Modelem działania może być obecna sytuacja dotycząca uchodźców w Europie. Fale obywateli terenów z miejsc owładniętych wojnami oraz tych, którzy chcą szukać lepszej przyszłości na innym kontynencie, przetaczają się w coraz większej liczbie od Bałkanów po francuskie wybrzeże. Półwysep Koreański może czekać to samo, gdy granica na 38. równoleżniku przestanie istnieć. To również trudno sobie to wyobrazić, ponieważ dziesiątki tysięcy min lądowych, którymi naszpikowany jest pas ziemi niczyjej między Koreami, stanowi ogromne wyzwanie dla każdego, kto chciałby go pokonać poza wyznaczonymi do tego miejscami.
Rok 2015 przyniósł Europie fale migracji ocenianą nawet na milion osób. Jednak już pierwsze 2 miesiące nowego roku przyniosły dziesięcioprocentowy wzrost uchodźców notowanych na granicach Starego Kontynentu. Poziom przybyszów staje się narastającym problemem, nawet w sytuacji gdy ktoś może podchodzić do sprawy z najdalej posuniętą tolerancją wobec innych kultur i samego zjawiska.
Gdyby do otwarcia granic doszło między obiema Koreami, wówczas z pewnością oba kraje przeżyłyby szok na wielu płaszczyznach. Wyrównanie poziomu życia, edukacji, technologiczna przepaść, cenzura i budowana dekadami wrogość obywateli Północy wobec Południa - to wszystko nie dawałoby odpowiedniej podstawy do liczenia na łatwe poradzenie sobie z nowym wyzwaniem.
Dotychczasowe przypadki uciekinierów pokazują, że sama otwartość Seulu na Pjongjang nie wystarczy. Ludzie, którym udało się uciec reżimowi, nie odnajdują się w nowej rzeczywistości pełnej towarów, dóbr luksusowych oraz wszelkich przejawów kapitalizmu. Dołączają częściej do grupy spychanej na społeczny margines, wymagając wiele dodatkowej pomocy ze strony państwa.
Ogromną niewiadomą pozostaje koszt unifikacji. Nawet specjalnie przeznaczone do tego celu południowokoreańskie ministerstwo nie jest w stanie udzielić konkretnych odpowiedzi. Ostatnie doniesienia z Pjongjangu nie napawają jednak nawet znikomy poziomem optymizmu.