Jacek Żakowski nie jest jedynym publicystą, który powrócił do starych nawyków. Kolejnym jest Wojciech Sadurski, który na swoim blogu ironicznie chyba zatytułowanym "Bez przesady" zadaje stare jak świat - i stale budzące niewypowiedzianą grozę - pytanie "Co się stanie, jeśli Jarosław dojdzie do władzy?".

Sadurski już na początku przeprasza "normalnych ludzi" (w domyśle tych, którzy nienawidzą PiS-u) za tak przerażające pytanie.

Wiem, tytułowe pytanie przejmuje normalnego człowieka trwogą, bojaźnią i drżeniem. Bo zarysowana w nim hipoteza oznacza, że szefem rządu dużego państwa europejskiego mógłby zostać człowiek, który co prawda specjalnie na ekonomii i sprawach socjalnych się nie zna, ale za to uważa (czemu dał wyraz w trakcie ostatniej miesięcznicy), że władze rosyjskie, we współpracy z polskimi, albo władze polskie, we współpracy z rosyjskimi, zamordowały byłego Prezydenta w samolocie.

Niestety, ludzie nienormalni są w naszym dzikim kraju liczni.

Otóż gdy człowiek wyznający poglądy, że w takiej sytuacji prawdopodobny jest zamach, jest pretendentem na premiera RP, w każdym normalnym Polaku powinno zapalić się już nie tylko światełko alarmowe, ale zagrzmieć potężny sygnał. Niestety, nie jesteśmy specjalnie normalnym krajem i opinie, które gdzie indziej należałyby do folkloru, trochę z gatunku teorii płaskiej ziemi, mają u nas jakieś wzięcie.

Wobec czego trzeba zastanowić się, co się stanie, gdy ci nienormalni masowo zagłosują w wyborach i wybiorą w nich PiS. Sadurski przewiduje taki scenariusz:

Przypuśćmy zatem, dla ułatwienia ćwiczenia, że PiS zdobywa 40 procent, PO 35 procent, a PSL 10 procent. Jasno z rachunku wynika, że PiS zdobył najwięcej głosów, ale PO plus PSL większość jako koalicja. Przyjmuję, że nikt nie będzie taki głupi, by nawet rozważać koalicję z PiS-em. Jest to, jak sadzę, założenie oczywiste. Nawet, a może zwłaszcza, eks-komuchy, patrząc na PiS zatkają nosy i uciekną w kierunku PO.

Na szczęście nawet największe horrory zazwyczaj kończą się dobrze. Tak będzie i tym razem, bo koniec końców wyjdzie na "nasze".

Jeśli Kaczyński wyznaczy marionetkę, np. sympatycznego niezdarę prof. Glińskiego na premiera, to zdobędzie kilka miesięcy. Jeśli sam zrobi się premierem – to kilka tygodni. Ponad wszelką wątpliwość taki rząd mniejszościowy (choć mający za sobą więcej głosów niż jakakolwiek inna parta) nie przetrwa dłużej, z niewątpliwymi idiotyzmami, jakie nam szykuje. A potem? Potem będzie znów jak teraz. PO plus PSL, ewentualnie SLD. I będziemy żyli długo i szczęśliwie. A jeśli nie szczęśliwie – to przynajmniej normalnie.

Przygotujmy się więc na cztery kolejne lata normalności.