fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Portugalia, Szeherezada i walka klas. "Tysiąc i jedna noc" w kinach

Nowe
Do kin wchodzi ostatnia część trylogii Miguela Gomesa „Tysiąc i jedna noc” – niezwykłej opowieści o kryzysie w Portugalii.

To szczególny eksperyment, który trudno opisać jednym zdaniem. Reżyser podejmuje karkołomną próbę opowiedzenia skomplikowanych losów swojego kraju i jego mieszkańców, luźno opierając się na strukturze tytułowych baśni. „Opowiadamy, by przetrwać”, mówi w jednej z części trylogii Szeherezada, z czym najwyraźniej zgodzili się rodacy Gomesa, skoro wystawili jego film w wyścigu o Oscara.

Każda część trylogii jest inna, dlatego wymagają krótkiego omówienia. Punktem wyjścia pierwszej, zatytułowanej „Niespokojny”, jest upadek stoczni w Viana de Castelo. Dawne imperium żeglarskie, teraz zubożałe. Reżyser chciałby nakręcić baśń, ale jak to zrobić, gdy kryzys rujnuje jego kraj? A Gomes nie potrafi zrezygnować z marzeń. Gdy uświadamia sobie nieuchronność klęski projektu, ucieka. Kiedy znajdują go rozwścieczeni filmowcy, opowiada im – niczym Szeherezada próbująca udobruchać okrutnego sułtana - nieprawdopodobne historie. Niektóre wydarzyły się naprawdę, inne mieszają się z fikcją.

Jedną z nich jest brawurowa, rubaszna fantazja o spotkaniu przedstawicieli Troiki z władzami Portugalii. Związkowiec Luis (Adriano Luz) wraz z nieodpowiedzialnymi politykami stara się obronić rodaków przed  finansistami narzucającymi politykę oszczędności. Gdy pewien mag oferuje sfrustrowanym elitom lek na dręczące ich problemy, prowadzi to do kłopotów, za które zapłaci portugalskie społeczeństwo.

Kolejny epizod, podobnie absurdalny jak poprzedni, opowiada o głośnym kogucie irytującym mieszkańców miasteczka Resende. Błahostka staje się poważnym problemem, na którym cyniczni samorządowcy starają się zbić polityczny kapitał.

W paradokumentalnym zakończeniu „Niespokojnego” filmowcy oddają głos zwolnionym stoczniowcom, pogrążonym w depresji. Jeden z nich, polemizując z ludźmi nazywającymi ich leniami, mówi: „Łatwiej jest chodzić na plażę, kiedy się pracuje. Bezrobotny i smutny nie chodzi na nią niezależnie od pogody”.

Druga, najbardziej udana część - „Opuszczony” - zaczyna się jak osobliwy western. Śledzimy historię mordercy, który dzięki swojemu sprytowi długo ukrywa się przed policją. Człowiek wyprowadzający w pole opresyjne państwo zostaje – paradoksalnie – lokalnym bohaterem, co wiele mówi o nastrojach panujących w Portugalii. W „Opuszczonym” znajduje się także najlepszy epizod całej trylogii. „Łzy sędzi” to pełna absurdu i groteski opowieść o pozornie prostej sprawie, której zawiłość przerasta doświadczoną orzekającą. Pełna błyskotliwych metafor nowelka bawi, ukazując jednocześnie z oryginalnej perspektywy największe problemy współczesnej Europy.

W ostatnim epizodzie Gomes powraca na ziemię, opowiadając o ludziach mających uroczego pieska Dixie. Zwierzę krąży wśród właścicieli pewnego bloku, którzy z różnych powodów nie mogą sobie pozwolić na jego utrzymanie. Wzniosła, optymistyczna narracja, mogąca się kojarzyć ze słynną „Amelią” Jeuneta, kontrastuje z szarą prozą życia bijącą z ekranu. Gomes stara się zachować optymizm, przypominając o sile przyjaźni i sąsiedzkiej solidarności w świecie zamieszkanym przez biednych, osamotnionych ludzi.

Zakończenie trylogii, „Oczarowany”, traci impet poprzedniej części, choć nie zwiastuje tego baśniowy początek, którego bohaterką jest Szeherezada (Cristina Alfaiate). Arabska księżniczka, podobnie jak Gomes, ucieka, by jeszcze raz przekonać się, jak ważne są jej opowieści. Reżyser przypomina w ten sposób o terapeutycznej roli sztuki, co widz odczuwa na własnej skórze – ten epizod jest wyjątkowo beztroski i musicalowy.

Finał niestety rozczarowuje. Historia mężczyzn przygotowujących swoje zwierzęta do konkursu na najpiękniej śpiewającego ptaka jest zdecydowanie za długa i nudna.

Na szczęście nawet mniej udane epizody ratuje operator Sayombhu Mukdeeprom. Jego zdjęcia są piękne, zwłaszcza w epizodach pustynnych, kiedy w pełnym słońcu barwy rozmywają się jak na obrazach impresjonistów.

Miguel Gomes świetnie łączy pozornie niepasujące do siebie elementy fabuły i stylistyki, zachowując przy tym spójność i nie gubiąc sensu. Nic dziwnego – reżyser to erudyta i były krytyk filmowy, co upodabnia go do twórców francuskiej Nowej Fali. Łączy go z nimi także odwaga. Portugalczyk nie uznaje kompromisów, treść musi się nierozerwalnie łączyć z formą. Kiedy ma być dosadnie, jest wulgarnie, jeśli seks, to nagość, a historia o uciekinierze dłuży się, jak jego samotne dni. Przez to niektóre epizody, na czele z ostatnim, mogą widzów niecierpliwić, inne irytować.

A warto dla trylogii Gomesa zaryzykować spotkanie z kinem specyficznym, ale bez wątpienia wyjątkowym. Nieczęsto o przeciętnych ludziach, starających się wiązać koniec z końcem, opowiada się w tak magicznie przyciągający sposób. Nawet jeśli z lewicową wykładnią reżysera widzowi nie jest po drodze, „Tysiąc i jedna noc” to prawdziwa uczta kinomana!

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA