fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budżet i Podatki

Jednolity podatek będzie oznaczał podwyżkę dla osób o wyższych dochodach

Bloomberg
Jednolity podatek może oznaczać straty dla 3,7 proc. podatników, czyli 660 tys. osób o wyższych dochodach.

Wprowadzenie tzw. jednolitego podatku oznaczać będzie wzrost obciążeń osób zarabiających powyżej 120 tys. zł rocznie – powiedział w czwartek na antenie radiowej Trójki Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów. Kowalczyk koordynuje prace nad reformą podatkową, scalającą podatek PIT oraz składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne w jedną daninę.

Stratni bogatsi

Jak wyjaśniał minister, po przekroczeniu takich zarobków (ok. 10 tys. zł na miesiąc) w obecnym systemie przestajemy płacić składkę na ZUS od części dochodów. – A to z kolei powoduje, że w tej chwili najbogatsi płacą mniejszy podatek niż ubodzy – mówił Kowalczyk.

Rzeczywiście, przy niskich zarobkach rzędu 2 tys. zł brutto na miesiąc klin podatkowy, czyli łączne obciążanie PIT i składkami na ZUS, wynosi ok. 39 proc. całości kosztów pracy ponoszonych przez pracodawcę. Potem rośnie wraz ze wzrostem dochodów, przekraczając 42 proc. Na poziomie ok. 12 tys. zł następuje jednak odwrócenie trendu i klin zaczyna spadać – przy 30 tys. zł wynagrodzenia ponownie wynosi już 39 proc.

Minister Kowalczyk nie mówi, o ile miałyby wzrosnąć obciążenia tych najlepiej zarabiających, wszystko zależy od tego, jak zostaną ustalone stawki nowej daniny. Ale można łatwo wyliczyć, że jeśli będzie to 45 proc. kosztów pracy, to przy miesięcznych zarobkach 15 tys. zł brutto płaca netto będzie o 620 zł niższa, jeśli zaś np. 50 proc., to o ok. 1500 zł.

Limit jednak zostanie

Konstrukcja nowej daniny – jak podkreślał też w czwartek Paweł Wojciechowski, szef zespołu zajmującego się tą tematyką i główny ekonomista ZUS – nie oznacza, że wynagrodzenia osób lepiej zarabiających zostaną obłożone wyższą składką na ubezpieczenie emerytalno-rentowe, co byłoby kłopotem dla ZUS w przyszłości (bo trzeba by takim osobom wypłacać bardzo wysoką emeryturę). Ograniczenie, zgodnie z którym składki płaci się tylko do wysokości 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia w skali roku, ma pozostać, zwiększy się zaś część podatkowa.

Bogatsi mają płacić więcej – jak podkreślał Kowalczyk, by biedniejsi mogli zapłacić mniej. Nowa danina dla osób o niskich zarobkach ma więc być znacząco niższa niż obecne łączne obciążenia. Może to być nawet o 10 pkt proc. mniej. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Przy wynagrodzeniu brutto 2 tys. zł w kieszeni zostaje nam 1460 zł, po zmianach może być o nieco ponad 250 zł netto więcej. Z kolei osoby zarabiające więcej niż przeciętnie, w przedziale 86–120 tys. zł, na reformie nie powinny ani stracić, ani zyskać. Jak wyliczał minister Kowalczyk, takie osoby „w tej chwili płacą duży podatek i na pewno nie będą płacić więcej".

Nie tylko etatowi

Cała operacja ma być neutralna dla budżetu państwa, a to oznacza, że podatkowe obniżki dla osób o niskich zarobkach sfinansować mają ci zamożniejsi. Problem w tym, że takich zamożniejszych osób pracujących na etacie i płacących pełne składki na ZUS jest naprawdę niewiele. Jak wynika z danych GUS, zarobki powyżej 10 tys. zł brutto na miesiąc osiąga zaledwie 3,7 proc. z 8 mln zatrudnionych, czyli ok. 290 tys. osób. Z kolei dane Ministerstwa Finansów pokazują, że mamy 660 tys. w miarę zamożnych podatników (to liczba podatników w II progu). – Tak czy inaczej, jest to to dosyć wąska grupa. Jeśli koszty reformy miałyby wynosić 20 mld zł, na pewno ci zamożniejsi podatnicy nie byliby w stanie ponieść aż tak dużego obciążenia – podkreśla Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Kwota 20 mld zł to szacowane przez rząd koszty wprowadzenia kwoty wolnej od podatku w wysokości 8 tys. zł, co ma być uwzględnione w nowym systemie. Z kolei minister Kowalczyk mówił o kosztach rzędu 5 mld zł.

Jednolitym podatkiem mają jednak zostać objęte – jak wyliczał Paweł Wojciechowski – wszystkie formy umowy o pracę, a więc także samozatrudnienie, umowy-zlecenia czy umowy o dzieło. I to właśnie znaczna część z 1,3 mln osób, które pracują w takich formach zatrudniania, może być najbardziej stratna.

Przy umowie o dzieło ZUS obecnie nie płaci się wcale, zaś klin podatkowy przy samozatrudnieniu (przy 19-proc. podatku PiT) gwałtownie spada wraz ze wzrostem dochodów. – Obciążenia niskich dochodów z pracy należy obniżać. Bardzo dyskusyjne jest jednak, czy jednocześnie należy podnosić obciążenia wyższych dochodów – dodaje Rafał Antczak z Deloitte Consulting.

Rząd szuka dodatkowych dochodów

Jednolity podatek od dochodów z pracy ma być dla budżetu państwa neutralny. To znaczy, że kasa państwa do nowego systemu nie będzie ani dokładać, ani czerpać korzyści. Nie oznacza to, że rząd nie będzie szukał dodatkowych dochodów z innych źródeł. Już w projekcie budżetu na 2017 r., którym obecnie zajmuje się rząd, przewidziano utrzymanie podwyższonych stawek VAT przez kolejne dwa lata. Jak zwraca uwagę Fundacja Analiz Ekonomicznych CenEA, po raz kolejny (począwszy od 2007 r.) zamrożona została wysokość kwoty wolnej od podatku oraz progi podatkowe (co oznacza brak realizacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października 2015 r.). CenEA wylicza, że mrożenie parametrów systemu PIT w latach 2016–2017 oznacza spadek dochodów gospodarstw domowych o 2,3 mld zł rocznie, a utrzymanie wyższych stawek VAT to bezpośrednie straty wynoszące 4 mld zł rocznie. Negatywne konsekwencje rozwiązań w zakresie PIT i VAT dla najuboższych 10 proc. gospodarstw domowych względem ich dochodów do dyspozycji wyniosą przeciętnie 0,9 proc. Grupą, która na polityce rządu w kwestii PIT i VAT straci najwięcej w wymiarze bezwzględnym, są małżeństwa z dziećmi – przeciętnie około 50 zł miesięcznie.

Opinia

Jarosław Neneman, ekspert podatkowy, były wiceminister finansów

Dyskusja o tym, że należy dokonać redystrybucji dochodów między podatnikami, pokazuje wyraźnie, że PIS doszedł do ściany, jeśli chodzi o możliwości rozdawnictwa z budżetu państwa. Rząd zdaje sobie sprawę, że nie może być wiecznie Świętym Mikołajem, do głosu najwyraźniej dochodzą realia ekonomiczne. Czy sama redystrybucja jest słusznym posunięciem? Nauki ekonomiczne nie dają tu twardych argumentów. Są państwa, gdzie progresja podatkowa, a więc skala redystrybucji, jest bardzo duża. Ale to kwestia decyzji politycznych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA