Ruchy miejskie przedstawiane są przez niektóre media jako głos ludu przeciwstawiony samorządowcom działającym rzekomo w swoim własnym imieniu. Jest to oczywiste nadużycie – samorząd cieszy się w końcu demokratyczną legitymizacją, a takie ruchy jedynie przedsiębiorczością swoich działaczy –  ale sprawia niekiedy pozór prawdy. Na przykład wtedy, gdy społeczność lokalna w jakiejś pojedynczej kwestii ma poglądy współbrzmiące z aktywistami. Tak było w Krakowie, kiedy mieszkańcy w referendum sprzeciwili się lansowanemu przez Urząd Miasta pomysłowi zorganizowania w mieście zimowej olimpiady.

Ruchowi „Kraków przeciw igrzyskom“ udało się przekonać krakowian, że impreza jest niepotrzebna, kosztowna i uciążliwa. Przesłanie prezydenta miasta okazało się mniej słyszalne. Sam nie interesuję się sportami zimowymi, ale rozumiem, o co tak naprawdę chodziło magistratowi. Przede wszystkim nie chodziło w ogóle o samą olimpiadę, tylko o pieniądze, jakie można było pozyskać na inwestycje infrastrukturalne w Małopolsce, a w szczególności na połączenie pomiędzy trzema stolicami kraju: tą obecną, tą dawną i tą zimową. Droga łącząca dwa najludniejsze miasta w Polsce od strony Krakowa wygląda skandalicznie. Nie lepiej jest na wielu odcinkach Zakopianki. Infrastruktura to jednak nie wszystko. Z danych statystycznych wynikało, że Kraków – tak atrakcyjny turystycznie – odwiedzany jest głównie w sezonie letnim. Igrzyska miały dać impuls do rozwoju turystyki zimowej, co w oczywisty sposób opłaciłoby się miastu i lokalnym przedsiębiorcom.

Inwestycje przewidziane na Światowe Dni Młodzieży nie są może tak spektakularne, ale miasto również otrzyma znaczącą pomoc na bezpieczeństwo i rozbudowę infrastruktury. Protestując przeciwko imprezom masowym, warto zastanowić się, czy w imieniu paru dni spokoju nie protestujemy tak naprawdę przeciwko drogom, szpitalom i przejściom dla osób niepełnosprawnych.