fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Ćwiek: Wirus nie wie o końcu epidemii w Polsce

AFP
Polacy uwierzyli, że epidemia stała się przeszłością. Jednak rozluźnienie zasad bezpieczeństwa może spowodować gwałtowny wzrost zakażeń.

„Koronawirus jest w odwrocie i nie trzeba się bać" – mówił kilka dni temu premier Mateusz Morawiecki podczas spotkań z wyborcami w Tomaszowie Lubelskim i Kraśniku. Przy okazji zachęcał do udziału w wyborach. W podobnym tonie wypowiada się także minister Łukasz Szumowski. Zdaniem szefa resortu zdrowia „pójście na wybory jest bezpieczniejsze, niż na zakupy". A „starsze i schorowane osoby będą bezpieczniejsze w lokalach wyborczych niż na zakupach...".

Te deklaracje i uspokajający ton przedstawicieli rządu pozwalają Polakom uwierzyć, że wszystko wróciło do normy. A wirus, który zmusił ich do pozostania w domu przez kilka tygodni, zamknięcia szkół, rezygnacji ze spacerów, rozrywek i sportu i doprowadził do kryzysu gospodarczego oraz wzrostu bezrobocia, jak się wydaje – nie był zbyt groźny.

Tyle że dane tego nie potwierdzają. Codziennie w komunikatach Ministerstwo Zdrowia informuje o 300–500 nowych zakażonych. Podobnie było np. w kwietniu, więc wielkiej zmiany liczby zachorowań nie ma. W poniedziałek zakażeń było 205. W dodatku testów w ciągu ostatniej doby, podobnie jak w każdą niedzielę, wykonano mniej, bo tylko 16,2 tys. W dni powszednie jest to ok. 20 tys.

Codziennie też pojawiają się informacje o kolejnych zgonach w wyniku powikłań po Covid-19. W poniedziałek poinformowano o śmierci czterech osób. Od 4 marca (wówczas zdiagnozowano w Polsce pierwszy przypadek) do tej pory zachorowało 36 155 osób, a zmarło 1521.

Niepokojące informacje docierają też z zagranicy. Choć najwięcej chorujących jest obecnie poza Europą – w Stanach Zjednoczonych, Brazylii i Indiach, to nasz kontynent nie jest wolny od zarazy. I wirus z pewnością nie odpuszcza, a problemem stają się Bałkany, na które tak ochoczo co roku wybierają się Polacy.

Słowami premiera zdziwieni byli lekarze zakaźnicy, którzy choć przyznają, że latem choroba ma zwykle lżejszy przebieg (pod respiratorami leży obecnie 76 osób), to są przekonani, że do końca epidemii daleko. „To chyba fake news" – skomentował epidemiolog prof. Krzysztof Simon. Również prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, uznał, że „musiało to być przejęzyczenie".

Ale przeciętny Polak aż tak nie analizuje codziennych danych i nie śledzi badań dotyczących zjadliwości wirusa. Dla wielu była to wiarygodna informacja, że można wrócić do dawnych zasad. Był to sygnał, że można już przestać myć ręce, zrezygnować z dystansu czy zasłaniania ust i nosa. W ostatnią sobotę na ulicach Stalowej Woli nie zauważyłam ani jednej osoby w maseczce.

Przy takim rozluźnieniu wciąż pojawiają się nowe ogniska zachorowań – placówki medyczne, fabryki, kościoły czy wesela. W sytuacji, gdy obostrzenia zostały zniesione, tym ważniejsze jest, by przestrzegać zasad bezpieczeństwa. A o tym zbyt często się nie przypomina.

W początkach epidemii Polacy dali się zamknąć w domach. W ten sposób udało się spłaszczyć krzywą wzrostu zachorowań i przygotować na walkę z wirusem. Czy teraz miałoby to wszystko zostać zaprzepaszczone tylko dlatego, że są wybory?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA