lesbijski „ślub”. Przysięgę wierności składała swojej wybrance Kerri McCoy jedna z nauczycielek Erin Carder. „Ślubu” udzielił im burmistrz Gavin Newsom, znany zwolennik małżeństw jednopłciowych.
Na pomysł wpadli rodzice uczniów. Zapragnęli zrobić miłą niespodziankę nauczycielce w zamian za opiekę nad ich pięcio-, sześcioletnimi pociechami. Uzgodnili więc z dyrekcją szkoły w sekrecie zorganizowanie wyjścia, wykorzystując przepisy o wycieczkach edukacyjnych.
Władze szkoły uważają, że postąpiły słusznie. Liz Jaroflow, tymczasowa dyrektorka szkoły, sądzi, że zabranie dzieci na lesbijski „ślub” to doskonała okazja do pokazania im, jak w praktyce realizowane jest przestrzeganie praw człowieka.
To prawo akurat zostało w maju tego roku wywalczone w kalifornijskim Sądzie Najwyższym, który zrównał związki homoseksualne z małżeństwami.
Nie wszystkim jednak pomysł rodziców i dyrekcji szkoły się spodobał. – To jest całkowicie nierozsądne. To jawna indoktrynacja dzieci, które są zbyt małe, by zrozumieć jej cel – powiedział „San Francisco Chronicle” Chip White, działacz organizacji przeciwstawiających się się promocji małżeństw homoseksualnych.
Czy takie inicjatywy powinny być naśladowane? – Skoro rodzice uznali, że to będzie dobre dla ich dzieci, należy to uszanować – mówi „Rzeczpospolitej” Szymon Niemiec, polski aktywista homoseksualny. – Dopatrywanie się w tym indoktrynacji nosi znamiona histerii.
Odmiennie widzi ten problem dr Dorota Dziamska, dyrektorka poradni pedagogicznej Origami. – To instrumentalne traktowanie dzieci. Zaszczepia się im akceptację wzorców zachowań, których wcale nie musiałyby uznać za dobre, gdyby umożliwiono im świadomy wybór. W wieku pięciu, sześciu lat wybór taki nie jest możliwy.