fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Festiwal w Wenecji. Kino wreszcie wróciło

Frances McDorman w nagrodzonym Złotym Lwem filmie „Nomadland”
Mat. Pras.
„Nomadland” Chloé Zhao zwyciężył w 77. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Sukcesem było to, że wenecka impreza odbyła się bez perturbacji.

Korespondencja z Wenecji

To, że Złotego Lwa przewodnicząca jury Cate Blanchett wręczyła Chloé Zhao, nie było niespodzianką, gdyż właśnie o „Nomadland” najwięcej mówiono jeszcze przed festiwalem. Ten osobliwy, intymny, niemal dokumentalny film drogi jest opowieścią o współczesnej Ameryce trawionej przez brutalny kapitalizm.

To za jego sprawą tacy bohaterowie jak 60-letnia Fern pozostają poza głównym nurtem społeczeństwa. Przemieszczają się z miejsca na miejsce, mieszkają w vanach, imają się dorywczych prac, by zarobić na podstawowe potrzeby. Współcześni nomadzi, którzy przewartościowali swoje życie i próbują dopasować się do otaczającej ich rzeczywistości.

W projekt, będący adaptacją książki Jessiki Bruder, wcześniej od Zhao, w charakterze producentki, zaangażowana była Frances McDormand. Wciela się też w postać Fern, tworząc jedną z najbardziej wyrazistych kreacji w swojej bogatej karierze.

Nagroda aktorska trafiła jednak do Vanessy Kirby za rolę w „Cząstkach kobiety” Kornela Mundruczó, którego scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej wystawianej przez reżysera w warszawskim TR. Aktorski laur powędrował także do Pierfrancesco Favino za rolę w „Padrenostro” Claudio Noce, za najlepszego reżysera uznano Kiyoshiego Kurosawę („Wife of a Spy”), a Wielka Nagroda Jury trafiła w ręce Michela Franco za „New Order”.

Mała rewolucja

„Niech żyje Wenecja! Kino, kino, kino!” – krzyczała ze sceny podczas uroczystego otwarcia rozemocjonowana Tilda Swinton, laureatka honorowego Złotego Lwa za całokształt twórczości. Była jedną z kobiecych bohaterek festiwalu. Bo jeżeli pandemia i doświadczenie lockdownu zmieniły coś na plus w branży filmowej, a papierkiem lakmusowym miałby być tegoroczny festiwal w Wenecji, to właśnie w tej materii: osiem z osiemnastu filmów, które rywalizowały o Złotego Lwa, nakręciły kobiety.

To mała rewolucja. Kobiecy głos często był marginalizowany, a obecność sygnowanych przez reżyserki filmów w konkursach największych festiwali należała do rzadkości. Być może Wenecja będzie w tej kwestii nowym rozdaniem, zwłaszcza że zobaczyliśmy mocne, wyraziste, intrygujące głosy. Wśród nich Małgorzaty Szumowskiej, która pokazała w konkursie zrealizowany z Michałem Englertem film „Śniegu już nigdy nie będzie”. Finalnie nie znalazł on uznania w oczach jurorów, zebrał entuzjastyczne recenzje prasy zagranicznej, co może być dobrym prognostykiem przed walką o oscarową nominację.

Bez wątpienia największym sukcesem festiwalu w Wenecji jest sam fakt, że 77. edycja odbyła się w formule, do której przez lata przywykliśmy. Kilka ważnych tegorocznych filmowych wydarzeń – w Cannes czy Karlowych Warach – przeceiż odwołano.

Dyrektor weneckiego festiwalu Alberto Barbera od początku przekonywał, że nie wyobraża sobie, by najstarsza impreza filmowa na świecie miała się odbyć wyłącznie w świecie wirtualnym. Zaryzykowano, organizując tym samym w pełni „fizyczne” kilkunastodniowe wydarzenie.

Ze świecą szukać osoby, która jadąc na Lido, nie miała wątpliwości, czy to aby na pewno właściwa decyzja, a nie efektowna szarża, która może nie mieć happy endu. Niepewność stopniowo ustępowała, widząc, z jaką powagą i stanowczością potraktowano tu sanitarny reżim. Rygorystyczne podejście do noszenia maseczek, dłuższe kontrole osobiste i częste pomiary temperatury, zachowanie dystansu w salach kinowych, wypełnionych co najwyżej w połowie – tak wyglądał tegoroczny krajobraz weneckiego festiwalu.

Ryzyko się opłaciło

„Ludzka natura ma to do siebie, że bardzo szybko potrafimy zaadaptować się do okoliczności” – przekonywała francuska aktorka Stacy Martin, która przyjechała z konkursowym „Lovers” w reżyserii Nicole Garcii. Tak było w istocie. Drobne utrudnienia w żaden sposób nie przesłoniły ogromnego entuzjazmu, jaki dało się wyczuć na każdym kroku.

Twórcy, z którymi miałem okazję porozmawiać, przekonywali, jak bardzo stęsknili się za festiwalową rzeczywistością, możliwością skonfrontowania swoich filmów z publicznością czy zwykłą rozmową w większym gronie. Covid-19 odcisnął piętno na festiwalu, co znalazło odzwierciedlenie w festiwalowej selekcji, a w efekcie znacznie uboższym w gwiazdy niż zazwyczaj czerwonym dywanie.

Ale też Wenecja uchodzi za miejsce, gdzie dla dużych graczy rozpoczyna się oscarowa kampania. Oprócz „Nomadland” próżno było jednak szukać głośnych amerykańskich tytułów czy produkcji streamingowego giganta. Ucierpiała też frekwencja. Wydano 5 tysięcy akredytacji, w ubiegłym o 7 tysięcy więcej. Sprzedano 20 tysięcy biletów przy 42 tysiącach w 2019 roku. Liczby zeszły jednak na dalszy plan. Festiwal w Wenecji okazał się ważnym i symbolicznym gestem jednoczącym całą branżę filmową, która w ostatnich miesiącach pogrążała się w apatii.

– Gratuluję Wenecji odwagi – powiedział odbierający nagrodę specjalną jury Andriej Konczałowski. Z Lido płynie jasny komunikat: kino, za którym tak tęskniliśmy, wreszcie wróciło!

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA