fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dopalacze

„Z »Mocarzem« chemicy dali ciała”

Oficjalne sklepy z dopalaczami (jak ten z Lublina otwarty w 2008 r.) to już przeszłość. Cóż z tego, skoro niebezpiecznymi preparatami handluje się w najlepsze pod szyldem innych placówek
Dziennik Wschodni/Jacek Świerczynski
Za rynkiem dopalaczy stoi jeden człowiek, a wszystko działa jak sieć handlowa wielkiej firmy – opowiada diler.

Katowicki sąd nie zgodził się w środę na areszt dla 20-latka z Katowic, którego policja podejrzewa o handel dopalaczami na dużą skalę. Dozorem policyjnym objęto jego matkę oraz przyszłego szwagra, którzy również handlowali syntetycznym narkotykiem o nazwie „Mocarz" – w ostatnich pięciu dniach do śląskich szpitali zgłosiło się po jego zażyciu ponad 300 osób.

Minister sprawiedliwości Borys Budka zażądał wyjaśnień od sądu, prokuratura zapowiada zażalenie. Sąd tłumaczy, że zgodnie z nowymi przepisami kodeksu postępowania karnego obawa matactwa nie jest wystarczająca, aby zastosować tymczasowe aresztowanie.

– Areszt byłby uzasadniony – mówi „Rzeczpospolitej" prok. Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Katowicach. – Choć obecnie brakuje dowodów na udział tych osób w grupie przestępczej – przyznaje.

W mieszkaniu owej trójki znaleziono 101 g dopalaczy – ilość ta wystarczyłaby na 400 działek. Według prokuratury 20-letni Maciej K. sprzedał towar co najmniej dziewięciu osobom, które trafiły do szpitala.

Inaczej niż katowicki postąpił sąd w Bytomiu, który aresztował na trzy miesiące troje sprzedawców dopalaczy – wspólnie mieszkających teściową i zięcia oraz ich sąsiadkę. – Ciąży na nich zarzut zbrodni, gdyż sprzedali środki niedozwolone osobom małoletnim, za co grozi do 15 lat więzienia – mówi Karina Kamińska-Synowiec, wiceszefowa bytomskiej prokuratury.

„Rzeczpospolita" dotarła do jednego z dilerów dopalaczy. W rozmowie kreśli on obraz bezkarności handlarzy i niemocy państwa w walce z nimi.

Rz: Policja nazywa 20-latka z Katowic, którego zatrzymała w tym tygodniu, głównym handlarzem dopalaczy.

Sprzedawca dopalaczy chciał pozostać anonimowy: Przecież to płotka. Policja nic nie wie, tylko się ośmiesza.

To kto jest głównym graczem?

Król dopalaczy jest jeden, było o nim głośno w 2010 r. i on tym rynkiem kręci. Ale jest dobrze ukryty, sieć pracuje na niego jak świetnie zorganizowana firma. Z mojego rozeznania wynika, że ma pod sobą co najmniej 150 sklepów pod przykrywką.

Jak to działa?

Przez firmy słupy, których właściciele prowadzą oficjalną działalność gospodarczą. Pod adresem legalnie prowadzonego sklepu z liquidami (wkłady do papierosów elektronicznych – red.) czy takiego z badziewiem typu „wszystko za 4 złote" zostaje zarejestrowanych kilka słupów. W sklepie, w którym ja sprzedaję, są trzy firmy. Co trzy, cztery miesiące likwidujemy je, potem zakładamy inne.

ZUS, opłaty za miejsce płaci szef, firma z zewnątrz, organizator – nie my. Nasze ryzyko to odpowiedzialność za ewentualną wpadkę. Pozwala to sparaliżować system: urzędników, sanepid, który pojawia się z kontrolą. Zanim oni zadziałają, nas już nie ma.

Państwo nie działa i to mnie wkurza. Nie ci, co kupują. Są dorośli, wiedzą, co robią, ich sprawa.

Król opanował rynek w Polsce, nie ma konkurencji. Jeśli ktoś chciałby to robić poza nim, nie ma szans. Znam jedną taką osobę – musiała się wycofać, bo usłyszała groźby.

Jak jest zorganizowane całe przedsięwzięcie?

To działa jak wielka sieć dużej firmy. Sklepami, czyli nami, zarządzają przedstawiciele handlowi i regionalni – oni przywożą wytyczne od szefa. Na przykład jeszcze dwa miesiące temu ze sprzedaży dopalaczy mogliśmy nabijać na kasę fiskalną do 150 zł dziennie, niedawno podnieśli limit do 350 zł. Jak sprzedawaliśmy za więcej, niż wynosi ten limit, to nic nie nabijaliśmy, sprzedawaliśmy poza systemem, na czarno.

Proszę spojrzeć na te kwity: od piątku, to jest 12 czerwca 2015 r., do niedzieli, 14 czerwca, utarg wyniósł 6240 zł, paragon dobowy to 200 zł.

Ile pan potrafił wyciągnąć?

Miałem soboty, że i 3,5 tys. zł. Wie pani, kiedy mamy największy utarg?

W weekendy, wakacje?

Nie. Po wypłacie, po 10. Spadki w utargu były pod koniec miesiąca, zawsze kupują towar stali klienci, z czego 90 proc. to tzw. dresy, dużo byłych więźniów, średnia jakieś dwadzieścia parę lat.

Nie dzielę ludzi na lepszych czy gorszych, ale tak jest. Łyse głowy, kaptury – to oni są klientami dopalaczy, studenta nigdy nie widziałem w moim sklepie.

Odgórnie jest od przedstawicieli regionalnych zakaz sprzedaży małolatom, choć wiadomo, że potrafią to obejść.

Jak wyglądała sprzedaż u pana w sklepie?

Pracowałem pod tym samym adresem co sklep z liquidami. Przychodziłem na kilka godzin, dwa, trzy dni w tygodniu. Oficjalnie zarabiałem 15 zł na godzinę. Nikt nie przychodził kupować tych liquidów, a ja miałem śmieszne rzeczy wpisane w działalność, nawet nie potrafię wymienić. Dorabiałem sobie dopalaczami do pensji, bo normalnie pracuję i studiuję. Pomyślałem, że jak nie ja, to i tak weźmie to ktoś inny. Nie mam obiekcji. Dorośli ludzie robią, co chcą.

Nikt was nie kontroluje? Nie wierzę.

Wie pani, co miesiąc odwiedza nas sanepid. Wcześniej wiemy, że się pojawi, więc jesteśmy przygotowani. Na początku sanepid pojawiał się w asyście policji, zresztą od przedstawicieli handlowych wiemy kiedy się zjawi. Wtedy miałem prikaz przyjść później. Więc sanepid sprawdzał tylko oficjalną sprzedaż liquidów.

A towar gdzie był?

Cały czas w sklepie, w skrzynce elektrycznej, która nie jest oczywiście skrzynką, w niej trzymamy towar, bo tam nikt nie zagląda. Bywało, że coś znaleźli, kilka gramów suszu albo kryształków. Brali do badania, postępowanie wdrażali, w tym czasie firma była likwidowana, działalność przerzucało się na drugą – tak to działa.

Zresztą jak tylko jakiś skład wchodził na listę zakazaną, to była wymiana towaru – nowe nazwy, lekko zmieniony skład, chemicy cały czas sprawdzają, co jest dozwolone, a co nie, to zabawa w kotka i myszkę.

Skarbówka nie przychodziła z kontrolami?

Ani razu. Przedstawiciel handlowy nam powiedział, że nigdy do nas nie przyjdzie, że nie mamy czego się obawiać. A gdyby przyszli bez zapowiedzi i sprawdzili, co mamy w kasie, a co w paragonach, to doznaliby szoku. W tym biznesie bokiem wypływają dziesiątki milionów złotych – nikt nad tym nie panuje, nie kontroluje, nie ogarnia.

Sprzedawał pan „Mocarza"?

U nas to działa pod inną handlową nazwą, ale to ten sam środek, ten sam skład. Chemicy cały czas pracują nad zmianą składu, tak by środek nie wchodził na listę zakazaną. Sprzedajemy „produkty kolekcjonerskie", czyli susz i kryształki, które mają nazwy owocowe, np. cherry czy truskawka. Susz do palenia to trociny zabarwione na zielono z syntetycznym narkotykiem, mają np. nazwy hinduskich bóstw, a kryształki są do wciągania. Mają podobne działanie do narkotyku mefedronu czy też do nowszego środka o nazwie metafedron.

Kto i gdzie produkuje dopalacze?

Tego nie wiem, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby było to w Polsce. Może przez Azję formalnie przechodzi, ale tylko po to, by zmylić służby.

Skąd ostatnie masowe zatrucia na Śląsku?

Podejrzewam, że chemicy pracujący dla nas dali ciała.

Rynek siadł?

Teraz mamy zakaz sprzedaży. Do odwołania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA