fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

11 listopada

Józef Piłsudski. Polityk z wizją

Pogrzeb serca Piłsudskiego, które złożono w grobie jego matki na wileńskim Cmentarzu na Rossie (1936 r.)
Archiwum autora
„Od lat najmłodszych myślałem tylko o służeniu Polsce i marzyłem o wielkości" – mówił Józef Piłsudski, który stał się pomnikiem za życia. Choć nie szczędził Polakom ostrych słów, zaskarbił sobie miłość milionów.

Józef Piłsudski urodził się 5 grudnia 1867 r. na Litwie w położonym 60 kilometrów od Wilna Zułowie. Podobno – choć nie wiadomo, czy to prawda, czy tylko część jego do dzisiaj żywej legendy – owego 5 grudnia 1867 r., kiedy przyszedł na świat, do drzwi modrzewiowego dworu w Zułowie załomotali carscy żołnierze, by sprawdzić, dlaczego w nocy wielki, 12-izbowy dwór jest cały oświetlony i czy czasem nie odbywa się tu jakieś konspiracyjne spotkanie Polaków. Działo się to w dobie szalejącego carskiego terroru po powstaniu styczniowym i podobne łomotania do polskich drzwi były bolesną codziennością. Gdy stwierdzili, że nic nieprawomyślnego się nie dzieje, a tylko rodzi się u Piłsudskich kolejne, czwarte już dziecko, odjechali spokojnie. Wtedy jeszcze nikt nawet nie podejrzewał, że właśnie tego dnia Polska zyskała człowieka, który ją wyzwoli, zmieni, a ściślej mówiąc – zbuduje na nowo.

Zawadiaka o czystych rękach

„Urodził się Litwinem, jest fanatycznym polskim patriotą. Nie jest organizatorem. Zawadiaka, konspirator. Czyste ręce" – pisał w 1908 r. w opinii o Józefie Piłsudskim Oskar Hranilović von Czvetassin, jeden z szefów austriackiego wywiadu. Warto dzisiaj przywołać tę krótką, a przecież wyczerpującą opinię. Po pierwsze, z uwagi na owe „czyste ręce" – rzecz tak wyjątkową w ówczesnej polskiej rzeczywistości, że aż zasługująca na podkreślenie. Po drugie, z uwagi na opinię zawadiaki, nieco zaskakującą w odniesieniu do Piłsudskiego. On sam pisał o sobie: „Przez całe życie przeciwstawiałem się szablonom. Od małego dziecka myślałem inaczej niż ludzie, którzy mnie otaczali. Od dziecka miałem w sobie to wszystko, co życie utrudnia i przeszkadza w życiu. Miałem jak gdyby wszystkie dane, aby nie odegrać żadnej roli, niczego nie dokonać, nic poważniejszego nie osiągnąć, żadnego celu nie zrealizować. Od lat najmłodszych myślałem tylko o służeniu Polsce i marzyłem o wielkości".

Na razie służył Polsce wszystkimi formami buntu w rosyjskim gimnazjum w Wilnie. 27 stycznia 1883 r. za mówienie w szatni po polsku został zatrzymany na dwie godziny aresztu. 3 marca 1884 r. został zatrzymany w areszcie za nieoddanie honorów generałowi-gubernatorowi. Niedługo potem nie oddał czesti (honorów) samemu dyrektorowi szkoły. W dokumentach wileńskiego gimnazjum, do których dotarł Władysław Pobóg-Malinowski, Józef Piłsudski figuruje jako „gordyj malczik" – dumny chłopak. Nie mogło być inaczej, skoro – co ujawnił po latach płk Bogusław Miedziński – po kolejnym areszcie za mówienie w szkole po polsku kilkunastoletni Piłsudski miał swym rosyjskim prześladowcom powiedzieć: „Kiedy zdobędę Moskwę, każę na murze Kremla napisać wielkimi literami »Zakazuje się mówić po rosyjsku«". Podobno w tym czasie w Wilnie – a może to tylko legenda – koledzy namówili Ziuka, by pozwolił Cygance powróżyć sobie z ręki. Cyganka pochyliła się nad jego lewą dłonią, coś czytała, coś szeptała i nagle wyprostowała się, odtrąciła jego rękę i blada z trudem rzuciła przez zaciśnięte zęby dwa słowa: „Carom budiesz!" (Będziesz carem!). Nie chciała przyjąć żadnych pieniędzy i uciekła.

„Wszystkie marzenia moje – powie z czasem Piłsudski o swym dzieciństwie – koncentrowały się wówczas koło powstania i walki orężnej z Moskalami, których z całej duszy nienawidziłem, uważając każdego z nich za łajdaka i złodzieja". Jak wynika z dziennika jego starszego o rok brata Bronisia (Bronisława Piłsudskiego), Ziuk już w okresie zułowskim „planował" zbrojne uderzenia na pobliskie Podbrodzie. Miał wyrzucić stamtąd Moskali i tak rozpocząć wielkie powstanie. Ustalony był nawet termin: gdy skończy 15 lat. Ale w 1882 r., kiedy osiągnął ów wiek, niewiele jeszcze sprzyjało planowi wielkiego powstania. W kilku kolegów założyli więc kółko samokształceniowe pod nazwą „Spójnia", zorganizowali tajną bibliotekę i sprowadzali z Warszawy książki, które studiowali sami i wypożyczali innym.

W 1884 r., gdy Józef Piłsudski rozpoczynał ostatni rok nauki w gimnazjum, w wieku ledwie 42 lat umarła jego matka, Maria Piłsudska. Była wielką miłością jego życia. „W stosunku do dzieci była nie tylko mądrym pedagogiem, ale i starszym przyjacielem, pełnym subtelnych wyczuć i serdecznego zrozumienia dla dziecinnych radości, trosk i zmartwień. Wychowywała swoją gromadkę w nakazach zgody, miłości wzajemnej i solidarności braterskiej" – pisał Pobóg-Malinowski. Sam Piłsudski twierdził, że zdolności odziedziczył po ojcu, lecz charakter po matce. Do końca życia powoływał się na matczyny nakaz: „Tylko ten człowiek wart jest nazwy człowieka, który ma pewne przekonania i potrafi je bez względu na skutki wyznawać czynem".

Dar patrzenia w przyszłość

Historyk, szukając dzisiaj odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę był i skąd się wziął w historii Józef Piłsudski, przywołuje także owe matczyne nakazy czy przekonania, które mu wpajano i wśród których wzrastał. Na przykład nie znosił doktryn ani doktrynerstwa. „W życiu ciągle wszystko się zmienia, wszystko idzie naprzód, a doktryny stoją na miejscu" – mówił. Kiedyś w rozmowie z Januszem Jędrzejewiczem wybuchnął, że całe życie walczył z doktrynami, także w wojsku. „To jest nasze przekleństwo – twierdził – to śmierć dla myśli, martwota, zerwanie z rzeczywistością". Cenił trzeźwy osąd: „Nigdy nie kieruje mną żadne natchnienie, żadna intuicja. Umiem natomiast podjąć decyzję i nie mam w sobie nic z wiecznie niezdecydowanego Polaka. Przyszłości się nie odgaduje, lecz patrząc w nią, robi się obrachunek". W rozmowie z Anielą Zagórską, krewną Józefa Conrada, powiedział kiedyś, że inni widzą na 10 metrów, a on na 1000. Więc choć patrzą w tym samym kierunku, widzą te same rzeczy inaczej. Historia nigdy nie kwestionowała jego wielkiego daru patrzenia w przyszłość. Potrafił, chyba jedyny na całym świecie, wręcz profetycznie przed wybuchem wojny światowej przewidzieć jej koleje. Zrozumieć już wówczas, że zwycięstwo w tej wojnie będzie się przesuwać ze wschodu na zachód, a tym samym przegranymi staną się wszyscy nasi zaborcy: i Rosja, i Prusy, i Austria. On jeden podjął wówczas hasło niepodległości Polski i on jeden rozpoczął o tę niepodległość walkę.

Wydaje się, że jego dar patrzenia w przyszłość był w istocie dogłębną wiedzą i znakomitą analizą otaczającej go rzeczywistości. Bodaj w 1925 r. powiedział do Sławoja czy może Wieniawy: „Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka. Obecna Polska zdolna jest do życia tylko w jakimś szczęśliwym, złotym okresie dziejów. Chyba, chyba że chłop polski zrozumie swą rolę. To może Polskę uratować, bo ja przegrałem swoje życie". Trudno powiedzieć, czy mówiąc o nadciągającej burzy, miał na myśli zbliżającą się wojnę i pakt sowiecko-niemiecki. Podobnie trudno zrozumieć, co miał na myśli, mówiąc o przegranym życiu. Był bowiem w tym życiu twórcą i komendantem Legionów, pierwszego po latach niewoli niepodległego wojska, był naczelnikiem państwa, pierwszym przywódcą odrodzonej Polski, był zwycięzcą w wielkiej wojnie z bolszewicką Rosją, dla milionów Polaków był bohaterem narodowym, ojcem odzyskanej wolności i prawdziwym twórcą odrodzonego państwa. Skąd więc poczucie przegranego życia i tak głęboka gorycz porażki?

Być może odpowiedź na to pytanie zawarta jest w różnych wypowiedziach Piłsudskiego na temat Polski i Polaków. Na przykład w tej o wodzach naczelnych, pochodzącej również z 1925 r.: „Naczelni wodzowie w całym świecie mają to do siebie, że ich szanują. Gdy zaś z imieniem któregoś z tych naczelnych wodzów związane są zwycięstwa, szanują ich w dwójnasób. Kiedy zaś zwycięstwa kończyły się zwycięską wojną, szanują ich w trójnasób. W Polsce jest inaczej". Jeszcze w styczniu 1917 r. w wywiadzie dla „Tygodnika Ilustrowanego" powie: „Pomiędzy ludźmi politycznymi Polski istnieje nieprzebyta ściana złożona z podejrzeń, obaw wszelkich i uprzedzeń, a nawet starych porachunków. Polacy pomiędzy sobą są, niestety, wrogami nieubłaganymi. Jest to dziwna strona psychiczna, która stała się naszą własnością, naszą cechą organiczną. Gdyby ta właśnie strona osłabła, postulat jednolitości stałby się natychmiast możliwym". Na zjeździe legionistów w Kaliszu w sierpniu 1927 r. stwierdzi: „Wytworzyłem całe mnóstwo pięknych słówek i określeń, które po mojej śmierci zostaną, a które naród polski stawiają w rzędzie idiotów".

Ta „durna Polska"

Polacy mają siebie za naród dumny, dla którego honor nie ma ceny. Żaden król i żaden władca nigdy tak się do nas nie ważył zwracać, jak Piłsudski. Nikt nie ośmielił się bezkarnie obrażać Polaków. A ten Litwin (bo uważał, że jest Litwinem) głosił, że w 1914 r. „Polacy okazali się kamieniem pleśnią pokrytym, a nie dynamitem". Pisał: „Myślałem, że wraz z odrodzeniem Polski – materialnym i duchowym – Polska odradzać się zacznie, że wyzbywać się zacznie tchórzostwa i wyzwalać się zacznie od pracy agentur, że przestanie pracę dla obcych uważać za najrozumniejszą pracę dla Polski".

Musiał się jednak rozczarować, skoro już w 1919 r. stwierdzał: „Masa społeczeństwa polskiego jest rzeczą niczyją, luźnie chodzącą, nie ujętą w żadne karby organizacyjne, nie posiadającą żadnych właściwie przekonań, jest masą bez kości i bez fizjonomii. O tę gawiedź politycznie bezmyślną, o przyciągnięcie jej choćby na jeden moment, w jedną lub drugą stronę, chodzi w pierwszym rzędzie tym wszystkim, którzy robią w Polsce politykę". Słowa te – jak się zdaje – pisane były po wyborach do Sejmu Ustawodawczego, który Piłsudski w wywiadzie z 1928 r. nazwie „sejmem ladacznic". O konstytucji z 1921 r. będzie mówić „konstytuta-prostytuta". W słynnym artykule „Dno oka" (z 7 kwietnia 1929 r.) nazwie Sejm „związkiem zawodowym ludzi chorych na fajdanitis poślinis", a pracę parlamentu zrecenzuje słowami: „Cloaca Maxima zebrana na ulicy Wiejskiej sięgała swym zapachem do wszystkich zakątków życia, czyniąc ten zapach charakterystycznym dla państwa. Ten system przenosił się z ulicy Wiejskiej na urzędy, przenosił się na samorządy, wkradał się w życie prywatne, czyniąc z nieodpowiedzialności sądowej nieledwie zasadę życia polskiego".

Podczas wywiadu z Piłsudskim w 1930 r. Artur Śliwiński ośmielił się zapytać: „Panie Marszałku, jak ja mam się ustosunkować do pańskiego języka, który wszyscy uznają za wulgarny?". Wyraźnie zaskoczony Piłsudski milczał i myślał nerwowo przez chwilę, by już uspokojony odpowiedzieć: „Wam, Polakom, takiego języka używać nie wolno. Mnie wolno, bo ja nie jestem Polakiem". I Śliwiński dalej nie pytał. Niektórzy badacze, np. Irena Maślińska, zwracają uwagę na znamienny fakt. Otóż Józef Piłsudski w życiu prywatnym nigdy nie przeklinał. Znakomicie wychowany i wykształcony (znał biegle przynajmniej pięć języków obcych) miał wystarczający zasób słów, by nie podpierać się przekleństwami. Nawet w okopach, gdy dowodził Legionami, czy na polach Bitwy Warszawskiej żaden żołnierz nigdy nie usłyszał z jego ust przekleństwa lub wulgaryzmu. Dlaczego więc teraz miałby przeklinać w Sejmie czy w wywiadach prasowych? Jak podpowiada Maślińska, Piłsudski celowo posługiwał się wulgaryzmami, by uwiarygodnić swoje tezy i nadać im głośniejsze brzmienie. Taki był jego język polityczny, publicystyczny. Jak się wydaje, prowokując i obrażając ludzi, osiągał zamierzony skutek.

I tak oto w kolejne rocznice odzyskania niepodległości, gdy Polska przybierała odświętny wygląd, on potrafił mówić, że musiał budować polski dom z cegieł, które były zrobione z... gnoju! „Myślałem już nieraz, że umierając, przeklnę Polskę. Dziś wiem, że tego nie zrobię. Lecz po śmierci stanę przed Bogiem, będę go prosił, aby nie posyłał Polsce wielkich ludzi. (...) Co naród polski daje wielkim ludziom? Gdyby nie ja, rzecz wątpliwa, czy powstałaby Polska. A gdyby powstała, czy utrzymałaby się przy życiu? Ja wiem, com dla Polski uczynił". Był dogłębnie rozczarowany pierwszymi latami niepodległości Rzeczypospolitej. Dostrzegał moralną degradację społeczeństwa. Dostrzegał gęstą sieć intryg, oszczerstw, insynuacji, które oplatały polską codzienność. Miał dość niegodziwości, wzajemnego szczucia, obrzydliwych kalumnii. On, który wyniósł z domu rodzinnego pogardę dla korupcji, złodziejstwa, wszelkiego gwałtu i nieprawości, on, który miał wewnętrzne poczucie uczciwości i sprawiedliwości, coraz smutniej patrzył na tę swoją nieznaną Polskę i coraz częściej tracił do niej cierpliwość. Ale przecież nadal – jak mówił – idea służenia Polsce była ważna. „Tej idei pozostałem wierny na zawsze. I dzisiaj, choć nieraz mówię o »durnej Polsce«, wymyślam na Polskę i Polaków, to przecież tylko Polsce służę".

Król serc i władca umysłów

Od dobrych kilkudziesięciu lat w każdą okrągłą rocznicę jego urodzin lub jego śmierci dziesiątki historyków, badaczy i publicystów próbują bezskutecznie znaleźć pełną odpowiedź na pytanie, kim Piłsudski był dla Polski i Polaków. „Nigdy nie był i nie chciał być dyktatorem – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, szukając klucza do Piłsudskiego. – Wyciągał ludzi w górę, przygotowywał grunt dla demokracji, parlamentu, Rzeczypospolitej. Ale jednocześnie to, co chciał, by broniło Polski, musiał mieć w ręku". A że nie zawsze był rozumiany przez Polaków? No cóż. „On myślał mową olbrzymów, a oni szwargotali między sobą gwarą Pigmejów". Jego niewątpliwym walorem, jego cechą wyróżniającą było to, że nie był skorumpowany, skompromitowany. Ludzie mu ufali, bo był przezroczysty. Tak stał się pomnikiem za życia. Poza tym starał się wprowadzić w polskie myślenie polityczne i w polską praktykę ducha jedności – coś nieznanego, nową filozofię państwa i zarazem program działania. Jak pisano, przebudował polską mentalność i uformował pokolenie, dla którego państwo i niepodległość stały się najwyższą wartością i które nie pozwoliło nam cofnąć się do roku 1914. „Piłsudski był bezspornie jedną z największych indywidualności w całej historii Polski – napisze profesor Jerzy Łojek. – A postaci podobnych doń swoją rangą moralną, siłą charakteru i osobowością polityczną można w ciągu całego naszego tysiąclecia naliczyć najwyżej cztery lub pięć".

