fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Klimat i praworządność za miliardy euro

Fotorzepa, Robert Wójcik
Polska może stracić 8 mld euro, jeśli nie zobowiąże się – może nawet już za kilka dni – do celu neutralności klimatycznej. Mniejsza może być także pula pieniędzy na walkę z kryzysem po pandemii.

W najbliższy piątek odbędzie się pierwszy od pięciu miesięcy fizyczny szczyt UE. Przywódcy 27 państw przyjadą do Brukseli, żeby uzgodnić pakiet finansowy dla Unii na najbliższe lata. Obejmuje on budżet UE na lata 2021–2027 oraz fundusz odbudowy gospodarki po pandemii.

Komisja Europejska przedstawiła swoją propozycję półtora miesiąca temu, ale musi ona zostać zaakceptowana jednomyślnie przez 27 przywódców. W toku konsultacji z nimi przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel zaproponował zmiany, które mogą kosztować Polskę kilkanaście miliardów euro. Dodatkowe przesunięcia nastąpią już na samym szczycie w piątek lub sobotę. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, to kolejne spotkanie przywódców może odbyć się już 27 lipca. Większość uważa, że sprawa jest pilna i pakiet musi zostać uzgodniony przed wakacjami.

Charles Michel zaproponował, aby unijny budżet wynosił 1,074 bln euro w porównaniu z 1,1 bln euro w projekcie KE. Na tej redukcji o 26 mld euro Polska nie ucierpi, bo przewodniczący RE nie chce cięcia filarów budżetu, czyli polityki spójności i rolnictwa. W tej pierwszej jesteśmy głównym beneficjentem, w tej drugiej – na piątym miejscu. W sumie z obu polityk mamy dostać 93 mld euro. Cięcia dotyczą programów uznawanych za modernizację budżetu, jak np. wydatki na innowacyjność, obronę czy migrację. Przy czym trzeba podkreślić, że to cięcia w porównaniu z propozycją KE, a nie z obecną sytuacją. Bo i tak te tzw. nowe polityki zyskają, a spójność i rolnictwo tracą w porównaniu z okresem 2014–2020.

Dwa filary

Priorytetem nowych finansów UE mają być Zielony Ład oraz cyfryzacja. Michel proponuje, żeby 30 proc. wydatków z budżetu szło na zielone cele, przy czym dla polityki spójności oraz rolnictwa wskaźnik ten miałby wynosić 40 proc. UE postawiła sobie za cel osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 r. i jedynym z instrumentów dochodzenia do tego celu ma być Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, finansujący regiony węglowe, gdzie koszty zmian będą najwyższe. Polska ma być największym beneficjentem tego funduszu z 8 mld euro, ale Michel stawia sprawę jasno: tylko jak sama zobowiąże się do osiągnięcia celu neutralności w 2050 r. Jesteśmy jedynym państwem, które tego nie zrobiło.

Drugim filarem pakietu finansowego UE ma być fundusz odbudowy, podzielony na różne instrumenty i częściowo połączony z unijnym budżetem. KE zaproponowała, żeby wynosił on 750 mld euro, z czego 500 mld miałoby obejmować dotacje, a 250 mld pożyczki. To od początku nie podobało się czterem państwom: Holandii, Austrii, Danii i Szwecji. Michel im nie uległ i nie zaproponował zmniejszenia tej puli. Wsłuchał się natomiast w liczne głosy krytykujące sposób alokacji tych pieniędzy, oparty wyłącznie na danych historycznych, a nie na statystykach uwzględniających faktyczny wpływ kryzysu na gospodarkę. Dlatego zaproponował, żeby większość pieniędzy rozdzielić według klucza KE, w którym Polska była trzecim beneficjentem, po Włoszech i Hiszpanii. A część, konkretnie 93 mld euro, rozdzielić dopiero w 2022 roku, gdy będzie znany już PKB w latach 2020–2021. Polska w propozycji KE mogła liczyć na 63,8 mld euro, z czego 37,7 mld dotacji. Gdyby przeszła propozycja Michela, to 8 mld euro dotacji zostanie na razie wstrzymane i ich los rozstrzygnąłby się za dwa lata. Pewnie Polska straciłaby część tych pieniędzy, bo według prognoz ma być krajem najmniej dotkniętym recesją.

Mniej ważny problem

Wreszcie kolejnym ważnym dla Polski elementem propozycji szefa RE jest powiązanie funduszy z praworządnością. Michel chce wprowadzenia możliwości zawieszenia wypłat z unijnego budżetu i z funduszu odbudowy w sytuacji, gdy brak praworządności w danym kraju zagrażałby interesom finansowym UE. To zgodne z propozycją KE, ale Michel łagodzi zasady przyjmowania sankcji w takiej sytuacji. KE chciała, żeby decyzja zapadała na wniosek Komisji tzw. odwróconą większością głosów, czyli w praktyce mniejszość państw członkowskich wystarczyłaby do ukarania kraju. Szef RE proponuje głosowanie większością kwalifikowaną. – Dla wielu krajów to było nie do przyjęcia, i chodzi nie tylko o Polskę i Węgry – mówi nam unijny dyplomata.

Za bardziej restrykcyjnym mechanizmem opowiadała się natomiast nie tylko KE, ale też kilka państw, jak Holandia czy Dania. Jednak zwyciężyło przekonanie, że jest to nie do przyjęcia przez wszystkich. Swoją rolę odegrała kanclerz Angela Merkel, która złagodziła swoje stanowisko. – W obliczu ogromu problemów kryzysu po pandemii, ten stał się po prostu mniej ważny – uważa nasz rozmówca. Węgry ciągle protestują nawet przeciw mechanizmowi w formie łagodniejszej. Unijni dyplomaci są natomiast przekonani, że Polska nie będzie przeciwna. – Dostaje tyle pieniędzy, że powinna to zaakceptować.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA