Grzegorz Napieralski na Krupówkach zadawał mnóstwo pytań. Np. sprzedawcę mydlanych baniek pytał "jak to działa", a później - nie mogąc odmówić sobie przyjemności - strzelał z pistoletu, którego nabojami były bańki właśnie. Szef SLD podczas wizyty na Podhalu miał zapewnionych więcej rozrywek. Specjalnie dla niego sprowadzono góralską kapelę i zorganizowano regionalny poczęstunek. Napieralski był zachwycony.
- Namawiam, żeby przyjechać tutaj, do pięknego miejsca, w którym ja dzisiaj jestem. Zakopane jest śliczne
- zachwalał.
Aby podkreślić uroki stolicy Tatr, szefowi lewicy zaplanowano też "spotkanie obiadowe" z prawdziwą góralską rodziną, w góralskiej karczmie. (...)
Problem jednak w tym, że góralska rodzina nie dopisała. Zapewne spotkanie odbędzie się w innym terminie. Być może gospodarze nie chcieli innych przewodniczącym w oczy kłuć. Grzegorz Napieralski musiał wystąpić solo. Postanowił wziąć nawet ekspresową lekcję nauki gry na skrzypach. Szybko się jednak poddał.
- Nie, to za trudne jak dla mnie. Polityka jest łatwiejsza -
stwierdził.
Grzegorzu, czy ci nie żal, Grzegorzu, wracaj do sal Warszawy - halny wiatr niósł po wizycie przewodniczącego SLD melodię po szczytach Tatr. Napieralski stara się, jak może, kopiować sukcesy Aleksandra Kwaśniewskiego. Co chwilę wyskakuje z nowym pomysłem. Odwiedza Chiny, wydaje obiady dla prominentnych partyjnych działaczy, wreszcie zaprasza na listy wyborcze specjalistki od tańca na rurze, a nawet strzela sobie "fotkę" z prezydentem Obamą. Efekty owych starań nie przekładają się na słupki sondażowe. Niezwykły paradoks, prawda?