Kolejna partia przepisów AI Act zaczyna być właśnie stosowana. Co się zmienia się dla użytkowników sztucznej inteligencji?
Najbardziej widoczna zmiana dotyczy przejrzystości. Człowiek ma wiedzieć, że rozmawia z systemem AI oraz móc rozpoznać deepfake'i albo treść wygenerowaną przez sztuczną inteligencję, zwłaszcza jeżeli może ona dezinformować opinię publiczną. To już przestanie być tylko dobrą praktyką.
Trzeba jednak uporządkować daty. AI Act wszedł w życie 1 sierpnia 2024 r., ale stosuje się go etapami: od 2 lutego 2025 r. obowiązują zakazane praktyki i obowiązek kompetencji w zakresie AI, od 2 sierpnia 2025 r. – przepisy o modelach ogólnego przeznaczenia i część przepisów o karach, a od 2 sierpnia 2026 r. rozporządzenie stosuje się co do zasady w całości. Z jednym zastrzeżeniem: pakiet Digital Omnibus on AI, który wszedł w życie pod koniec lipca, przesunął obowiązki dotyczące systemów wysokiego ryzyka na 2 grudnia 2027 r. i 2 sierpnia 2028 r. Przejrzystości to jednak nie dotyczy – i to jest dziś najczęstsze nieporozumienie.
Czytaj więcej
Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji – nowy regulator rynku AI – będzie mogła rozpocząć pracę w listopadzie. Prezydent Karol Naw...
Przejrzystości – co jednak ma oznacza ten obowiązek w praktyce? Czy każdą treść stworzoną przy pomocy AI trzeba będzie oznaczać?
Nie – to jest jeden z mitów dotyczących AI Actu. Podstawowy obowiązek techniczny dotyczy dostawców systemów generujących treści syntetyczne. Materiały mają zawierać oznaczenie możliwe do odczytania maszynowo, np. metadane, znak wodny albo inny identyfikator. Co ważne, ten obowiązek dotyczy również użytkowników biznesowych. Jeżeli ktoś wykorzystuje AI zawodowo i publikuje deepfake’a, powinien go czytelnie oznaczyć. To samo może dotyczyć tekstów mających istotne znaczenie dla interesu publicznego, jeśli zostały wygenerowane w całości przez AI. I od razu korekta, którą rynek często pomija: Digital Omnibus dał systemom generatywnym wprowadzonym do obrotu przed 2 sierpnia 2026 r. czas na wdrożenie tego znakowania do 2 grudnia 2026 r. Systemy wprowadzane na rynek po tej dacie muszą znakować od pierwszego dnia.
Jeżeli wchodzimy w bezpośrednią interakcję z chatbotem, voicebotem, awatarem czy agentem AI, to system powinien od początku, od pierwszego kontaktu, jasno nas poinformować, że jest sztuczną inteligencją.
Co ważne, art. 50 rozdziela role. Czym innym są obowiązki dostawcy, a czym innym podmiotu stosującego – czyli tego, kto z systemu korzysta w ramach swojej działalności. AI Act nie posługuje się pojęciem „użytkownika biznesowego”, tylko właśnie „podmiotu stosującego”, i to rozróżnienie jest osią całego przepisu. Obowiązki podmiotów stosujących wchodzą 2 sierpnia bez żadnego okresu przejściowego. Jeżeli więc ktoś wykorzystuje AI zawodowo i publikuje deepfake’a, musi go czytelnie oznaczyć. To samo dotyczy tekstów publikowanych po to, by informować społeczeństwo o sprawach leżących w interesie publicznym, jeżeli zostały wygenerowane lub zmanipulowane przez AI.
Wyjaśnijmy to na przykładzie.
Załóżmy, że prowadzę konto na LinkedInie, na którym sprzedaję swoje usługi, i publikuję grafikę przedstawiającą mnie w miejscu, w którym nigdy nie byłam. To jest deepfake w rozumieniu AI Actu – treść przypominająca istniejące osoby, przedmioty lub miejsca, którą odbiorca mógłby niesłusznie uznać za autentyczną. Nawet jeśli formalnie robię to na swoim prywatnym profilu, to faktycznie wykorzystuję ten materiał w działalności zawodowej, a definicja podmiotu stosującego wyłącza tylko działalność osobistą o charakterze niezawodowym. Wtedy powinnam go oznaczyć – napisać, że został wygenerowany, dodać odpowiednią ikonę albo zastosować inny czytelny sposób. Kluczowe jest więc nie samo użycie generatora, ale to, co stworzyliśmy, w jakim celu to publikujemy i czy odbiorca może potraktować ten materiał jako autentyczny.
Czytaj więcej:
Treści generowane przez sztuczną inteligencję (teksty promocyjne, obrazy, wideo czy nagrania audio) muszą być w czytelny sposób oznaczane jako stwo...
Pro
Inny konkret. Co gdy zadzwoni do mnie jakiś „wirtualny asystent”, czy powinien się przedstawić?
Tak. Jeżeli wchodzimy w bezpośrednią interakcję z chatbotem, voicebotem, awatarem czy agentem AI, to system powinien od początku, od pierwszego kontaktu, jasno nas poinformować, że jest sztuczną inteligencją. Nie można projektować rozmowy tak, by człowiek miał fałszywe wrażenie, że po drugiej stronie siedzi konsultant. Jest jedno zastrzeżenie: obowiązek nie powstaje, gdy sytuacja jest oczywista dla osoby dostatecznie poinformowanej, uważnej i ostrożnej. Przy nieoczekiwanym telefonie od voicebota o oczywistości trudno mówić. Przy narzędziu, po które sami świadomie sięgamy, bywa inaczej. Nie trzeba natomiast powtarzać tej informacji w kółko w trakcie rozmowy – wystarczy, że pada najpóźniej przy pierwszej interakcji. Co ciekawe, duzi dostawcy, jak OpenAI czy Anthropic, pozostawiają takie komunikaty stale widoczne, przypominając, że użytkownik rozmawia z modelem, który może się mylić. Oczywiście nie robią tego z altruizmu, lecz także po to, by ograniczyć własną odpowiedzialność.
A co z memami, satyrą i twórczością artystyczną?
Jest złagodzenie – ale uwaga, bo tu wiele osób idzie o krok za daleko. To nie jest pełne zwolnienie z obowiązku. Jeżeli treść stanowi część utworu ewidentnie artystycznego, twórczego, satyrycznego lub fikcyjnego, obowiązek ujawnienia ogranicza się do zrobienia tego w odpowiedni sposób, który nie utrudnia wyświetlania ani odbioru utworu. Innymi słowy: mem nadal ujawniamy, tylko nie musimy naklejać na niego banera, który zabija żart. Wyobraźmy sobie, że gruchnęła wieść, iż rząd będzie budował statki kosmiczne, a ja jako np. stand-uperka opublikuję zdjęcie przedstawiające mnie na statku kosmicznym. To oczywiste, że moim celem nie jest przekonanie kogokolwiek, że rzeczywiście tam byłam. To jest żart odnoszący się do konkretnego wydarzenia i odbiorca rozumie jego konwencję. Oczywiście satyra nie zwalnia z przestrzegania innych przepisów. Taki materiał nadal może naruszać dobra osobiste, zniesławiać albo naruszać inne normy. AI Act nie tworzy tutaj żadnej prawnej czarnej dziury.
Czytaj więcej
Sztuczna inteligencja stała się nowym wyzwaniem dla RODO. Ponad połowa pracowników korzysta z narzędzi AI bez wiedzy pracodawców, często przesyłają...
Wątpliwości mogą mieć też redakcje. Czy tekst przygotowany przy pomocy AI trzeba oznaczać?
Zawsze zachęcam, żeby patrzeć na przepisy przez pryzmat ich celu. Skąd one się wzięły i czemu mają służyć? W tym przypadku chodzi przede wszystkim o przeciwdziałanie dezinformacji. Jeżeli narzędzie pomaga wyłącznie w kwestiach redakcyjnych – poprawia język, przecinki, składnię czy literówki – to nie generuje samo przekazu. Może w pewnym stopniu modyfikować tekst już stworzony przez człowieka, ale nie powinno zmieniać jego sensu. W takim przypadku stałabym na stanowisku, że nie ma obowiązku umieszczania przy artykule oznaczenia o wykorzystaniu AI.
AI Act nie mówi: „nie korzystajcie z AI”, lecz „zrozumcie, z jakiego systemu korzystacie, jakie tworzy ryzyko i jak trzeba się do niego przygotować”.
