fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Żużlowcy skrócili dystans do piłkarzy na pandemicznym wirażu

Żużel
PAP/Tytus Żmijewski
Kamil Kołsut
Przemysław Tychmanowicz
Dwa różne sportowe światy i dwa różne podejścia do biznesu. Tak w dużym skrócie można porównać piłkarską Ekstraklasę i żużlową Ekstraligę. A gra idzie nie tylko o wyniki sportowe, ale i i duże pieniądze.

Władze Ekstraklasy w czasie pandemii skupiły się przede wszystkim na tym, żeby nie stracić. Ekstralidze nie przeszkodziła ona wznieść się na wyższy, biznesowy poziom.

Stare stawki

Kontrakt Ekstraklasy z głównymi partnerami telewizyjnymi, czyli Canal+ i TVP, został przedłużony w połowie ubiegłego roku i ostatecznie objął sezony od 2019/2020 do 2022/2023. Opiewa na łączną kwotę 1 mld zł. Liga w każdym z tych sezonów może zagwarantować klubom wypłaty na poziomie 225 mln zł (do podziału), zgodnie z ustaleniami z pierwotnej umowy. Podpisanie nowego kontraktu nie było poprzedzone żadnym przetargiem, co jest dość nietypową sytuacją. Dlaczego tak się stało?

– Nie organizowano przetargu, gdyż celem renegocjacji umów z nadawcami, prowadzonych już w maju, czyli w pierwszej fazie kryzysu pandemicznego, nie było podpisanie kontraktów na kolejne lata, ale wypracowanie rozwiązań, które pozwoliłyby zapobiec obniżeniu wypłat za obowiązujący wówczas kontrakt w sezonach 2019/2020 – 2020/2021. Zależało nam też, by uniknąć sporów i procesów odszkodowawczych z powodu niewywiązywania się z umów – wyjaśnia Bartosz Orzechowski, menedżer ds. komunikacji spółki Ekstraklasa. Jak tłumaczy, zawieszenie rozgrywek z powodu pandemii rodziło bowiem realne ryzyko niewywiązania się Ekstraklasy z zaplanowanych świadczeń mediowych i marketingowych. Niepewność ta dotyczyła także sezonu 2020/2021.

– W rezultacie pod znakiem zapytania stało wywiązanie się z umów z nadawcami, Canal+ i TVP, z którymi obowiązywał kontrakt na oba sezony. Mogło to skutkować brakiem wypłat od nadawców, którzy już wówczas odmówili realizacji płatności, jak również narazić ligę na procesy odszkodowawcze. Liga i kluby – wobec i tak zmniejszonych wpływów na skutek pandemii – chciały przeciwdziałać takiemu ryzyku – wyjaśnia Orzechowski. – Zapewniło to też stabilizację finansów klubów do sezonu 2022/2023 mimo bardzo niepewnej sytuacji na rynku praw mediowych i mierzenia się wielu lig z obniżonymi kontraktami lub wycofywaniem się nadawców z umów, jak to miało miejsce np. we Francji.

Świat powoli wraca do normalności, a Ekstraklasa zostaje z tymi samymi pieniędzmi co wcześniej. Warto jednak też zwrócić uwagę, że wpływy do klubów będą mniejsze, gdyż tort będzie dzielony na większą liczbę chętnych. Obecnie bowiem w najwyższej klasie rozgrywkowej udział bierze 16 zespołów. Od sezonu 2021/2022 będzie to 18 klubów. – Decyzja o zmianie formatu rozgrywek i zwiększeniu liczby klubów biorących udział w rozgrywkach została podjęta przez PZPN w uzgodnieniu z klubami, które chciały takiego rozwiązania. Było wokół tego wiele dyskusji i wszyscy mieli świadomość, że będzie wiązało się to z koniecznością podziału pieniędzy pomiędzy większą liczbę klubów – twierdzi Orzechowski.

Żużel robi swoje

Takiego bólu głowy nie ma żużel. Pandemia koronawirusa nie przeszkodziła władzom PGE Ekstraligi, które w lutym pochwaliły się podpisaniem rekordowego kontraktu na prawa telewizyjne (2022–2025). Canal+ przez cztery lata zapłaci żużlowcom 242 mln zł, czyli średnio 60,5 mln za sezon. Postęp jest gigantyczny, bo aż trzykrotny. Obecny, trzyletni kontrakt (2020–2022) kosztował nadawcę rozgrywek około 60 mln zł.

Średnie roczne przychody każdego klubu wzrosną z 2,5 do 7,5 mln zł. Żużlowcy dzięki nowej umowie zbliżą się do piłkarzy. Przedłużenie kontraktu PKO BP Ekstraklasy z Canal+ i TVP Sport na takich samych warunkach w połączeniu z powiększeniem ligi sprawiło, że średnio każdy piłkarski klub z najwyższej klasy rozgrywkowej dostanie w ciągu roku za transmisje nieco ponad 12 mln zł.

PGE Ekstraliga konkurs ofert na prawa do transmisji telewizyjnych ogłosiła 30 września ubiegłego roku. Rozstrzygnięto go 25 lutego, po kilku dogrywkach, co może świadczyć, że doszło do licytacji. Władze rozgrywek przekonują, że w grze było co najmniej dwóch bardzo mocnych graczy zainteresowanych pokazywaniem meczów żużlowych.

– Nie możemy ujawnić, ile telewizji złożyło oferty. Możemy jednak powiedzieć, że do rozstrzygających rund zostały zakwalifikowane dwie – wyjaśnia w rozmowie z „Rz" Wojciech Stępniewski, prezes PGE Ekstraligi. – Postawiliśmy na sprawdzonego partnera. Pandemia nie była przeszkodą ani dla nas, ani dla telewizji. Była to najlepsza oferta pod względem finansowym i jakościowym.

Dziś trwają dyskusje, jak skonstruować reguły podziału zysków między kluby, aby pomogły w rozwoju PGE Ekstraligi. Do tej pory środki finansowe trafiały bezpośrednio do uczestników rozgrywek, którzy mogli dysponować nimi zgodnie z własnymi potrzebami. Wszystko wskazuje na to, że w kolejnym sezonie sytuacja się zmieni.

– Chcemy, aby te pieniądze pracowały, rozwijały PGE Ekstraligę. Środki finansowe nie mogą zostać przeznaczone wyłącznie na pierwsze drużyny. Plandeki, odwodnienie na torach, drużyny rezerw, cykl zawodów na motocyklach z innymi silnikami, struktura szkoleniowa czy marketing to są pewne zakresy działań, nad którymi pracujemy. Chcemy wziąć na siebie ciężar odbudowy światowego żużla, który w dobie pandemii trzeba reformować – wyjaśnia Stępniewski.

Czy sukces PGE Ekstraligi zmieni biznesowe podejście Ekstraklasy? – Zarząd prowadzi procesy przetargowe i negocjacyjne dotyczące praw telewizyjnych na bazie upoważnienia rady nadzorczej, decyzje zaś w sprawie podpisania umów są podejmowane przez akcjonariuszy podczas walnego zgromadzenia. Nie spodziewamy się tutaj zmian, gdyż jest to zbyt ważny temat dla klubów – mówi Orzechowski.

MATERIAŁ RÓWNOLEGLE UKAZAŁ SIĘ W PIĄTKOWYM

NUMERZE KATOWICKIEGO „SPORTU"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA