Po raz pierwszy zetknąłem się z Maciejem Rybińskim wówczas gdy zaczął publikować felietonom w „Rzeczpospolitej”. Pamiętam, że w redakcji strasznie się z nich śmialiśmy.

Osobiście po raz pierwszy spotkałem go w jakimś programie telewizyjnym, do którego zostaliśmy zaproszeni w roli komentatorów. Potem widywaliśmy się wielokrotnie, bo Maciek przyjeżdżał do Krakowa nagrywać swoje felietony dla radia RMF.

Pamiętam szczególnie jedno spotkanie kiedy po nagraniu poszliśmy do jakiejś knajpy - Maciek uwielbiał biesiadować. Tam opowiedział mi o emigracji, o dramatycznych sytuacjach ze swojego życia, ale robił to w sposób wesoły. Ta rozmowa w knajpie, to była najlepsza lekcja historii najnowszej jaką kiedykolwiek miałem.

Maciek nie omieszkał też opowiedzieć anegdotki o tym jak to po 1989 roku dzwonili do niego korespondenci polskich mediów z pytaniem co mają pisać. „Prawdę” – odpowiedział im Rybiński, a oni na to: „No co ty? Myślisz, że można?”

Był nieprawdopodobnie oczytany, miał ogromną wiedzę, ale mimo tego umiał mówić w sposób prosty zrozumiały dla przeciętnego człowieka, a zarazem niezwykle mądry.

Był patriotą, ale patriotą na wesoło - uciekał od patosu. Zapamiętam go jako wesołka.