Rz: Rzecznik rządu Iwona Sulik podała się wczoraj do dymisji. Czy skala medialnego szumu wokół tego wydarzenia jest proporcjonalna do jego znaczenia?
Rafał Chwedoruk: Zainteresowanie sprawą jest nieadekwatne do skali zjawiska. Rzecznik rządu nie pełni do końca roli politycznej. Jest to ktoś, kto po prostu przekazuje informacje.
W takim razie, skąd tak duże zainteresowanie?
Wczoraj w Sejmie toczyła się debata nad ustawą górniczą. Zamiast analizować przyczyny i skutki wygaszania kopalń, znaczna część opinii publicznej zainteresowała się dymisją rzecznika. Powód dymisji i jej moment może więc być nieprzypadkowy i ma odsunąć zainteresowanie nieprzyjemną dla rządu dyskusją wokół kopalń.
Iwona Sulik podała się do dymisji po artykule w „Fakcie", który informuje, że doradzała posłom opozycji. Uważa pan, że to naciągany powód?
To pretekst. Przecież nie jest tak, że nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy z aktywności zawodowej Iwony Sulik. Ciężko uwierzyć w ten przypadek.
Kim są ludzie, którzy zostają rzecznikami rządu?
Są dwa typy. Albo rzecznikiem zostaje ktoś, kto ma już pewną pozycję polityczną i to stanowisko jest trampoliną do dalszej kariery. Paweł Graś jest tego idealnym przykładem. Albo są to ludzie ze świata mediów czy agencji reklamowych, na przykład Jarosław Sellin, rzecznik w rządzie Jerzego Buzka.
A jakim typem była Iwona Sulik?
Nie wpisywała się do końca w żaden z tych modeli. Z jednej strony była związana ze światem mediów, z drugiej – miała – jak donosiła prasa – bliższe kontakty z panią premier. Podobnie było z Marcinem Gugulskim, rzecznikiem w rządzie Jana Olszewskiego. Gugulski powiedział kiedyś, że ówczesny gabinet jest najbardziej atakowanym rządem w ostatnim tysiącleciu. Opinia publiczna mówiła więc o nim ironicznie: rzecznik tysiąclecia. Iwona Sulik będzie należała do tych rzeczników, po których nie zostanie żaden ślad w polityce.