Czegoś takiego nie zrobił żaden przywódca USA od czasu II wojny światowej. Na kilka godzin przed oficjalną nominacją republikanów Donald Trump zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, Stany Zjednoczone przyjdą z pomocą tylko tym krajom sojuszu, które „płacą swoje rachunki". Chodzi zarówno o wysokość wydatków na obronę, jak i pokrywanie przynajmniej części kosztów pobytu amerykańskich wojsk za granicą.
Dla Trumpa, który nie ma doświadczenia w polityce, ale przez dziesięciolecia budował nieruchomościowe imperium, wszystko jest więc przedmiotem negocjacji, jak w biznesie.
„Musisz zawsze być gotowy odejść od stołu" – ujawnił w obszernym wywiadzie dla „New York Timesa" kulisy swojej taktyki wobec sojuszników z NATO, ale także m.in. Korei Południowej i Japonii. Jego zdaniem tylko w ten sposób Ameryka, której deficyt handlowy wynosi dziś 800 mld dolarów rocznie, odzyska równowagę finansową.
To podważenie fundamentalnej zasady działania NATO, zgodnie z którą atak na jednego sojusznika jest atakiem na wszystkich. Destabilizacja świata zachodniego z nieobliczalnymi skutkami nie tylko strategicznymi, ale i gospodarczymi, które Stany Zjednoczone odczują w pierwszym rzędzie. Pokazał to Brexit, pchając piątą gospodarkę świata ku recesji. Plan Trumpa miałby nieporównanie poważniejsze skutki.
I to tym bardziej że miliarder jest gotowy wystawić na sprzedaż wszystkie inne zobowiązania międzynarodowe Ameryki.
Dwa tygodnie po szczycie NATO, na którym zdecydowano o trwałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce zapowiedział, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby ściągnięcie do kraju amerykańskich wojsk z całego świata i wysłanie ich za granicę, dopiero gdy „zajdzie taka potrzeba". Nie tylko podał w wątpliwość obronę krajów bałtyckich przed rosyjską agresją, ale zapowiedział, że „doskonale porozumie się z Putinem". Wyraził także pochwałę dla budowanego przez Recepa Erdogana autorytarnego państwa w Turcji, tak jakby krajów NATO nie powinna łączyć obrona wspólnych demokratycznych wartości.
Kilka dni temu Michael Chartoff, były sekretarz bezpieczeństwa krajowego i jeden z najbliższych współpracowników ostatniego republikańskiego prezydenta George'a W. Busha, przyznał „Rz": – Moje możliwości analityczne są zbyt skromne, aby przewidzieć, co by rzeczywiście zrobił Trump w Białym Domu.
Ale ryzyko, że wprowadzi w życie przynajmniej część swoich zapowiedzi, wystarczy, aby jego porażka w wyborach w listopadzie leżała w strategicznym interesie Polski.
Hillary Clinton nie jest dla naszego kraju idealną kandydatką na prezydenta USA. Jako sekretarz stanu w 2009 r., rok po wojnie w Gruzji, zainicjowała „reset" w stosunkach z Rosją, bo nie rozpoznała prawdziwych planów Putina. To zachęciło Kreml do interwencji cztery lata później na Ukrainie.
Ale Clinton była też pierwszą damą Ameryki, gdy jej mąż zdecydował o przyjęciu Polski do NATO, bez czego nie bylibyśmy dziś członkiem Unii, członkiem Zachodu. Podobnie jak Barack Obama, od dwóch lat opowiada się za znacznie mocniejszym zaangażowaniem wojskowym USA w Europie Środkowej.
I jeśli któryś z kandydatów na prezydenta jest gotowy wystawić Polskę na sprzedaż, nie będzie to ona. >A9