Przed kilkoma dniami adwokackie środowisko (nie po raz pierwszy, rzecz jasna) zawrzało. Powodem poruszenia, licznych komentarzy i ożywionej dyskusji okazał się krótki filmik.

Materiał nagrany przez jedną z koleżanek adwokatek, a następnie wrzucony do jej mediów społecznościowych z pewnością mógł wzbudzić kontrowersje. Pani mecenas zdecydowała się bowiem na przytoczenie przebiegu głośnego skądinąd procesu, w którym wobec prawniczki (media niesłusznie przypisywały jej przynależność do palestry) oskarżonej o zasztyletowanie partnera sąd orzekł karę bezwzględnego pozbawienia wolności. Dość srogą, zważywszy że nawet matka pokrzywdzonego apelowała o łagodny wyrok.

Czytaj więcej

Joanna Parafianowicz: Dobrostan mecenasa jako ważny powód

Prawnicy w internecie często podejmują działania mające na celu edukowanie społeczeństwa, przybliżając odbiorcom zawiłości prawnych zagadnień, wyjaśniając pojęcia i budując kulturę prawną, ale wywód pani mecenas prawdopodobnie nie mógłby zostać zaliczony do tej kategorii. Z tej przyczyny, że został zwieńczony niefortunnym (prawdopodobnie żartobliwym w założeniu) apelem o niezakochiwanie się w adwokatkach. Oczywiste wydaje się, że tak sformułowana myśl może budzić sprzeciw, skoro oskarżona ani nie wykonywała wspomnianego zawodu, ani nie jest regułą, że adwokatki zarzynają swoich mężczyzn.

Dziś jednak nie o tym.

Choć zdawać by się mogło, że adwokaci już pewien czas temu dostrzegli istnienie internetu, ich rozeznanie w zasadach rządzących mediami społecznościowymi pozostawia wiele do życzenia.

Da się zatem zaobserwować środowiskowe wewnętrzne rozdarcie objawiające się tym, że z jednej strony deklarujemy (także publicznie!) przywiązanie do zasad zawodowej etyki, z drugiej zaś w praktyce wykazujemy swobodny do nich stosunek. I choć zdawać by się mogło, że moją intencją jest poddanie krytyce nagrania, które rzeczywiście może być ocenione jako niefortunne, to w istocie zmierzam w zgoła innym kierunku.

Zarówno jako czytelnik niezaangażowany w dyskusję, jak i niekiedy ich przedmiot od lat z uwagą przyglądam się ewolucji reguł rządzących wypowiedziami adwokatów w przestrzeni publicznej, zwłaszcza internetowej, która zgodnie z postanowieniem Sądu Najwyższego z 17 kwietnia 2018 r. (IV KK 296/17), choć stanowi przestrzeń wirtualną, ma charakter miejsca publicznego.

Niezależnie więc od tego, czy mam na myśli grupy dyskusyjne (otwarte lub zamknięte, tajne lub publiczne), czy też chodzi o komentarze pod postami publikowanymi na fanpejdżach (m.in. „Rzeczpospolitej”) albo wpisy na Twitterze, uderza jedno. Wypowiedzi wielu koleżanek i kolegów adwokatów w mediach społecznościowych dowodzą, że być może nie nadto liczna, ale z pewnością bardzo donośna część obecnej w internecie palestry to zwykli hejterzy. Co istotne, prawdopodobnie nieświadomi tego, że ich zajadłe, obraźliwe, a niekiedy wulgarne wpisy w istocie nie osiągają zamierzonego celu.

Nie podważają bowiem zawodowych kompetencji bohaterów nieprzychylnych wpisów, nie powstrzymują nieuchronnej ekspansji adwokatów w mediach społecznościowych i budowania przez nich w większości wypadków – merytorycznych, interesujących i wartościowych marek osobistych. Jedyne, w co celują, wytykając innych palcem, to własne kolana.

Jak się wydaje, nie są oni bowiem świadomi zasady, że ich komentarze, choć cierpkie, to i tak przyczyniają się do wzrostu popularności komentowanych osób. Nie wiedzą także, że w internecie nic nie ginie. Nade wszystko zaś publikując okrutne i atakujące personalnie drugiego człowieka wpisy pod własnym imieniem i nazwiskiem, często opatrzonym zdjęciem z biznesowej sesji fotograficznej i z wciągniętym do profilu linkiem prowadzącym do strony kancelarii, wyłącznie sobie wystawiają świadectwo. Bez czerwonego paska.

Autorka jest adwokatką, założycielką bloga: www.pokojadwokacki.pl