Proces Billa Cosby'ego, nazywany kamieniem milowym akcji #MeToo, toczy się od 2015 roku.
O molestowanie seksualne oskarżyło amerykańskiego komika prawie 60 kobiet, ale wszystkie sprawy oprócz przypadku Constand uległy przedawnieniu - większość z nich miała miejsce w latach 60.
Pierwszy proces przeciwko Cosby'emu został umorzony. Po ponadpięćdziesięciogodzinnej naradzie ława przysięgłych przyznała, że nie jest w stanie uzgodnić stanowiska.
W procesie nie zeznawali świadkowie, więc przysięgli musieli skonfrontować sprzeczne zeznania Cosby'ego i Constand, która oskarżała komika o trzykrotne podanie jej narkotyku i molestowanie seksualne. Miało to miejsce, gdy kobieta była pracownicą uniwersytetu Temple, alma mater Cosby'ego.
Proces został umorzony, ale oskarżyciele doprowadzili do jego wznowienia. Najprawdopodobniej wpłynął na to początkujący wówczas ruch #MeToo.
W kolejnym procesie debata przysięgłych trwała już "tylko" 14 godzin. Przysięgli uznali, że Cosby jest winien trzykrotnego gwałtu Andrei Constand.
Zgodnie z decyzją sądu do chwili ogłoszenia wyroku Cosby, po wpłaceniu miliona dolarów kaucji, mógł pozostawać na wolności, musiał jednak nosić lokalizator GPS i zgłaszać każde opuszczenie domu.
Decyzja o tym, jaki wyrok usłyszy Cosby, zapadnie podczas dwudniowego procesu, który rozpoczyna się dziś. Komikowi grozi, że za każdy z trzech aktów przemocy seksualnej, którego się dopuścił wobec Constand, dostanie 10 lat więzienia. Dla 81-letniego obecnie Cosby'ego oznacza to dożywocie.
Może też usłyszeć znacznie łagodniejszy wyrok - areszt domowy, bo w przypadku przestępstwa, o które oskarżony jest Cosby nie wyznaczono minimalnej kary.
Wiele zależy od tego, czy Cosby zostanie uznany za szczególnie niebezpiecznego przestępcę seksualnego (SVP - sexually violent predator). Jeśli tak się stanie, wyrok może być wysoki, a Cosby będzie zobowiązany do zarejestrowania się na liście przestępców seksualnych, na której będzie się znajdował do końca życia, a nie przez okres wskazany przez sędziego.