Przeciętnie 6,1 tys. zł brutto zarabiają dziś pracownicy Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Natomiast w polskich powiatach mit o dobrych zarobkach zdecydowanie upada - tam średnia pensja jest o ponad 2,5 tys. zł niższa.
Średnie miesięczne wynagrodzenie dla całej administracji samorządowej w Polsce - według danych GUS - wynosi 3 822,02zł brutto.
Najwyższe pensje - biorąc pod uwagę wszystkie urzędy samorządowe (miasto, powiaty i województwa) ma Mazowsze - ponad 4,5 tys. zł (brutto) i Dolny Śląsk - 4 tys. zł. Najmniej opłaca się natomiast być urzędnikiem w Łodzi, bo tam już zatrudnieni na tych samych stanowiskach mogą liczyć tylko na3,4 tys. zł.
Statystykę dotyczącą powiatów, które są ogólnie w najsłabszej kondycji finansowej, zawyża oczywiście Warszawa (gmina na prawach powiatu) ze średnią miesięczną pensją 3,7 tys. zł oraz Dolny Śląsk (3,4 tys. zł). W Łodzi to już tylko3 tys. zł.
Pracownicy zatrudniani przez marszałków województw mają nieco lepiej - na Mazowszu zarabiają 5,6 tys. zł, we Wrocławiu - 4,7 tys. Najsłabiej - znów wypada Łódź 3,4 tys. zł.
Mimo że w ciągu ostatnich trzech lat w większości samorządów płace zostały zamrożone ze względu na kryzys gospodarczy, ogólne wskaźniki idą w górę, bo prezydenci, marszałkowie i starostowie próbują rekompensować brak podwyżek wysokimi nagrodami, zwłaszcza dla tych najbardziej zaufanych dyrektorów czy naczelników biur.
W polskich urzędach samorządowych wszystkich szczebli - według najnowszych danych GUS - zatrudniona jest aż 228-tysięczna rzesza. W tym blisko 15 procent (33,6 tys.) w urzędach na Mazowszu, na Śląsku - 25 tys., a w Wielkopolsce 20 tys.
- Pod względem rozrostu administracji prym wiedzie stolica, gdzie w samym urzędzie miasta pracuje dziś 7,5 tys. osób. W ciągu sześciu lat pod rządami prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz stan zatrudnienia wzrósł o 2,6 tys. Dla porównania w Łodzi - o 180, w Poznaniu o 303.