Mejza twierdził, że autorzy materiału opublikowanego przez wp.pl kierowali się stalinowską zasadą  "dajcie mi człowieka, a ja znajdę paragraf". Jest to, zdaniem wiceministra, "największy atak polityczny po 1989 roku".

- Nagonka na mnie ma na celu zniszczenie mnie psychiczne, abym zrezygnował z polityki, z bycia posłem. Jeżeli oddam mandat - to na moje miejsce wejdzie poseł opozycji. Opozycja przejmie władzę i obali rząd - mówił Mejza, zapewniając, że bezwzględnie popiera rządy Zjednoczonej Prawicy.

Polityk uznał, że zostało na niego wydane "zlecenie" i pytał, dlaczego dziennikarze, którzy go "oczerniają", nie zainteresowali się prof. Maksymowiczem lub prof. Grodzkim, którym zarzuca się korupcję.

Jednocześnie Mejza przyznał,  że jego firma organizowała wyjazdy za granicę, "aby pomóc chorym ludziom", mimo że wcześniej zapewniał, że po zasięgnięciu informacji fachowców, dotyczących metod leczenia, wycofał się z firmy. Jednocześnie Mejza podkreślił, że nie zainkasował z tego tytułu żadnych pieniędzy.

Dowód na "udzieloną pomoc" i wyleczenie przedstawił towarzyszący Mejzie na konferencji jego znajomy, który - cierpiąc na chorobę nieuleczalną, wrócił zdrowy z Meksyku - Tomasz Guzowski. To on miał namówić Mejzę na założenie firmy.

Guzowski stwierdził, że w Meksyku został wyleczony z  nieuleczalnej choroby genetycznej.

Przed dwoma tygodniami Wirtualna Polska opisała działania założonej przez Łukasza Mejzę firmy, która za wysokie kwoty oferowała osobom nieuleczalnie chorym - dorosłym i rodzicom dzieci w takim stanie - wyjazdy na zagraniczną terapię.

Swoje działania firma reklamowała sloganem "Leczymy nieuleczalne".

Czytaj więcej

WP: Łukasz Mejza obiecywał pomoc nieuleczalnie chorym. Wiceminister wydał oświadczenie
Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

W wydanym później oświadczeniu Mejza zaprzeczył, by zarabiał pieniądze na takim procederze, a artykuł nazwał atakiem na swój wizerunek i zapowiedział pozwy.

Politycy opozycji, ale także część posłów Zjednoczonej Prawicy domagali się dymisji wiceministra sportu. Premier Morawiecki takiej decyzji nie podjął, czekając na wyjaśniania Mejzy.