Krakowskie dyktando pisało 500 osób. Wśród nich m.in. pieśniarka Anna Szałapak, aktor Dariusz Gnatowski i  dziennikarz Andrzej Sołtysik.

Tekst naszpikowanego regionalizmami dyktanda czytali czytali Adrian Ochalik oraz prof. dr hab. Mirosława Mycawka.

Zwycięzcą został Marek Szopa, który zrobił sześć błędów, drugie miejsce zajął Tomasz Malarz, a trzecie - Krzysztof Zubrzycki. 

Zwycięzcy otrzymali czytniki e-booków i książki, bony pieniężne oraz bony do Empiku.

Z kolei trzech najlepszych uczestników dyktanda w kategorii do lat 15 otrzymało rowery ufundowane przez EMPiK.

Treść dyktanda: Koń by się uśmiał, czyli kariera telemarketera

Miałem zostać prężnym yuppie w start-upie, ale chimerycznej mojrze dałem się wziąć na hol i wylądowałem w call center wpośród zgrai podobnych do mnie korpowyrzutków. Za współtowarzyszy miałem hołubioną przez zarząd ekscytrzystkę z Hłudna, hożą super-Orawiankę z Chyżnego i pół-Czuwasza z Zawołża, chlubiącego się serią repotraży o Amu-darii.

Naszym mentorem był druh Borzygniew, Pomorzanin ze Skórcza, który trenował taekwondo w Pelplinie nad Wierzycą.

Przeszkolono nas w obskurnym ośrodku nad zalewem Chańcza w Kieleckiem. Przekonywaliśmy klientów, że stroniąc od sprzedawanych przez nas wyciągów z żegawki, ożanki, rzewienia, ciemierzycy, burzanki, żeń-szenia, a także jagód goji i nasion koli, uprawiają hazard, który może kosztować ich życie.

Tymczasem narażaliśmy swoje, żywiąc się głównie nachos i lay’sami przepijanymi sprite’em. Marzyliśmy o brunchach w Starbucksie i świeżo parzonej café au lait, odkładając ziszczenie tych arcymrzonek ad Kalendas Graecas. Można by założyć, że to nas opisał w "Zwale" Sławomir Shuty.

Po ponaddwuipółletniej harówce za biedapensyjkę powiedziałem: adieu! i przyjąłem angaż w "Życiu Krakowa", ulokowanym pół na pół w pałacu Pod Baranami i Domu Norymberskim. Moim przełożonym był zhardziały łże-weganin z Trzebini, który rokrocznie w święto Trzech Króli na bagrach Przylasku Rusieckiego łowił płocie na mormyszkę, zwaną niby-kiełżem. Od razu zażądał, bym przepytał krakowian, jak chcieliby spożytkować budżet obywatelski. Każdy pisał, co mu się żywnie podobało, aż włos się jeżył na głowie, istny matriks. Internauta o nicku "Kustosz" zażyczył sobie, by na wpół wyburzony "Szkieletor" został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jakaś "Rachela" proponowała, aby w Rydlówce urządzić salon masażu, a nieopodal - stację samobieżnych hulajnóg. Z kolei "Batman", który zażarcie się zarzekał, że uratował z topieli rozżarzoną marzannę, postulował stworzenie na placu Inwalidów filii Muzeum Ofiar Przesądów i Zabobonu. Ktoś znowuż miał idée fixe, by do zoo ściągnąć yeti z Bhutanu, a Błonia krakowskie przekształcić w pole golfowe albo wznieść na nich wieżę Babel, identyczną jak na obrazie Bruegla. Byłożby tam centrum językowe z prawdziwego zdarzenia.

Akcja nabrała takiego rozpędu, że gdym już wpółprzytomny, jakbym zażył co nieco absyntu z hyzopem, przechodził obok wieży ratuszowej, koń, czy raczej ochwacony muc, urwał się z zaprzęgu, zbliżył do mnie stępem, szarpnął chrapami za połę wiatrówki i rżąc, uświadomił mi expressis verbis, że on też płaci podatki, życzy więc sobie, by w miejscu zwanym Na Gołdzie, gdzie ongiś odbył się hołd pruski, urządzić parcours/parkur dla koni, znużonych bezprzykładnym staniem pod kościołem Mariackim.

Zamiast się uszczypnąć, usiadłem pod słynnym "Zwisem" przy stoliku z haworcją, vis-a-vis pana Piotra. Na jego oldskulowym kapeluszu harcowały trzy strzyżyki woleoczka. Przyjmował to z kamienną twarzą, życzliwie się uśmiechając. Już chciałem się wyżalić, gdy - uwierzcież mi, słowo honoru! - usłyszałem z jego ust: c'est la vie. Tego chybaby nawet Pani Lola z monologów Maja nie wymyśliła.