Czy redakcja może o tym poinformować? Oczywiście. Czy może to być dobra praktyka? Tak. Zwłaszcza organizacje działające w marketingu mocno naciskają dziś na transparentność i zachęcają, żeby mówić o korzystaniu z takich narzędzi. Ale czym innym jest dobra praktyka, a czym innym obowiązek prawny. I tu nie trzeba nawet sięgać po wykładnię celowościową, bo AI Act rozstrzyga to wprost: obowiązek ujawnienia nie ma zastosowania, jeżeli treść wygenerowana przez AI została poddana weryfikacji przez człowieka lub kontroli redakcyjnej i jeżeli za publikację odpowiada redakcyjnie osoba fizyczna lub prawna. Redakcja, która pracuje normalnie z redaktorem, korektą i odpowiedzialnością za tekst jest poza tym obowiązkiem.
Czytaj więcej:
Rozwody coraz częściej opierają się na dowodach w postaci zdjęć i nagrań. Rozwój sztucznej inteligencji sprawił jednak, że nawet realistycznie wygl...
Pro
Inaczej będzie tam, gdzie tej kontroli nie ma. Wyobraźmy sobie automatyczny serwis, który zaciąga komunikat o podpisaniu ustawy, dopisuje do niego wymyśloną reakcję znanego przedsiębiorcy i publikuje całość bez ludzkiego oka. Taki tekst ma potencjał dezinformacyjny i musi zostać oznaczony. Dodajmy od razu: brak obowiązku z art. 50 niczego nie legalizuje. Zmyślona wypowiedź realnej osoby to problem z prawem prasowym i dobrami osobistymi niezależnie od tego, co mówi AI Act.
Oczywiście konia z rzędem temu, kto w każdej sytuacji bez problemu oceni, co ma istotne znaczenie dla interesu publicznego. To będzie jedno z miejsc, w których praktyka dopiero musi się ukształtować.
Czy każdy tekst poprawiony przez AI powinien przejść kontrolę człowieka?
Ciekawostka prawna polega na tym, że obowiązek tzw. human oversight, czyli nadzoru człowieka, został wprost zapisany w AI Acie zasadniczo w odniesieniu do systemów wysokiego ryzyka, czyli takich, których użycie może istotnie wpływać np. na bezpieczeństwo człowieka. Program, który poprawia przecinki w tekście dziennikarza, takim systemem nie jest. Jeżeli więc spojrzymy wyłącznie na przepisy, to nie ma ogólnego obowiązku, żeby człowiek podpisał oświadczenie: „sprawdziłem ten tekst i biorę za niego odpowiedzialność”.
Prawo w odniesieniu do takiego narzędzia realnie nie wymaga aż tak dużo. Czy to oznacza, że możemy puścić wynik jak leci? Nie. To zwyczajnie się nie opłaca. Musimy pamiętać o ograniczeniach dużych modeli językowych. Modele halucynują, mogą mieszać fakty, a do tego występuje zjawisko sykofancji – nadmiernej uległości modelu wobec użytkownika. Model będzie się do nas przymilał i mówił: „Tak, na pewno masz rację”. Użytkownik musi wiedzieć, że to część sposobu działania tego narzędzia, a nie potwierdzenie, że przygotował bezbłędny materiał.
Czytaj więcej:
Zarówno naruszenie przepisów RODO, jak i postanowień AI Act sankcjonowane jest surowymi karami finansowymi.
Pro
Co np. z rozpoznawaniem emocji pracowników albo uczniów?
To należy do zakazanych praktyk i te przepisy już obowiązują. AI Act zakazuje między innymi wykorzystywania systemów do rozpoznawania emocji pracowników w miejscu pracy oraz uczniów w placówkach edukacyjnych. Z wąskim wyjątkiem: dopuszczalne pozostają zastosowania medyczne i związane z bezpieczeństwem, na przykład wykrywanie senności kierowcy. Celowo mówię o zakazanych praktykach, a nie tylko o zakazanych systemach. Chodzi o coś więcej niż stworzenie programu, postawienie go na serwerze i powiedzenie: „korzystajcie, jak chcecie”. Regulacja obejmuje także sposób wytwarzania, dostarczania i wykorzystywania systemów. Do katalogu zakazanych praktyk należą również różne formy manipulacji, w tym manipulacji podprogowej, oraz inne zastosowania, które mogą naruszać podstawowe prawa człowieka.
Czy od 2 sierpnia zakazane staną się aplikacje „rozbierające” ludzi na zdjęciach?
