Kiedy we wtorek prezydent spotkał się z inicjatorami trzech referendów, które odrzuciła za swych rządów Platforma Obywatelska, była wśród nich także kandydatka na premiera z PiS Beata Szydło.
O ile leśnicy namawiali prezydenta na referendum w sprawie zakazu prywatyzacji lasów, a rodzice małych dzieci – na powrót do wieku szkolnego siedem lat, o tyle Szydło była głównie rzeczniczką projektu referendum w sprawie wycofania reformy podnoszącej wiek emerytalny do 67 lat. Potencjalna pani premier z PiS przyniosła swemu przyjacielowi prezydentowi propozycję pytania. Brzmiało ono: „Czy jest Pani/Pan za przywróceniem powszechnego wieku emerytalnego wynoszącego 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn?".
Dla PiS tak zadane pytanie byłoby wymarzoną amunicją polityczną, bo w kampanii wyborczej – zlewającej się z referendalną – Platforma musiałaby bronić podwyższonego wieku emerytalnego, co jest z góry skazane na porażkę.
W czwartek wieczorem prezydent zarządził referendum dotyczące wspominanych trzech kwestii, a w piątek skierował odpowiedni wniosek do Senatu, który musi się na to zgodzić. Leśnikom pytania prezydent nie zmienił, rodzicom sześciolatków również. Zmienił za to, i to fundamentalnie, pytanie zaproponowane przez PiS. W wersji przesłanej senatorom brzmi ono: „Czy jest Pan/Pani za obniżeniem wieku emerytalnego i powiązaniem uprawnień emerytalnych ze stażem pracy?". A to dowód na woltę Dudy w sprawie emerytur, która wisiała w powietrzu od jego wygranej w wyborach prezydenckich.
W kampanii wyborczej Andrzej Duda mówił tak jak PiS – o przywróceniu wieku emerytalnego 65 lat dla mężczyzn oraz 60 lat dla kobiet. Jednak po wyborach tak mówić przestał, przebąkując o wprowadzeniu nowego kryterium – stażu pracy.