Okazuje się, że tournee "Słońca Peru" po Polsce dostępne jest tylko dla wybranych. Nie tylko kibice nie mogą spotkać się z ukochanym premierem, strzelić fotkę na Facebooka, czy wymienić się z nim koszulkami.
Na dostęp do premiera Tuska zasługują wyłącznie starannie wyselekcjonowani dziennikarze. Jakie maniery panują na w "Tuskobusie", opisuje "Gazeta Polska Codziennie":
Wstępu na pokład autobusu dla dziennikarzy odmówił nam sam rzecznik rządu, Paweł Graś. -
Proszę se wynająć swój samochód, swój autobus. To my zapraszamy, to my jesteśmy gospodarzami –
rzucił.
Łukasz Pawłowski, odpowiedzialny za skład dziennikarzy jeżdżących z premierem przyznał:
„wasza dziennikarska prowokacja wygrała”, a za chwilę dodał „i tak nie jedziecie”.
Postanowiliśmy dowiedzieć się, czy premier myśli podobnie jak jego podwładny. Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do Skarżysko-Kamiennej.
(...) Po wyjściu ze szpitala, był czas na pytania dziennikarzy, który postanowiliśmy wykorzystać, by sprawę wyjaśnić. Premier na pytanie naszego reportera, dlaczego selekcjonuje sobie dziennikarzy, z uśmiechem na ustach poprosił o inny zestaw pytań. Na ratunek przyszedł Paweł Graś, który za wszelką cenę próbował temat zbagatelizować. Żartuje Pan? My decydujemy, kto jedzie w autobusie. Donald Tusk dociśnięty przyznał jednak otwarcie, że nie życzy sobie „Codziennej” w autobusie.
Nie, to niemożliwe, nie wierzymy w tę dziennikarską prowokację. Premier Tusk to przecież król medialnego lansu. Wie, jak rozmawiać z ludem, a żadni dziennikarze nie są mu straszni. To jakaś pomyłka, albo zmęczenie. Zapewne wszystko wyjaśni Paweł Graś. Zaraz po wyborach.