Siemoniak komentował przedstawiony wczoraj przez Jarosława Kaczyńskiego i Mariusza Błaszczaka projekt ustawy reformującej armię. Zakłada on m.in. wzrost liczebności żołnierzy do 250 tys. i dobrowolną służbę wojskową.

Czytaj więcej

Kaczyński o radykalnych zmianach w armii. "Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę"

Zdaniem polityka PO na to, jak obecnie wygląda armia, duży wpływ miał okres, gdy szefem MON był Antoni Macierewicz, gdy z wojska zwolniono lub sami odeszli doświadczeni oficerowie i dowódcy. 

Według Siemoniaka strat z tego okresu nie odrobiono. - Nikt nie wrócił, nikt nie podjął realnych tematów modernizacyjnych - mówił.

Siemoniak skrytykował plany reformy, która w dużej mierze - jak podczas wczorajszej konferencji prasowej zapewniał obecny szef MON Mariusz Błaszczak - jest zasługą wicepremiera ds. obronności Jarosława Kaczyńskiego.

- Nie wiem, czemu politycy PiS, prezes, tkwią w takim staroświeckim przekonaniu, że na nas uderzy milionowa armia z czołgami. Dziś wystarczy kilkanaście, kilkadziesiąt uderzeń rakietowych - mówił gość TVN24.

Siemoniak stwierdził, że zapowiedź znacznego zwiększenia liczebności armii - do 250 tys. żołnierzy zawodowych - jest efektowną propagandą. Rząd nie zaproponował bowiem konkretnej ścieżki, jaką chce dotrzeć do tego poziomu ani nie przedstawił żadnych wyliczeń finansowych. Zapowiedział jedynie, że reforma będzie finansowana z Banku Gospodarstwa Krajowego i zysku NBP.

- Oceniam, że poziom 150 tysięcy żołnierzy zawodowych przy kilkusettysięcznych rezerwach, które regularnie ćwiczą, to jest dla Polski poziom absolutnie wystarczający - powiedział Siemoniak. - To rezerwy wygrywają wojny - dodał.