Rok temu wprowadzono w Polsce zakaz palenia w miejscach publicznych. Puby i restauracje musiały wydzielić miejsca dla palących...

Andrzej Sadowski:

Ale przyzwyczajenia palaczy okazały się silniejsze. Rok od wprowadzenia nowych przepisów widać, że wielu właścicieli lokalów próbuje je zneutralizować. To znaczy formalnie dostosują się do jej zapisów, ale jak przyjdzie co do czego, szanują zwyczaje swoich klientów. Poza tym ta ustawa zbyt głęboko ingeruje w ludzkie życie.

Uważa pan, że państwo nie powinno chronić obywateli przed dymem?

Jeżeli rząd chce wprowadzić tego typu regulacje, to niech dotyczą one przestrzeni publicznej: urzędów, ulic czy przystanków. Restauracja jest prywatną własnością, a czasy PRL, kiedy rząd odpowiadał za gastronomię, minęły. Zresztą ustawa antynikotynowa jest tak naprawdę pozorowaną akcją. Przecież nie kto inny niż rząd dotuje koncerny tytoniowe i to w dwojaki sposób. Po pierwsze, finansuje skutki palenia, pozwalając na leczenie z publicznych środków w równym stopniu palaczy i niepalących. A po drugie do zeszłego roku dotowano w Polsce uprawę tytoniu na poziomie 50 mln euro rocznie.

Przy pomocy tej ustawy rząd chciał zmniejszyć liczbę palaczy.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Wprowadzenie zakazu palenia w miejscach publicznych, w dodatku takiego, który nie jest respektowany, nie rozwiąże problemu. Rząd postępuje niewłaściwie. Także wtedy, gdy podwyższa akcyzę na papierosy, bo tą metodą zwiększa jedynie przemyt tytoniu do Unii. Ostrzega przed tym nawet Komisja Europejska.

A więc nie ma sposobów na zniechęcenie ludzi do palenia?

Są metody przemawiające do ludzkiej wyobraźni przez kieszeń. Gdyby moja opłata za ubezpieczenie medyczne wzrosła drastycznie z tego powodu, że palę papierosy, to sam mógłbym podjąć decyzję, czy trwam w nałogu i dopłacam do rujnowania sobie zdrowia, czy też wybieram odpowiedzialne zachowanie. Natomiast obecnie rząd mówi ludziom: nieważne, czy palisz czy nie, my będziemy cię leczyć.