„Jednej tylko rzeczy, jednej tajemnicy, ani moja – pisał Cat – ani żadna inna książka o Piłsudskim nie wyjaśni: tajemnicy miłości, którą do siebie wzbudzał. Miłość ludzi oplotła postać komendanta, brygadiera, marszałka i ta miłość była wielkim kapitałem Polski za jego życia i jest, i daj Boże, by pozostała kapitałem Polski po jego śmierci". By zrozumieć istotę tej miłości, wystarczy otworzyć podręcznik najnowszej historii Polski na haśle „imieniny marszałka". Obchodzone uroczyście od 1915 r., jeszcze w okopach, z biegiem lat stały się jedną z najpiękniejszych, najbardziej pogodnych polskich tradycji. Tego dnia jak Polska długa i szeroka odbywały się uroczyste msze święte, capstrzyki, koncerty, pogadanki, zabawy. Tam, gdzie stacjonowało wojsko, żołnierze defilowali przed swymi dowódcami na cześć naczelnego wodza. Tego dnia odbywał się słynny Marsz Strzelców Warszawa–Sulejówek (a po 1926 r. Sulejówek–Warszawa), w którym w szczytowym okresie brało udział ponad 50 tys. ludzi z całej Polski. Odbywały się sztafety motocyklowe, kawaleryjskie, zawody sportowe, konkursy artystyczne. Jak Polska długa i szeroka prześcigano się w wymyślaniu atrakcji, które miały uświetnić ten jeden niezwykły dzień. W 1925 r., gdy Marszałek przebywał jeszcze na dobrowolnym zesłaniu w Sulejówku, jak obliczyła pani Aleksandra Piłsudska, do godziny 16 jej męża odwiedziło 1646 osób, by dać wyraz swej miłości i szacunku.

Kiedy zmarł, w dniu pogrzebu (18 maja 1935 r.) specjalny pociąg z trumną Marszałka jechał z Warszawy przez Radom i Kielce do Krakowa, gdzie Józef Piłsudski miał spocząć na Wawelu. Jechał w nocy. Mimo deszczu tysiące, dziesiątki, a może setki tysięcy ludzi stały wzdłuż torów w milczeniu, by pożegnać swego komendanta. Gdzieniegdzie palono ogniska. Pociąg jechał powoli, by wszyscy mogli go pożegnać. Jedyny chyba w historii Polski taki pogrzeb. W mijanych po drodze miejscowościach, gdy pociąg się zbliżał, biły kościelne dzwony.

Świadkowie notują, że w Kielcach przy torach czekało ponad 40 tys. ludzi. Gdy pociąg był już blisko, ten tłum załkał najprawdziwszym, głośnym płaczem. Oto bowiem ludzie usłyszeli niepojętą ciszę. W Kielcach w żadnym kościele nie odezwał się dzwon. Jak szybko ustalono, dzwony milczały na polecenie biskupa kieleckiego Augustyna Łosińskiego, który po prostu nie lubił Marszałka. Wówczas, czego historia nie lubi przypominać, tłum ludzi ruszył na dzwonnice, by wśród innych zabrzmiał także głos dzwonów kieleckich. A że biskup wysłał swoich ludzi, by temu przeszkodzili, rozpoczęła się prawdziwa bitwa. Wreszcie pod naporem tysięcy ludzi dzwony się odezwały, a rozsierdzony tłum ruszył na pałac biskupi, by zlinczować sprawcę całego zamieszania. Podobno ściągano posiłki policyjne z całego województwa, by uratować życie księdza biskupa.

„Cieniom królewskim przybył towarzysz wiecznego snu. Skroni jego nie okala korona, a dłoń nie dzierży berła. Ale królem był serc i władcą woli naszej – mówił prezydent Ignacy Mościcki, żegnając Marszałka na Wawelu. – Półwiekowym trudem swego życia brał we władanie serce po sercu, duszę po duszy, aż pod purpurę królestwa swego ducha zagarnął niepodzielnie całą Polskę. Dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek". Gdyby dziś pan prezydent mógł jeszcze przemówić, na pewno by dodał: I dał miłość, która przetrwała do dzisiaj.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA