Ujawnienie w mediach historii kobiety, która miała być w przeszłości molestowana seksualnie przez biskupa Jana Szkodonia, wywołało w polskim Kościele szok. Przy okazji – po raz kolejny – ujawnił się problem komunikacyjny. Rzecznik Episkopatu Polski odsyła dziennikarzy z pytaniami do archidiecezji krakowskiej, ta twierdzi, że sprawy dokładnie nie zna i wykonuje jedynie polecenia Watykanu. Nie czuje się też jakoś specjalnie zobowiązana do podania bardziej szczegółowych informacji. Wiernym pozostaje suche oświadczenie samego zainteresowanego, w którym zapewnia o swojej niewinności. Jedynym przytomnym głosem wydaje się ten pochodzący od kard. Stanisława Dziwisza, który zapewnił m.in. o modlitwie za „wszystkich pokrzywdzonych w tej sprawie" i wyraził oczekiwanie, że zarzuty wobec jego byłego współpracownika będą „rzetelnie i szybko wyjaśnione".

Szybkości działania oczekują też obserwatorzy zewnętrzni. Tu i ówdzie pojawiły się już zarzuty, że Kościół działa opieszale, że będzie mataczył, rozwadniał historię itp. Część komentatorów wskazuje np., że kobieta, którą miał skrzywdzić biskup, poinformowała o tym nuncjaturę apostolską w kwietniu, a przesłuchano ją dopiero w styczniu. Ma to być koronny argument na przewlekanie sprawy. Czy tak jest?

Nie moją rolą jest wprawdzie tłumaczenie działań Kościoła, ale spróbuję dokonać pewnej rekonstrukcji zdarzeń i zderzyć je z procedurami, które mają w tym wypadku zastosowanie. Wiemy, że w kwietniu kobieta za pośrednictwem nuncjatury apostolskiej wysyła list do papieża Franciszka z opisem sprawy. Nuncjatura przekazała list dalej. W Watykanie trafił do Kongregacji Nauki Wiary. I stanął w kolejce. To, że takowa istnieje, nie jest tajemnicą. W grudniu 2019 r. włoska agencja Ansa donosiła, że od początku roku do kongregacji wpłynęło tysiąc zgłoszeń dotyczących pedofilii. Cytowany przez agencję ks. John Joseph Kennedy, szef biura w sekcji dyscyplinarnej dykasterii, mówił, że to „tsunami", i dodawał, że podlegający mu personel jest „przytłoczony" nawałem zgłoszeń i pracuje przez siedem dni w tygodniu.

Sprawa bp. Szkodonia, tak jak inne, utknęła w kolejce. Kiedy wreszcie do niej dotarto, okazało się, że trzeba ją rozpatrywać z uwzględnieniem obowiązujących od 1 czerwca 2019 r. nowych przepisów, które precyzują m.in. sposób postępowania w odniesieniu do biskupów (List apostolski „Motu Proprio" Vos estis lux mundi). Jest wielce prawdopodobne, że dopiero jesienią 2019 r. kongregacja zleciła nuncjaturze w Polsce prowadzenie tej sprawy. Przepis mówi wprawdzie o tym, że powinien prowadzić ją metropolita miejsca (w tym wypadku abp Marek Jędraszewski), ale możliwe jest powierzenie jej komuś innemu. Nie znamy treści listu pokrzywdzonej, ale z jej relacji publikowanej w „GW" wynika, że zgłosiła się bezpośrednio do Watykanu ze względu na brak zaufania do krakowskiej kurii. Kongregacja wzięła pod uwagę jej obawy i do prowadzenia sprawy wyznaczyła nuncjaturę. Ta powołała komisję i zgodnie z procedurą wezwała biskupa – pierwszą relacją kobiety zapewne dysponowała, bo dostała ją z kongregacji. Kolejnym krokiem było wezwanie pokrzywdzonej (styczeń 2020) i konsultacja z Watykanem – najpewniej z informacją o tym, że tematem interesują się już media. Ciąg dalszy jest znany. Jeszcze przed publicznym ujawnieniem sprawy z oświadczenia bp. Szkodonia opinia publiczna dowiedziała się, że do czasu wyjaśnienia sprawy nie będzie on pełnił posługi biskupiej, a na jej zakończenie będzie czekał poza terytorium archidiecezji krakowskiej. Najpewniej nie była to jego decyzja, lecz właśnie zalecenie Watykanu przekazane do nuncjatury, a w następnej kolejności – do Krakowa.

Co dalej? Papieski dokument mówi, że co 30 dni organ prowadzący sprawę musi wysłać do Watykanu raport o postępach. Teoretycznie całe postępowanie nie powinno trwać dłużej niż 90 dni. Wspomniane „Motu proprio" podaje wprawdzie, że inny termin zakończenia może wyznaczyć kongregacja, a o jego wydłużenie może też występować prowadzący dochodzenie, ale wydaje się, że w sytuacji, gdy sprawa stała się publiczna, zamknie się ono szybko – najpewniej w okolicach marca. Nuncjatura powinna wysłać wtedy do Watykanu wynik swojego dochodzenia z opinią co do ewentualnej kary wobec sprawcy. O wyniku postępowania musi też zawiadomić osobę, która twierdzi, że jest poszkodowana. Dalsze kroki są już wyłącznie w kompetencji Stolicy Apostolskiej.

Z tej pobieżnej analizy wynika, że o celowym przeciąganiu sprawy mówić w tej chwili nie można. Ale takiego komunikatu, który wyjaśniałby zawiłości procedury, wszystkie kroki, jakie trzeba wykonać, by sprawę wyjaśnić, ze strony Kościoła nie było. Zrodziło to tylko niepotrzebne podejrzenia i różne domysły. A tak prosto można było tego uniknąć...