Nie od 2 sierpnia, lecz od 2 grudnia 2026 r. Wprowadził ją pakiet Digital Omnibus on AI, potocznie nazywany AI Omnibusem – Rada UE zatwierdziła go 29 czerwca, a wszedł w życie pod koniec lipca. Zakaz obejmie narzędzia służące do generowania intymnych treści bez zgody przedstawionej osoby, czyli tzw. nudifiery, oraz – co w dyskusji ginie, a jest co najmniej równie ważne – systemy służące do generowania materiałów przedstawiających seksualne wykorzystywanie dzieci. Nie oznacza to jednak zakazu korzystania z każdego uniwersalnego modelu, który da się do tego zmusić. Chodzi przede wszystkim o systemy stworzone właśnie w takim celu – ale zakaz sięga dalej niż samo przeznaczenie, bo obejmuje też systemy udostępniane bez odpowiednich zabezpieczeń ograniczających takie wykorzystanie. Kreatywność ludzka w obchodzeniu zabezpieczeń jest nieskończona i sam fakt, że model da się do czegoś zmusić, nie czyni go automatycznie narzędziem zakazanym. Brak zabezpieczeń – już może.
Czytaj więcej
Gigafabryka AI ma pomóc budować europejskich czempionów i rozwiązania dopasowane do małych firm – przekonuje w rozmowie z „Rzeczpospolitą” wicemini...
Jaka jest podstawowa rada np. dla firm wykorzystujących sztuczną inteligencję?
Przede wszystkim trzeba sprawdzić, gdzie człowiek wchodzi w interakcję z AI – czy używany jest chatbot, voicebot albo wirtualny asystent, czy publikowane są deepfake’i i czy powstają teksty dotyczące spraw publicznych. To właśnie tam obowiązki przejrzystości będą najbardziej widoczne. Istotne jest też to, że nie zaczynamy od zera. Od 2 lutego 2025 r. obowiązuje już art. 4, czyli AI literacy: dostawcy i podmioty stosujące mają zapewnić odpowiedni poziom kompetencji w zakresie AI u swojego personelu i innych osób, które zajmują się systemami AI w ich imieniu. Trzeba wiedzieć, z jakich narzędzi wolno korzystać, jakie dane można do nich wprowadzać i gdzie są ryzyka. Model może halucynować, podawać nieprawdziwe źródła i jeszcze utwierdzać nas w przekonaniu, że na pewno mamy rację.
I jeszcze jedno, bo to bardzo świeża sprawa: 24 lipca prezydent podpisał ustawę o systemach sztucznej inteligencji, która tworzy Komisję Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji. To będzie polski organ nadzoru rynku AI. Przewodniczący ma zostać powołany w ciągu dwóch miesięcy od wejścia ustawy w życie, cała Komisja w ciągu trzech. Innymi słowy: przepisy zaczynają się stosować wcześniej niż realnie ruszy organ, który ma ich pilnować.
Czy AI Act może powtórzyć problemy, które znamy z wdrażania RODO?
Może, bo obie regulacje są oparte na ryzyku. Nie zakładają, że jakikolwiek system da się uczynić całkowicie bezpiecznym, tylko każą sprawdzić, co może pójść nie tak, i odpowiednio się zabezpieczyć. AI Act to rodzaj RODO na sterydach i dotyczy technologii, której nawet informatycy, matematycy, prawnicy czy filozofowie nie definiują w ten sam sposób. Prawnicy powinni też pamiętać, jak wyglądał szał wokół RODO i jeżeli znowu będziemy mówić wyłącznie o zakazach i formularzach, możemy osiągnąć podobny efekt.
Tyle że tym razem za naruszenie części obowiązków grozi nawet 15 mln euro albo 3 proc. światowego obrotu przedsiębiorstwa.
Zgadza się – z tym, że dla dużych stosuje się kwotę wyższą z dwóch, a dla małych i średnich firm niższą. I to nie jest górna półka: za zakazane praktyki pułap wynosi 35 mln euro albo 7 proc. światowego obrotu. Tylko komunikacja o AI Akcie bardzo często zaczyna się i kończy na zdaniu: „uważajcie, bo są kary”. To nie oznacza jednak, że ta regulacja ma być kagańcem na technologię. AI Act nie mówi: „nie korzystajcie z AI”, lecz „zrozumcie, z jakiego systemu korzystacie, jakie tworzy ryzyko i jak trzeba się do niego przygotować”. Bo nie żyjemy w idealnym świecie i samo prawo nie zagwarantuje, że nigdy nic złego się nie wydarzy.