Taką karę sąd wymierzył mu za spowodowanie w 2008 r. w Warszawie wypadku samochodowego, w którym zginął dziennikarz „Super Expressu" Jarosław Zabiega.
Ferrari, które według śledczych prowadził Z., rozbiło się w o filar wiaduktu na stołecznym Mokotowie. Samochód jadący 150 km/h na odcinku, gdzie obowiązywało ograniczenie do 50 km/h, rozpadł się i stanął w płomieniach. Z. został ciężko ranny, długo potem był w śpiączce.
– Opinie biegłych i zeznania dwóch świadków nie pozwalają na podważanie tego, że to Maciej Z. kierował ferrari – uznała sędzia Agnieszka Jaźwińska. Według niej Z. wykazał „lekceważący stosunek do innych użytkowników ruchu, brak wyobraźni i odpowiedzialności".
Wyrok jest nieprawomocny. Na jego ogłoszeniu nie było ani Z., ani jego obrońcy. – Jesteśmy zdania, że wyrok powinien być uniewinniający. Biorąc pod uwagę stan zdrowia pana Macieja wyrok jest bardzo wysoki – mówiła później Grażyna Flis, adwokat Z.
Obrona zapowiada odwołanie od wyroku.
– Jak widać, sąd przezwyciężył pojawiające się wokół procesu wątpliwości, kto z dwóch pasażerów ferrari siedział za kierownicą – komentuje dla „Rz" adwokat Łukasz Chojniak, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego. I tłumaczy, że był to obowiązek sądu, gdyż tylko „niedające się usunąć wątpliwości" (art. 5 kodeksu postępowania karnego) sąd rozstrzyga na korzyść oskarżonego.
Taka np. z pozoru drugorzędna informacja jak to, że drugi z mężczyzn (zginął na miejscu) nie miał przy sobie prawa jazdy, a więc nie planował jazdy, nie wyklucza, że nie jechał, bo zdarza się jeździć bez prawa jazdy. Ale w kontekście innych dowodów, nabiera ona istotnego znaczenia.