych.

A magia? To charyzma Agaty Kuleszy, która bez krzyku i płaczu potrafi pokazać dramat kobiety wyrzuconej przecież nie tylko z własnego domu, ale i z własnego życia. Magia to również przywiązanie bezdomnego człowieka do bezdomnego kundla. To miłość syna do matki i potworna bezradność słabych.

Nie we wszystko w tym filmie wierzę. Fałszywa nuta wkradła się w opowieść o relacji Marka, jego dziewczyny i jej rodziny. Nie rozumiem też całkowitej bierności bohaterki. Ale jednocześnie ten film poraża. Jakimowski zawsze stawał po stronie tych, którzy nie dają sobie rady z życiem. I teraz mierząc się ze współczesną Polską, zrobił film „niewygodny", niepokojący. Jakby chciał nas obudzić.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA