Półki w sklepach pełne, Polska wciąż jest ważnym producentem i eksporterem żywności. A jednocześnie rolnicy coraz częściej mówią o braku opłacalności, o tym, że koszty rosną, odczuwają presję regulacji i niepewność, jeśli chodzi o przyszłość ich gospodarstw. To paradoks, bo z jednej strony konsumenci uważają, że żywność jest droga, a z drugiej są producenci, którzy za zboże, mleko czy żywiec dostają zbyt mało, by po pokryciu kosztów jeszcze inwestować czy ze spokojem planować następny sezon.

Dla rolnika liczy się, jaka część tej ceny, którą klient zapłaci w sklepie, wróci do gospodarstwa, a jaka pozostanie w skupie, w przetwórstwie, transporcie i handlu. Nie da się ukryć, że obecny kryzys dotyczy cen, kosztów, struktury gospodarstw, demografii i całego modelu rozwoju.

A przecież mamy nowoczesne mleczarnie, zakłady mięsne i przetwórnie, dobre produkty oraz silną pozycję na rynkach zagranicznych. Po 1989 r. Polska zbudowała mocny przemysł spożywczy. Tylko że nawet najlepszy zakład nie będzie funkcjonował bez regularnych dostaw mleka, mięsa, zbóż, buraków, owoców i warzyw. Za sukcesem eksportowym musi więc stać mocna baza produkcyjna w kraju. Jeżeli rolnicy będą ograniczać produkcję albo całkowicie z niej rezygnować, problem szybko wyjdzie poza wieś. Dotknie przetwórstwo, handel, transport, eksport i lokalne rynki pracy.

Efekty rozdrobnienia

Dobrze to widać na przykładzie rynku wieprzowiny. Jeszcze kilkanaście lat temu Polska była jednym z ważnych producentów i eksporterów mięsa wieprzowego w Europie. Dziś jesteśmy jego importerem. Hodowla opierała się na wielu małych gospodarstwach, a te są szczególnie wrażliwe na wahania cen. Potem doszły nowe przepisy, wymogi środowiskowe i ASF, który przyspieszył decyzje o wycofaniu się z produkcji. Wraz z likwidacją gospodarstw Polska traci całe fragmenty hodowli, które później trudno odbudować. Jeśli prosięta sprowadzane są z zagranicy, to słabnie krajowa hodowla zarodowa, a coraz mniej rolników inwestuje w produkcję zwierzęcą. I tak rośnie nasze uzależnienie od innych państw.

Oczywiście, w krótkiej perspektywie brakujący surowiec można importować. Ale w dłuższej wystarczy, jeśli wzrosną ceny, zwierzęta zaczną chorować, nastąpi blokada transportu albo pojawią się napięcia polityczne, by zachwiał się cały łańcuch dostaw.

Problem tkwi również w strukturze polskiego rolnictwa. Przez lata rodzinne gospodarstwa traktowano jako podstawę polskiej wsi. I ten model nadal ma znaczenie, bo małe gospodarstwa pełnią ważne funkcje społeczne, kulturowe i krajobrazowe. Wspierają lokalne rynki, sprzedaż bezpośrednią, produkcję niszową i wysokiej jakości. Nie należy ich deprecjonować, trzeba jednak odróżnić ich lokalną rolę od odpowiedzialności za wyżywienie całego społeczeństwa. Możliwość zakupu produktów od pobliskiego rolnika jest cenna, ale nie zapewni wyżywienia milionów konsumentów przez cały rok.

Bezpieczeństwo żywnościowe oznacza zdolność do regularnego dostarczania odpowiedniej ilości produktów – i to w przystępnej cenie, o powtarzalnej jakości i zgodnych z normami bezpieczeństwa. A takie wymagania mogą dziś spełnić przede wszystkim gospodarstwa towarowe współpracujące z przetwórstwem, magazynami, transportem i nowoczesnym handlem. Skala nie jest jednak celem samym w sobie. Pozwala obniżać koszty, inwestować w technologię, bioasekurację, magazynowanie i kontrolę jakości, a przede wszystkim zapewniać ciągłość dostaw.

Duże mleczarnie, zakłady mięsne czy przetwórnie potrzebują stałych ilości surowca. Zbyt małym i rozdrobnionym gospodarstwom coraz trudniej sprostać tym wymaganiom. Przy dzisiejszych cenach energii, pasz, nawozów, paliwa i pracy coraz trudniej również utrzymać się z niewielkiej produkcji. Aby gospodarstwo mogło inwestować i przetrwać gorszy sezon, potrzebuje odpowiedniej skali oraz stałego rynku zbytu. Tymczasem system przez lata bardziej utrzymywał rozdrobnienie, niż pomagał rozwijać się producentom nastawionym na rynek. Pokazują to dane: dopłaty pobiera ok. 1,2 mln gospodarstw, ale tych, które rzeczywiście produkują na sprzedaż i utrzymują się głównie z rolnictwa, jest ok. 400 tys.

Jak zmieniła się wieś

Zmieniła się również sama wieś. Ten obraz, gdzie niemal w każdej wsi, niemal każda rodzina produkuje żywność na własne potrzeby, coraz słabiej odpowiada rzeczywistości. Dziś produkcją żywności zajmuje się ok. 15 proc. mieszkańców wsi. Pozostali są przede wszystkim konsumentami. Odpowiedzialność za codzienne zaopatrzenie społeczeństwa przejęły gospodarstwa produkujące na rynek, współpracujące z nowoczesnym łańcuchem dystrybucji. Trudno więc opierać bezpieczeństwo żywnościowe na małych, samowystarczalnych gospodarstwach. Taki model może sprawdzać się lokalnie, ale nie zagwarantuje ciągłych dostaw dla miast, szkół, szpitali, wojska, gastronomii i sieci handlowych.

Kryzys coraz szerszy

Doświadczenia z czasów PRL, kiedy dominowała rozproszona, niskotowarowa produkcja, pokazały, że jej w sumie małe efekty przy centralnym planowaniu i niewydolnej dystrybucji nie były w stanie zapewnić całości zaopatrzenia rynku, a przejawem tego były niedobory, reglamentacja i system kartkowy. Nie oznacza to, że współczesne rolnictwo powinno bez ograniczeń zmierzać ku koncentracji.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że stabilnego wyżywienia społeczeństwa nie da się oprzeć na nostalgicznej wizji gospodarstwa, które utrzymuje kilka zwierząt i produkuje głównie na własne potrzeby.

Kryzys rolnictwa nie zatrzymuje się jednak na wsi. Rolnik to pierwsze ogniwo tego łańcucha, od którego zależą przetwórnie, firmy transportowe, producenci pasz, nawozów, maszyn i opakowań, a także handel oraz eksport. Prawdziwe znaczenie rolnictwa widać dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nie razem z przemysłem spożywczym. Przykładem może być produkcja cukru. Uprawa buraków oznacza miliony ton surowca, który trzeba dostarczyć do zakładów, a następnie wywieźć z nich cukier, wysłodki i produkty uboczne. Korzystają na tym przewoźnicy, usługodawcy i lokalne rynki pracy. Jeżeli produkcja znika, tracą nie tylko plantatorzy, ale cała sieć powiązanych z nimi firm.

Podobnie dzieje się w innych branżach. Gdy rolnicy rezygnują z inwestycji, mniej zarabiają producenci maszyn i firmy usługowe. Gdy spada produkcja albo drożeje surowiec, problemy mają mleczarnie i zakłady mięsne. Muszą płacić więcej lub importować, przez co trudniej im konkurować ceną, utrzymać eksport i miejsca pracy.

Do tego dochodzi konkurencja z Ukrainy i krajów Ameryki Południowej. Polscy i europejscy rolnicy ponoszą wysokie koszty związane z wymogami środowiskowymi, dobrostanem zwierząt, nawożeniem, dokumentacją i kontrolami. Trudno mówić o równych warunkach, gdy ich produkty konkurują z żywnością wytwarzaną taniej i według innych standardów.

Rolnicy nie sprzeciwiają się samej konkurencji. Oczekują jednak, że będzie ona uczciwa. Jeżeli Europa pozwoli wypierać własną produkcję przez tańszy import, osłabi producentów i własne bezpieczeństwo żywnościowe. Polska przez lata korzystała z niższych kosztów pracy niż państwa zachodnie, lecz ta przewaga w dużej mierze już zniknęła.

Kolejny problem to demografia. Młodzi ludzie nie chcą przejmować gospodarstw, jeżeli nie widzą w nich przyszłości. Szczególnie trudna jest produkcja zwierzęca, która wymaga dużych inwestycji i przechodzenia długich procedur. Rolnik, który nie może powiększyć gospodarstwa, nie ma pewnej dzierżawy ani dostępu do finansowania, często rezygnuje z produkcji.

Ekonomia i susza

Wiele gruntów uprawianych jest ponadto na podstawie nieformalnych umów. Dopóki produkcja się opłaca, taki układ funkcjonuje. Kiedy rośnie ryzyko, rolnik nie chce inwestować w cudzą ziemię, na której nie ma zagwarantowanej wieloletniej obecności. Właściciele natomiast często nie mają już sprzętu ani możliwości powrotu do samodzielnej uprawy.

Na problemy ekonomiczne nakładają się susze, gwałtowne opady i przymrozki. Polska ma wiele słabych gleb, które szybko odczuwają niedobór wody. Wciąż brakuje skutecznej polityki wodnej oraz systemu chroniącego producentów przed dużymi stratami. Ostatnie lata pokazały również, jak zawodna jest wiara, że wszystko można po prostu kupić. Problem pojawia się wraz z wojną, kryzysem energetycznym, blokadą dostaw czy presją polityczną. Z żywnością jest podobnie. Pełne półki tworzą wrażenie, że bezpieczeństwo żywnościowe dane jest nam raz na zawsze. Tymczasem kraj, który traci własną produkcję, traci część kontroli nad cenami i dostawami. W czasie kryzysu żywność może okazać się droższa, dostępna w mniejszej ilości albo dostarczona zbyt późno.

Odporności państwa nie zapewni suma niewielkich nadwyżek sprzedawanych lokalnie. Potrzebny jest trzon produkcji zdolny zaopatrywać społeczeństwo niezależnie od sezonu i przejściowych zakłóceń. Tworzą go gospodarstwa towarowe, przetwórstwo, magazyny, transport i handel, działające jako jeden system.

Rolnictwo może odegrać istotną rolę również w produkcji energii. Z odpadów rolniczych i spożywczych można wytwarzać biogaz i biometan, zmniejszając zależność od importu. Takie inwestycje wymagają jednak odpowiednich przepisów, kapitału oraz współpracy rolników, samorządów i lokalnych firm.

Nie ma wątpliwości, że Polska potrzebuje długofalowej strategii dla rolnictwa i gospodarki żywnościowej, która nie będzie polegała wyłącznie na dzieleniu dopłat. Powinna określać, które sektory są strategiczne, jak chronić ziemię, uporządkować dzierżawy, wspierać rozwój gospodarstw produkujących na rynek oraz przygotować wieś na niedobór wody i rosnące koszty. Rolnictwa nie można oddzielać od przetwórstwa, energii, transportu, eksportu i nowych technologii. Gospodarstwo potrzebuje rynku zbytu, przetwórnia surowca, eksporter konkurencyjnego produktu, a państwo bezpieczeństwa żywnościowego. Dane dotyczące gleby, pogody, wody i produkcji oraz nowoczesne technologie mogą pomagać lepiej planować i ograniczać straty.

To nie jest schyłkowy sektor

Największym błędem byłoby uznanie rolnictwa za sektor schyłkowy, który wystarczy osłaniać dopłatami. Polska nadal ma nowoczesne przetwórstwo, doświadczonych producentów, zaplecze logistyczne, silny eksport i duży rynek wewnętrzny. Jeżeli krajowa produkcja osłabnie, skutki odczują rolnicy, przedsiębiorcy, pracownicy i konsumenci.

Kryzys rolnictwa jest więc sprawdzianem tego, czy państwo potrafi myśleć długofalowo i odpowiednio szybko reagować, zanim pozostanie już tylko wypłacanie rekompensat. W systemie żywnościowym jest miejsce zarówno dla małych gospodarstw i lokalnej produkcji, jak i dla producentów działających na większą skalę.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że odpowiedzialność za stabilne dostawy żywności spoczywa dziś przede wszystkim na nowoczesnych gospodarstwach towarowych współpracujących z przetwórstwem, logistyką i handlem. Rolnictwo nie jest dodatkiem do gospodarki. Jest jednym z podstawowych systemów bezpieczeństwa państwa.